#Lsyx0

Dwa lata temu przydarzyła mi się rzecz niefortunna. Weekend. Jestem u mojego chłopaka, nazwijmy go Zdzisiek.
Z moim zdrowiem różnie bywa, blada cera, zmęczenie, generalnie anemia. Wybiła godzina, by wracać do domu. Szykuję się do wyjścia, buty, te sprawy, mój chłopak głośno rozmawia w kuchni ze swoją matką. Czuję, że słabo mi, stoję, okej, zaraz przejdzie, po chwili mroczki przed oczami, ciemność, szum w uszach, no nic, wołam "Zdzisiek!". Nie słyszy, debatuje w najlepsze.
No dobra, podpieram się o ścianę, ale czuję, że zaraz będzie kiepsko, ponownie rozpaczliwie wołam, bo zaraz zaliczę glebę. W końcu przyszedł, nie zdążyłam nic powiedzieć, padłam w jego ramiona. Film mi się urwał na chwilę.
Budzę się, patrzę, jestem w salonie, leżę na kanapie z nogami do góry, a nade mną chłopak i jego ojciec. Wielkie oczy, dezorientacja i... mokre spodnie.
Tak, straciłam przytomność, mając pełny pęcherz. Gdy chłopak z ojcem niósł mnie do salonu, obsikałam siebie, korytarz i bluzę chłopaka. Wszystko na oczach jego rodziców. Do tej pory chłopak się śmieje, że zaznaczałam swój teren.

#FHxgb

Około 6 lat temu, jako uczeń zawodówki o profilu gastronomicznym, miałem praktyki na kuchni w jednym z ośrodków.
Pewnego dnia miałem pozornie proste zadanie: wydać obiadokolację dla około 40 osób.
Na tę obiadokolację było przygotowane spaghetti bolognese.
Na kuchni zostałem ja i pomoc kuchenna, gdyż kucharze, po moim zapewnieniu, że dam sobie radę, poszli szybciej do domu.

Kolacja prawie w całości wydana, gdy nagle z okienka kelnerka pyta się mnie, gdzie jest kolacja dla dwóch wegetarianek.
Jako iż nie miałem wtedy smartfona z internetem, na którym to szybko sprawdziłbym co wegetariańskiego i dobrego można przygotować na szybko na kolację, wpadłem na wspaniały pomysł.
Otóż po prostu przecedziłem cały sos przez bardzo drobne sitko, tak żeby nie było tam ani kawałka mięsa, doprawiłem pieprzem i solą i podałem z makaronem jako "Makaron z sosem pomidorowym".
W duchu modliłem się, żeby owe panie nie odgadły, że coś jest nie tak. W końcu otwiera się okienko, kelnerka na mnie patrzy i mówi:
"Panie wegetarianki kazały pochwalić kucharza, bo dobry sos zrobił".

#xsWTA

W każdej szkole jest pedagog, który ma za zadanie pomagać uczniom, kiedy mają jakiś problem i zdecydują się, żeby skorzystać właśnie z takiej możliwości pomocy. Prawda?

U mnie w szkole była pani pedagog, powiedzmy pani P, która na pierwszy rzut oka wydawała się sympatyczna i chętna, aby wyciągać uczniów z dna, w jakim się znaleźli.

Też tak o niej myślałam.

Do czasu, aż przez przypadek podsłuchałam jej rozmowę z dwoma nauczycielkami, podczas której nabijały się w najlepsze z problemów uczniów i z tego, jacy oni są. Wysłano mnie po kredę, bo się skończyła. Szybko przemierzyłam dystans góra-dół. Zatrzymałam się na spoczniku w połowie piętra, bo zaciekawiła mnie nowa gazetka na tablicy. I wtedy to usłyszałam... Pani P ze szczegółami opowiadała problemy chłopaka, który miał na pieńku ze starszym bratem i wspólnie z psiapsiółami z pokoju nauczycielskiego śmiała się z tego biednego pierwszoklasisty. Zresztą nie tylko z niego. Z innych uczniów i ich perypetii miłosnych, problemów z rodzicami, problemów z nauką, kablowała, którego nauczyciela ktoś nie lubi i dlaczego. Stałam w szoku na tych schodach i przez chwilę nie mogłam się ruszyć, żeby zanieść tę głupią kredę do klasy.
Z tego względu zraziłam się do tych ludzi i nigdy na głos nie powiedziałam, co mi się w tej szkole nie podobało ani jakie mam problemy (a było tego wiele), żeby szanowne grono pedagogiczne nie stroiło sobie żartów z mojego życia.

A potem ktoś przyjdzie z tekstem: "Szkoła to Twój drugi dom".

Owszem... patologiczny.

#fF0mF

Od gimnazjum znam pewnego chłopaka, nazwijmy go Artur.
Artur charakterem był bardzo do mnie podobny. Oboje byliśmy spokojni, nieśmiali, mieliśmy niską samoocenę i byliśmy obiektem drwin sporej części popularnych rówieśników. Można powiedzieć, że zakumplowały się ze sobą dwie ofiary losu.

Poszliśmy również do jednego liceum, do tej samej klasy. Tam poznaliśmy wiele wspaniałych osób, w tym najlepszego przyjaciela Artura - powiedzmy, Bartka.
Gdzieś w połowie liceum Artur zaczął się do mnie zalecać. Kolega był z niego wspaniały, ale miał kilka cech, które skutecznie odrzucały go jako kandydata na mojego chłopaka, więc delikatnie starałam się go zniechęcić. Im bardziej byłam niedostępna, tym on bardziej się starał, więc w pewnym momencie powiedziałam mu wprost, że nic z tego. On zrozumiał, nadal "byliśmy w jednej paczce".

Jakiś miesiąc czy dwa później Artur poznał dziewczynę, w której się zakochał. Cieszyłam się jego szczęściem - byli w związku i wszystko pięknie się układało. Niedługo potem zaczęłam chodzić z Bartkiem. Nie była to wielka, płomienna miłość jak u Artura, ale oboje chcieliśmy spróbować.
Po kilku miesiącach opowieści o tym, jak Artur kocha swą lubą, zerwał z nią. Płomienna miłość zgasła tak szybko, jak się rozpaliła.
Potem Artur umawiał się z kilkoma dziewczynami. Chłopak nabrał niezwykłej pewności siebie, stał się wręcz arogancki. Uwielbiał rozmawiać o swoich intymnych sprawach. Bartkowi wypominał, że jestem jego pierwszą i jedyną, a on, bóg seksu, miał już tyle kobiet!

Niedługo potem ustabilizował się, poznał swój ideał kobiety. Zerwał z nią SMS-em po dwóch latach przysięgania sobie wiecznej miłości i planowania ślubu, kiedy okazało się, że jest poważnie chora. Nie omieszkałam mu powiedzieć, że zachował się jak ostatni cham i prostak. Wyjechał wtedy z kraju, a nasz kontakt się urwał.

Odezwał się do mnie niedawno, kiedy dowiedział się, że po 7 latach związku z Bartkiem rozeszliśmy się. Poprosił o spotkanie w kawiarni. Myślałam, że może chce mnie pocieszyć, może chce po prostu pogadać lub tak jak kiedyś bywało, wyżalić się. Usłyszałam jednak co innego:
"Gdybyś się ze mną umówiła w liceum, miałabyś teraz męża z dobrze prosperującą firmą, a tak jesteś sama i do końca życia będziesz sama!".

Tak, przyjechał z Anglii tylko po to, żeby mi to powiedzieć. Chwilę później wyszedł, zostawił mnie z rachunkiem za kawę, a na FB napisał długi post o tym, jak to upokorzył dziewczynę, która go odrzuciła. Zdaje mi się, że chyba jeszcze nie wyrósł z gimnazjum, więc... anonimowego zakończenia brak ;)

PS Po miesiącu stwierdziliśmy z Bartkiem, że jednak nie możemy bez siebie żyć i doszliśmy do kompromisu. Planujemy ślub, a Artur... cóż, w sumie nawet nie wiem co u niego ;)

#Hwqr3

Od zawsze byłam leniem. W gimnazjum rodzice mieli mi za złe moje słabe oceny, nie wierzyli, że bez paska na świadectwie cokolwiek osiągnę. Twierdzili, że ze sztuki nie wyżyję, a poza tym nie jestem wystarczająco dobra. Dla nich nigdy nie byłam. W niczym. Jednak moi przyjaciele wspierali mnie, aż i ja uwierzyłam w swoje siły.

Pomimo bardzo przeciętnych ocen testy gimnazjalne zdałam najlepiej w szkole. Trafiłam do liceum plastycznego. Kiedy tylko mogłam, dorabiałam na różne sposoby (żeby nie było - legalne :D).

Skończyłam dwa kierunki studiów, zupełnie niezwiązane ze sztuką. Miały być "zabezpieczeniem", gdyby się nie udało.
Pozdrawiam ze Stanów. Po skończonych studiach złożyłam papiery u producenta gier. Rodzice stwierdzili, że nie dam sobie rady, że bez nich nie istnieję. Teraz robię to, co kocham. Bez rodziców. Nie utrzymujemy kontaktu.

Wystarczy w siebie uwierzyć, nikt nie przeżyje życia za was. Mi się udało, wam też musi.

#OEdeL

Moja babcia całe życie była zagorzałą katoliczką. Jeżeli radio - tylko Maryja, jeżeli telewizja - tylko Trwam. Dopóki była zdrowa, chodziła przynajmniej raz w tygodniu do kościoła. Jak zachorowała, to codziennie rano słuchała Mszy Świętej w Radiu Maryja. Przyjeżdżał do niej nawet ksiądz, aby mogła się wyspowiadać.

Babcia miała w wielu sprawach własne zdanie i nie można było się z nią nie zgadzać, bo była starsza, więc na pewno miała rację (tak przynajmniej uważała). Sprzeciwiała się tzw. nadstawianiu drugiego policzka, ponieważ uważała, że takie zachowanie jest dla frajerów, że to głupota i po dostaniu z liścia oddałaby podwójnie. Tłumaczyłam jej wiele razy, żeby nie brała tego nadstawiania tak dosłownie, bo to nie o to chodzi, ale mnie nie słuchała.

Usłyszała kiedyś w swoim ukochanym radiu "Przypowieść o synu marnotrawnym". Zdenerwowała się, bo przecież ojciec przyjął idiotę pod swój dach. Cały dzień nie mogła pogodzić się z tym, jaka nasza wiara jest głupia i niezrozumiała dla prostego człowieka.

Któregoś dnia przyjechał do niej ksiądz, aby mogła się wyspowiadać. Babcia, zamiast odbyć szczerą spowiedź i żal za grzechy, wdała się w dyskusję z duchownym. Zaczęła prawić mu kazanie o tym, że ona w kościele zrobiłaby porządek.

Ksiądz się zdenerwował i oburzony mówi do babci:
- Pani Jadwigo! To sprzeciw wobec Boga! Ciężki grzech! Będzie pani smażyła się w piekle!
Na to babcia odpowiada:
- Proszę księdza, ja za prosta kobieta jestem, żeby dopchać się do piekła. Ono będzie wypchane duchownymi!

Księżulek obraził się na amen i więcej do babci nie przyjechał :D

#bwYwr

Niedawno skończyłam 18 lat. Wychowuję się w chrześcijańskiej rodzinie, ale nigdy nie czułam tego. Po prostu nie wierzę, nie wiem czemu, nie ciągnie mnie do tego. Zawsze byłam zmuszana do chodzenia na mszę. Nie przepadam za tym. 

Dziś nie poszłam do Kościoła. Mama zauważyła ten fakt, więc postanowiłam powiedzieć, że nie wierzę. Zostałam zwyzywana od ku*ew, mama stwierdziła, że jestem błędem wychowawczym i od teraz mam chodzić z nią osobiście do Kościoła, czy to mi się podoba czy nie. 

Nie wiem co mam robić, chcę być wolnym człowiekiem i wiem, że to co zarządziła moja mama spowoduje tylko to, że znienawidzę Kościół.

#c1gqn

Mam w domu kota norweskiego leśnego. Niektórzy mogą nie wiedzieć - taki długowłosy tygrys, większy od niejednego małego psa, kociak może groźnie wyglądać przez swoje gabaryty, ale daje robić ze sobą dosłownie wszystko. Czasem zapłacze, jak ma dosyć.

Historyjka będzie dotyczyć jego grubego długiego futra.
Letnie popołudnie, jedno z tych upalnych, gdzie pot leje się strumieniami. Postanowiłyśmy z mamą pójść pomóc tacie nieco w ogrodzie koło domu. Po jakiejś godzinie przyszłam po zapas wody i niemal dostałam zawału.
W pokoju na dywanie leżał mój biedny kotek przypominający siebie tylko na głowie, reszta przypominała raczej wyrośniętego kota sfinksa. Obok siedział mój radosny 8-letni brat z nożyczkami do kociej sierści, trzymający w rękach stertę tego, co jeszcze niedawno rosło na mojej kici. Jak się okazało, brat stwierdził, że kotu jest gorąco (i owszem, on też upały źle znosił, ale od czasu do czasu po prostu polewałam mu grzbiet odrobiną wody, żeby schłodzić sierść) i żeby mu ulżyć postanowił pobawić się w kociego fryzjera.

Gdyby mama wtedy nie weszła, chyba rozniosłabym dzieciaka za zbezczeszczenie mojego futrzaka. No cóż, na szczęście futro szybko odrosło, kot wyglądał głupio jedynie przez jakiś tydzień. A brat ma zakaz jakichkolwiek ingerencji w image mojego kocura.

#Ah8T1

Pojawiło się tu wyznanie, że świnka morska zjadła pracę domową.
Mam podobnie.
Mój kochany kot w trakcie nauki do matury zjadł mi zeszyty do matematyki i polskiego, a także dwa podręczniki do tych samych przedmiotów.
Cała klasa miała ubaw, dopóki nie wyjęłam i nie pokazałam zjedzonych rzeczy...
Dodaj anonimowe wyznanie