#cPc8d

Pracuję jako stewardessa, co wiąże się z tym, że często nie ma mnie w domu. Mój narzeczony pracuje w domu. Można by powiedzieć jako wolny strzelec. Nigdy nie mieliśmy z tym żadnych problemów, bo nieważne gdzie jestem wiem, że mnie kocha, a ja jego.
Pewnej jesieni z racji na niesprzyjające warunki pogodowe mój lot został odwołany a ja mogłam wrócić do domu.
Szczęśliwa, że mam dodatkowy czas na spędzenie go z moim ukochanym, wracam cała w skowronkach. Wchodzę do mieszkania, jak zwykle kluczę, torebkę, płaszcz kładę na szafce i zdejmuję buty. Zazwyczaj wchodząc witałam go od drzwi krzycząc przeciągłe "heeeeeeej!", ale tym razem chciałam go zaskoczyć więc wszystko robiłam po cichu. Weszłam do salonu gdzie zwykle pracuje, nie było go. Idę więc do sypialni z myślą że pewnie uciął sobie drzemkę albo pali na balkonie. Wchodzę i co widzę? Mojego nagiego ukochanego, wyciągniętego na łóżku z papierosem w ręku (mam obsesję na tym punkcie, za dużo osób spaliło się bo usnęło z petem w ręku, więc nigdy tego nie robiliśmy) a obok może dwudziestoletnią blondynkę w samej bieliźnie. Zamarłam. Oni też. Po kilku sekundach stało się chyba coś najgorszego. Powiedział tak dobrze znane zdanie "To nie tak jak myślisz!". Wtedy krew zaczęła normalnie płynąć w moich żyłach i powoli do nich podeszłam. Speszona gówniara zeskoczyła z łóżka i w samej bieliźnie wybiegła przez drzwi. Ja wzięłam jej ubrania i wyrzuciłam na drzewo które było w bliskiej odległości od naszego balkonu. Idiotka biegła przez miasto w samej bieliźnie, czasem wyobrażam ją sobie i od razu jest mi lepiej. Narzeczonego wywaliłam za drzwi sypialni i zamknęłam się od środka. Cała jego szafa wylądowała także na wspomnianym drzewie. Tak skończył się ten upojny okres narzeczeństwa.
Pamiętajcie panowie, piekło nie zna większej furii niż zdradzona kobieta.

#AE3Pz

"Jeśli ktoś cię zaczepi, oddaj mu." To było moje motto w czasach podstawówki. Oczywiście sama na to nie wpadłam, nauczyli mnie tego trzej starsi, genialni bracia.
W trzeciej klasie wyglądałam jak dość spory kwadrat, zakompleksiona dziewczynka bez prawdziwej koleżanki. Dzieciaki często się ze mnie śmiały, wyzywały, dogryzały, ale nigdy nie byłam dłużna. Jednak pewnego dnia nastał kres mrocznych dni. Wykwalifikowana, profesjonalna wojowniczka, pogromczyni małych szczyli szłam spokojnie szkolnym korytarzem w wiadomym celu. Po przepyszny obiadek. Idę ze szczęściem wymalowanym na tłuściutkiej, okrągłej buźce drzwi od stołówki coraz bliżej, cztery kroki, trzy, dwa. Jebut.
Rozrywający ból przeszył moje niczemu winne plecki. Odwracam się zdezorientowana, a tam otoczony koleżkami, wyższy o głowę szóstoklasista z wrednym uśmieszkiem. Mój mały, wytrenowany móżdżek zareagował natychmiastowo. Nie opowiem wam po kolei jakie ciosy stosowałam, którą nogą kopałam i kiedy przywaliłam mu z dyńki, ale walka była wyrównana. Pobijana, zdyszana, dumna z siebie stałam nad tym zalewającym się łzami cieniasem. Od tamtego momentu żaden maluch nie śmiał się ze mnie, chłopacy traktowali jak równego siebie koleżkę, a tamten dzieciak omijał szerokim łukiem.
Jakiś czas później usłyszałam od braci historię, o tym jak kiedyś byłam normalna dopóki nie zaczęli urządzać wyścigów, który prędzej przebiegnie się z dziecięcym wózeczkiem. Tak, ze mną w środku. Tak, wypadłam im o kilka razy za dużo.

#ltJR8

Jestem z moim cudownym mężczyzną od 2 lat. Ostatnio pierwszy raz jechałam do niego komunikacją miejską. Jadąc w tramwaju na przystanku wsiadł niewidomy chłopak. Wysiadając na tym samym przystanku stwierdziłam, że podejdę i zapytam, czy nie pomóc. Paweł, bo tak mu było na imię, podziękował, wziął mnie pod rękę i ruszyliśmy chodnikiem. Przy skrzyżowaniu chciałam się pożegnać i wywiązał się dialog:
Ja: To ja uciekam, bo jadę na osiedle X, więc po prawej mam przystanek.
P: Nie chcę być złośliwy, ale na osiedle x to przystanek jest po lewej.

Tak że niewidomy chłopak ma lepszą orientację w terenie niż ja :)
PS Pracuję w logistyce :)

#3vtLt

Dziadek mojego Chłopaka nałogowo palił. Gdy M miał 3-4 lata lubił brać papierosy z pudełka, bawić się nimi i udawać, że je pali. Niestety, pewnego razu włożył sobie jeden z nich do nosa (tą stroną, którą się podpala), po czym mocno wciągnął powietrze. Potem wiadomo: silny ból, płacz, duszenie się. Nic dziwnego, że od tamtego incydentu obrzydła Mu zabawa w palenie.

Niedługi czas później był z Mamą w parku na spacerze. Idą sobie uliczką, a tam jakiś starszy pan siedzi na ławce i pali papierosy. M podszedł do Niego, po czym nastąpił taki dialog:
M (smutnym głosem): Co? Pali pan...?
SP (równie smutno): No palę, palę...
Na co M pokiwał w zamyśleniu głową i powiedział: A ja już rzuciłem...

#am3eZ

Kolejne anonimowe o pięknej przyjaźni psa i człowieka.

Ogółem to może zacznijmy od tego, że dorabiam w ciepłe dni (wiosna - lato - początki jesieni) i wyprowadzam ludziom psy itp. No zarobek niewielki, ale zawsze coś.

Przez jakiś czas miałam "stałego klienta", starszą panią (około 80 lat), nazwijmy ją panią Adą, z dość dużym psem - owczarkiem niemieckim. Pani Ada mieszkała w bloku i coraz trudniej było jej schodzić i wchodzić po schodkach z 4 piętra, nawet do sklepu. Więc moja praca polegała na zrobieniu zakupów z listy pani Ady i wyprowadzaniu Tequilli (tak się wabił owczarek), a czasem na dostarczeniu np. jakiejś przesyłki na pocztę lub zaniesienie od razu adresatom.

Półtora tygodnia temu pani Ada poprosiła, żebym wzięła Tequillę na parę dni, bo ona musi iść na badania do szpitala i nie ma jak zająć się pieskiem. Więc owczarek zamieszkał u mnie. Dwa dni później dostałam telefon od syna pani Ady z wiadomością, że stan pani Ady jest bardzo zły i że zostało jej parę dni życia. Wstrząśnięta tą wiadomością postanowiłam ją odwiedzić, bo zaprzyjaźniłam się już z panią Adą.
Po przyjeździe do szpitala nie wyglądało to za wesoło. Wszędzie aparatura, a na łóżku ledwo co widoczna leżąca pani Ada. Po dłuższej rozmowie z nią dowiedziałam się, że staruszka ma bardzo poważną chorobę serca. Gdy już szykowałam się do wyjścia, pani Ada poprosiła mnie, żebym opiekowała się Tequillą, bo jej syn ciągle jeździ i nie ma innej rodziny, a widziała, że bardzo lubię jej owczarka. Zgodziłam się. Od razu po wizycie pojechałam do domu kobiety i wzięłam rzeczy psa (leżankę, zabawki itp.).

Tydzień temu pani Ada zmarła, co mnie bardzo dotknęło, ponieważ zżyłam się z tą uprzejmą staruszką. Jej ostatnią wolą względem mnie było to postanowienie, że syn kobiety ma co jakiś czas przywozić potrzebne Tequilli rzeczy, tj. zapas karmy oraz żeby piesek był obecny na jej pogrzebie.
W dzień pogrzebu na cmentarzu zobaczyłam chyba najsmutniejszy widok w moim życiu. Tequilla spokojnie szła prosto za trumną, nawet nie odchodząc od martwej już pani o krok. Podczas składania trumny do grobu musieliśmy trzymać psa, który zaczął skomleć i chciał wskoczyć za trumną. Gdy po pogrzebie wróciliśmy, owczarek przez cały czas tylko smętnie patrzył w dal.
Na następny dzień podczas spaceru od razu pociągnęła mnie na cmentarz. Przez godzinę leżała koło świeżego grobu.

Niestety, pani Ada chyba nie będzie zadowolona - po kilku dniach Tequilla zmarła, nikt nie wie z jakich powodów. Weterynarz powiedział, że to przez utratę opiekuna.
Bardzo smutno mi z powodu pani Ady i Tequilli. Jedynym pocieszeniem jest to, że czasem wyobrażam sobie jak pani Ada i Tequilla teraz sobie szczęśliwe spacerują gdzieś po łące.

To kolejny przykład, że pies potrafi kochać jak nikt inny.

#9dglG

Gdy miałam około 6 lat byłam na wsi i wracając z jeziora wpadłam na wspaniały pomysł: założę kółko do pływania na głowę i będę udawała astronautę. Jak pomyślałam tak zrobiłam i biegałam tak z tym kółkiem póki nie przewróciłam się o nierówny chodnik.

W taki sposób wybiłam zęba i zbiłam kolano. 1:0 dla pana chodnika. Zaryczana poszłam z tatą do apteki po plastry, wodę utlenioną i gazę. Gdy tatuś zrobił mi już piękny opatrunek stwierdziłam, że mam ochotę pobiegać (tym razem bez kółka). Niestety pan nierówny chodnik nie dał za wygraną. Przewróciłam się znowu. Wybiłam drugiego zęba i zbiłam drugie kolano. 2:0 dla chodnika.

Tak oto straciłam swoje 2 pierwsze mleczaki. Szkoda tylko, że nie mogłam wziąć ze sobą obu, żeby dać je wróżce zębuszce, bo jeden został wbity w chodnik.

#66xak

Macie czasami sny, kiedy śni się Wam, że coś złego Wam się przytrafia, a Wy nie możecie krzyknąć? Ja często.

Nocy pewnej śni mi się, że idę przez ciemny park i nagle wyskakuje zza krzaków mężczyzna. Zatyka mi usta ręką, więc nie mogę krzyczeć. Postanawiam ugryźć go w rękę. Mężczyzna krzyczy: Czy ty jesteś normalna, co ty wyrabiasz?? I odpycha mnie od siebie.

Wydawało mi się to niepodobne do ewentualnego gwałciciela/mordercy, więc się obudziłam.

Cóż, z całej siły użarłam mojego niewinnie śpiącego męża w plecy. Nie był zadowolony.

#S2x6O

Wiecie czego zawsze się bałam? Tego, że jak w zimę puszczę bączka na dworze, to z tyłka wyleci mi taka para, no bo przecież skoro wypuszczam powietrze z ust na mrozie, to takie coś się dzieje.

Któregoś dnia postanowiłam to sprawdzić. Akurat wracałam do domu, droga około 2 km, mróz -20, no i czuję, że mi się chce. Staram się trzymać, żeby nic po drodze nie uciekło. W końcu jestem na podwórku, podchodzę do samochodu, żebym mogła w odbiciu zobaczyć wyniki mojego eksperymentu.

Wypinam tyłek, przekręcam głowę, żeby idealnie wszystko widzieć no i sruuu, i w tym momencie usłyszałam szalony śmiech listonosza. Chyba nie muszę pisać, że spaliłam mega buraka i do tej pory jest mi wstyd jak tylko go widzę.

#wtC3L

Jestem kobietą raczej drobną. Pracuję w sklepie spożywczo - monopolowym, a jak monopolowy to piwerka u nas nie brakuje. Mimo moich 169cm i jakiś 48kg posiadam niemały power w rękach, mało tego przeniesienie większego ciężaru (głownie transporterów z piwem) nie stanowi dla mnie raczej problemu - co będzie istotne w tej historii.

Wyżej wymieniony sklep raczej do gigantycznych supermarketów nie należy, raczej to coś pokroju sklepiku osiedlowego jednak zaplecze z magazynem jest dość spore ze względu na ilości w.w. transporterów pełnych czy też pustych.

Pewnego piątkowego wieczoru siedzę więc sobie i czekam na cud jakim miał być koniec mojej zmiany, kiedy podjeżdża samochód. Patrzę - wielkie czarne BMW przed sklepem (naczytałam się za dużo anonimowych, żeby przez myśl mi nie przeszło, że pewnie jakieś Sebki), jednak wysiadły z niego dwie blondynki. Na moje oko ciut starsze, no i na pewno większe (tu i tam trochę więcej ciałka). Weszły owe maniurki (jedna z pieskiem pod pachą) z długaśnymi tipsiorami, rzęsami jak wachlarze i w obcasach do nieba i wywiązuje się między nimi taki dialog:

X: Jakie to on chciał to piwo?
Y: Ja nie wiem, to twój oganiacz.
X: Kur*a, dzięki za pomoc - po czym zwróciła się do mnie - Poproszę cały transporter piwa.

No to ja hyc na zaplecze i wspinam się niczym alpinista, żeby ściągnąć to cholerstwo ważące jakieś 18kg z samej góry po chwili słyszę:

Y: No i co ona się tak guzdra?! Ileż można czekać?!

Udało się, ściągnęłam, idę zadowolona z tym i kładę to dziadostwo przy drzwiach. Dziewuszki zapłaciły, po czym znowu zwracają się do mnie:

X: A do auta nam już nie łaska zanieść?
Ja: Niestety nie należy to do moich obowiązków.

X prawie zapowietrzona ze złości, jednak schyliła się i podnosi, po czym słyszę cichy komentarz do Y: - Jak ona to niosła, to wydawało się, że nic nie waży, kur*a jakie to ciężkie...

Niestety nie usłyszałam ani dziękuję ani do widzenia.

Ot, takie maniurkowe wyznanie.
Dodaj anonimowe wyznanie