#S2nUm

Oglądałam z synkiem jakiś program w telewizji. Leciały reklamy i jeden smyk powiedział do drugiego: "Moja mama jest najpiękniejsza na świecie!".
Przytuliłam mojego synka, pogłaskałam i rozczulona mówię do niego:
- A dla ciebie, Piotruś, kto jest najładniejszy na świecie?
Odpowiedział mi z przekonaniem:
- Natalia Siwiec!
Chyba czas odciągnąć go częściej od telewizora.

#SeR7F

Jestem aktywną wolontariuszką działającą w fundacji integrującej osoby na wózkach inwalidzkich. Szczególnie polubiłam 5-letniego chłopczyka. Podczas przerwy w graniu w 'berka' podjechał do mnie i zapytał:
- Proszę pani? Jak pani to robi, że pani chodzi?
Chyba nie muszę nic więcej dodawać. Pomagajmy.

#pjxqA

(Ostrzegam, to wyznanie jest wyjątkowo długie)

O tym jak pierwszy (jedyny) raz całowałem się w pociągu.
Historia trochę jak z bajki czy romansidła z oklepanymi motywami, ale prawdziwa.

Pewnego słonecznego dnia (to było wczoraj, ale chciałem ładnie zacząć) wracam sobie pociągiem do mojego, dość dużego, miasta. Wsiadam sobie więc do wagonu (bez przedziałów). Miejsce z biletu wskazuje siedzenie obok jakiegoś starszego Pana – ale jako że wokół mnóstwo miejsc wolnych, siadam w rzędzie obok. Patrzę – za tym miłym panem siedzi sobie dziewczyna – na oko z rok młodsza, ewentualnie w moim wieku.
Pewnie każdy z IQ powyżej 10 skojarzył już, że to będzie TA dziewczyna, bohaterka opowieści. Co tu dużo pisać, śliczna.

Jest jedno ALE – moja wrodzona nieśmiałość. To właśnie przez nią, siedzę i jedynie gapię się na tę dziewczynę prawie że całą 30-minutową drogę (oczywiście próbuję tego nie okazywać, ale musiałaby być ślepa żeby nie zauważyć). Moja stacja – wstaję. Podchodzę do niej, pytam się jak głupi:

-Wysiadasz tutaj?
-Nie
-Ślicznie wyglądasz

Chyba mówi ciche „dziękuję”. Nie zarejestrowałem dokładnie, wybiegam już z wagonu najszybciej jak potrafię. Zrobiłem się czerwony na twarzy, przynajmniej tak mi się zdaje.

Ale będąc już na zewnątrz, zatrzymuję się. Myślę sobie: raz kozie śmierć. Za 13 minut ten pociąg odjedzie w dalszą drogę. Zawracam. Odnajduję ten wagon – nadal tam siedzi (w sumie, pomyślicie, gdzie miałaby iść – ale wtedy nie myślałem trzeźwo). Wchodzę. Mówię tylko „hej” – ona się obraca. Chciałem ją cmoknąć w policzek – ale jakoś tak w połowie drogi zmieniam zdanie, trafiam na usta.
Pierwsza rzecz o jaką się spytała, to czy dobrze się czuję. Potem, czy jestem pijany (obydwie odpowiedzi – nie). Kolejne 10 minut spędziliśmy w sumie na całowaniu albo patrzeniu sobie w oczy. Spytała jeszcze czy jestem studentem (tak samo uzasadnione pytanie jak 2 poprzednie – podobno wyglądam na te kilka lat więcej). Dowiedziałem się, że chodzi do 2 liceum jak ja, no i się sobie przedstawiliśmy (lepiej późno niż wcale, nie?). Ale minęło już 15 minut, przez które pociąg stał na stacji, a ja nie miałem biletu na dalszą podróż + spieszyłem się na kolejny pociąg. Po moim, kolejnym już, „Przepraszam”, powiedziała tylko z uśmiechem „Spoko, trzeba korzystać z życia”. Kamień z serca.

Nie wziąłem od niej numeru, ani nie dałem swojego, bo średnio wierzę w takie coś jak związki na odległość, a ona mieszka spory kawałek ode mnie.

Jeśli to czytasz – dziękuję za, jak na razie, najlepsze 10 minut w moim życiu (w sumie 40, jeśli liczyć moje patrzenie się na Ciebie przez całą drogę). No i dziękuję że nie dałaś mi w pysk w pierwszych słowach, bo miałaś do tego pełne prawo.

#AoALv

Sytuacja miała miejsce na siłowni, gdy zmieniałam buty, a do szatni wparowały dwie typowe solary.
- Ty, woda mi się skończyła. - Skarży się jedna, po czym dodaje: - Nalałabym z kranu, ale tam jest chyba dużo kamienia, nie?
Druga, z błyskotliwym błyskiem w oku odpowiada:
- To nalej z prysznica.

#Sfkk8

Nie jem ziemniaków. Żadnych. Wiele osób, gdy to słyszy tylko się krzywi i mówi: "taka chuda i się odchudza." Otóż nie, powód jest zupełnie inny.

Szłam wtedy do 3 klasy podstawówki i byłam na kolonii. Na obiad był kotlet z jajkami w środku i do tego utoczone ziemniaki. Zjadłam zupę i nie dałam rady drugiego dania, więc odstawiłam talerz i udałam się do pokoju. W połowie drogi poczułam szarpnięcie za rękę i zobaczyłam opiekunkę kolonii, która zaprowadziła mnie z powrotem do jadalni. Postawiła przede mną 2 talerze. Na jednym leżał nadgryziony jajowy kotlet i talerz ziemniaków. Dostałam wybór, co wolę zjeść. Cudownie prawda? Zdecydowałam się na ziemniaki. Każdy kęs przepijałam szklanką kompotu. Opiekunka widziała, że pociąga mnie na wymioty, ale jedyne, co usłyszałam to słowa, które pamiętam do dzisiaj: "Jedz to natychmiast! Myślisz, że mi się tu chce z Tobą siedzieć?!
Zjadłam. Niestety całą drogę do pokoju i sam pokój zaznaczyłam wymiotami.

Bez puenty. Mam tylko nadzieję, że po skardze mojej mamy straciła pracę.

#P8MTI

Kiedy miałam 10-15 lat, byłam zafascynowana światem paranormalnym. Razem z przyjaciółką czytałyśmy i oglądałyśmy wszystko, co udało nam się na ten temat znaleźć.
Pod koniec tego okresu dość mocno wkręciłyśmy się z horrory (oczywiście tylko tematyczne).

Niedaleko mojego domu był stary cmentarz ukryty w lesie, a my w wakacje spałyśmy w namiocie na podwórku.
Byłyśmy święcie przekonane, że w temacie jesteśmy obcykane i ze wszystkim możemy sobie poradzić. Taaak...

Co jakiś czas wymykałyśmy się na ten cmentarz w środku nocy, kilka kroków za bramę i szybka ucieczka z oczami wokół głowy . :D
To oczywiście nie podobało się rodzicom (moim - Marty rodzice nie wiedzieli o naszych wycieczkach). W zasadzie, to nie podobało się tylko mamie - tata zawsze mówił, że młode jesteśmy, że on też różne rzeczy robił itd. ;)

No i którejś nocy, mocno zestresowane po powrocie do namiotu, bo jakaś gałązka pękła niedaleko (sic!), leżymy cierpiąc na bezsenność. I nagle słyszymy kroki. Zbliżające się, powoli i ciężko. Zatrzymały się tuż obok namiotu, a nasze serca prawie stanęły.
Szybkie przewertowanie w głowie znanych postaci - zginiemy. No kurde, zaraz nas pozabija!
Rozmyślania o niewykorzystanym życiu przerwał nam dość charakterystyczny dźwięk noża trącego o materiał. Coraz bliżej wejścia.... Później powolne rozpinanie zamka w wejściu...
I twarz. W tej małej luce zobaczyłyśmy pół twarzy, całej od błota. Zapach też był stosowny. Oko, szeroko otwarte, szaleńczo biegało po wnętrzu namiotu i nagle zatrzymało się na nas.

Nie wytrzymałyśmy. Ja próbowałam paznokciami wydrapać dziurę w tyle namiotu, Marta się zesikała i panicznie modliła.
Krzyk, panika, płacz i... śmiech.
Śmiech? A wspomniałam już, że mój tata jest wiecznym dzieckiem ze specyficznym poczuciem humoru?

Nie, nie mamy traumy.
Nie, nie mamy mu tego za złe.
Tak, przestałyśmy chodzić w nocy na cmentarz.
Tak, śmiał się z nas przez miesiąc....
A mama dalej nic nie wie. :D

#ePC7F

Niedawno pojawiło się tu pewne wyznanie, gdzie pewna kobieta prawie wpadła pod ciężarówkę, a jej wybawca nazwał ją idiotką. Natchnęło mnie to by napisać swoje, poniekąd podobne.

Miałem wtedy 26 lat. Jechałem miejskim autobusem, chyba wracałem z pracy, już nie pamiętam. Ulica nie była szeroka, taka typowa jednopasmówka. Autobus zatrzymał się, wysiadłem i czekałem aż ten wspaniały pojazd odjedzie. Byłem wtedy ogólnie bardzo zajęty swoimi rozmyślaniami i nie zwracałem większej uwagi na to co się wokół mnie dzieje. Miałem przejść na drugą stronę ulicy, ale nie chciało mi się iść do pobliskich pasów. Szybko tylko spojrzałem, czy nic nie jedzie, no i idę.
Nagle poczułem, jak ktoś pociągnął mnie za ramię, ale jak już pisałem, byłem pochłonięty myślami i nie zwróciłem na to żadnej uwagi. I wtedy to się stało. Ktoś nagle pociągnął mnie za koszulkę, prawie mnie dusząc. Chwilę po tym dosłownie 2 cm przed moją twarzą przejechał jakiś autokar.
Nie mam zielonego pojęcia, jakim sposobem go nie zauważyłem.

W lekkim szoku obróciłem się. Najpierw zobaczyłem trzech chłopaków około 15 lat, stojących jakieś 2 metry ode mnie, patrzących się na mnie jakbym był duchem. Potem spostrzegłem dziewczynę, która trzymała mnie za koszulkę.
Była chyba ich rówieśniczką, bo też wyglądała na około 15 lat. Bardzo wysoka, niższa ode mnie może o 10 cm. Ubrana w męską koszulkę. Taka typowa chłopczyca. Trochę zdziwiony (po sile, z jaką mnie pociągnięto, spodziewałem się raczej dorosłego faceta) wymamrotałem jakieś podziękowanie. A ona wtedy z tekstem:
- Nie ma za co. I może wyjdę teraz na niewychowaną gimbusiarę, ale muszę to powiedzieć. Patrz jak łazisz!
Potem odwróciła się i odeszła, a za nią jej trzej koledzy. Do moich uszu doszła jeszcze ich rozmowa. Jeden z chłopaków się jej pyta:
- Dlaczego pociągnęłaś go za koszulkę, o mało go nie udusiłaś?
- Jak szarpnęłam go za ramię i krzyknęłam, to nie zareagował.

Byłem tak zamyślony, że nawet nie usłyszałem jak krzyczała.

Jeśli to czytasz wiedz, że jestem ci bardzo wdzięczny, tydzień po tym brałem ślub. Nie wiem co by było gdyby ten autokar mnie potrącił.

#meYrM

Historia wydarzyła się kilka lat temu.

Pewnego ranka, kiedy mój tata jeszcze pracował na budowie, pojechał do pracy. Zawsze wyjeżdżał wczesnym rankiem.
Mój brat chodził wtedy jeszcze do szkoły średniej na praktyki. Tego dnia akurat postanowił, że z nim pojedzie, bo akurat musiał być wcześniej. Nigdy z nim nie jeździł.

Jechali. Brat opowiadał, że w pewnej chwili tata zaczął się śmiać - to był dziwny śmiech. Mój brat powiedział mu, żeby patrzył na drogę i przestał się śmiać. Podobno miał ciary, jak słyszał śmiech mojego taty. Straszny był, no straszny.

W pewnej chwili mój tata puścił kierownicę i odchylił głowę w bok, tracąc przytomność.
Brat przestraszony, w końcu złapał za kierownicę i zjechał na pobocze.

Karetka, szpital, łzy.. Okazało się, że tata miał udar mózgu. W szpitalu był tydzień, mógł umrzeć. Tabletki musi brać do końca życia.

Nie mogę sobie pomyśleć co by się stało, gdyby mój braciszek wtedy z nim nie jechał...

#ljRgw

Ghana, wyjazd wolontariacki. Ja, Polka pełna energii, on, zamknięty w sobie Brazylijczyk. Poznaliśmy się w szpitalu po tym, jak zostaliśmy przypisani do jednej grupy. Wyglądał jak typowy Latynos, ale jego charakter bardzo różnił się od tego stereotypowego. Był cichy, nieśmiały, wręcz z nikim nie rozmawiał. Ale będąc osobą niezwykle otwartą, nie mogłam do niego po prostu nie zagadać. Po przedstawieniu się sobie, w sumie zaczął się mój monolog. Przerywałam w niektórych momentach, czując się głupio tak bez przerwy nadając, ale on uśmiechał się wtedy tylko i przekonywał mnie, że on uwielbia słuchać, więc cieszy się, że nie odstrasza mnie jego przeważnie milczenie. I tak się zaczęło.

Po moim powrocie do Polski, a jego do Brazylii, zaczęliśmy pisać do siebie na Skype. Mogliśmy rozmawiać o wszystkim i o niczym, jakoś pomimo ewidentnych różnic między nami, nadawaliśmy na tych samych falach.

Pewnego dnia jednak spotkało mnie wydarzenie, które odmieniło mnie kompletnie. Zostałam zgwałcona.
Miałam w tym okresie chłopaka, ale ciężko mi było się przed nim otworzyć. Ciężko było mi się otworzyć przed kimkolwiek. Jednak chcąc w końcu wyrzucić to z siebie powiedziałam mu o tym... A on mnie rzucił. Bo nie chce dziewczyny, którą "pieprzył" już ktoś inny.

To zdołowało mnie jeszcze bardziej, chciałam przestać istnieć. Myśli samobójcze towarzyszyły mi non stop. Ale on wciąż do mnie pisał. Powiedziałam mu wszystko, otworzyłam przed nim kompletnie siebie i moje serce, a on jak zawsze mnie wysłuchał. I wygłosił wtedy najdłuższy monolog, jaki kiedykolwiek od niego słyszałam. Gdzieś w jego wypowiedź wkradły się słowa "Miłość do ciebie sprawiła, że teraz cierpię razem z tobą". Płakaliśmy razem. Z jego pomocą z czasem pokonałam lęk i wróciłam do bycia dawną sobą.

Ale nie, nie jesteśmy razem... On mieszka dosłownie na drugim końcu świata i choć ja wątpię, że kiedykolwiek coś z tej miłości wyjdzie, on mnie zapewnia, że nadejdzie ten dzień, kiedy będziemy razem. Na złość losowi, który postanowił rozmieścić nas tak daleko od siebie.
Dodaj anonimowe wyznanie