#lq3av

Było to jakiś czas temu. Leżałam w szpitalu, czekałam na przyjście na świat mojej córeczki. Leżałam już dość długo, prawie miesiąc. Codziennie odwiedzał mnie mój mąż. Pewnego dnia zrobiło mi się żal biedaka, sam w domu, bez kobiety, wiadomo... Poszliśmy wiec w szpitalu do łazienki, miał mi pomóc ,,myć plecy''. Była to łazienka z kilkoma osobnymi prysznicami, można było zamknąć drzwi od kabiny, ale nie od całej łazienki.

Jako że z powodu już naprawdę zaawansowanej ciąży o jakimkolwiek stosunku nie mogło być mowy zabrałam się za robótki ręczne :) Mężowi robi się już całkiem przyjemnie, z doświadczenia wiem ze zbliżamy się do finiszu. Nagle słychać ogromne zamieszanie, do łazienki wpada całkiem spora liczba osób i zaczynają wykrzykiwać moje imię. Po głosie poznałam jedną z położnych, pyta czy wszystko w porządku, odpowiadam ze tak.

Co się okazało? Mój Luby w chwili przyjemności oparł się o dzwonek alarmowy umieszczony w każdej kabinie w razie nagłego wypadku... I tak od dziesięciu minut "wzywałam pomocy'' stawiając na nogi cały oddział :)

Ciężko było potem wrócić na salę, oj ciężko...

#ySQLc

Mamy niewielkie gospodarstwo, hodujemy m.in. kozy. Mój tata wpadł na pomysł żeby nagrać beczenie kozy i ustawić mamie dzwonek na telefon. Podjęłam się tego wspaniałego czynu i nagrałam beczenie kozy oraz ustawiłam mamie na dzwonek.

Niedługo potem mama jechała z moją siostrą do miasta. Wróciła i od progu zaczęła się histerycznie śmiać. Jadąc do miasta ktoś napisał SMSa, a mama słysząc bek kozy myślała, że tata zapakował jej kozę do bagażnika :D

#w33gc

Jestem w liceum, mam w klasie prawie same dziewczyny i kilku chłopaków. Wiadomo, w tym wieku dziewczyny starają się spodobać chłopakom i niesamowicie się ubierają. Jak już wspomniałem, w klasie prawie same dziewczyny, więc jest na co popatrzeć.

Lekcja religii, z 2 kolegami siedzimy w ostatniej ławce, przed nami najładniejsze koleżanki z klasy. Siedziały w taki sposób, że mniej więcej było im widać pośladki. Jedna koleżanka miała leginsy, prześwitywały jej majtki. Mój kumpel to zauważył, szturchnął nas i siedzieliśmy wpatrzeni w wyrzeźbione na siłowni pośladki przez pół lekcji. No nie powiem, widok był nieziemski. Siedzimy tak we 3 i podziwiamy.

Na nasze nieszczęście zauważył to ksiądz. Nasz ksiądz, bardzo spoko gościu, świetny kontakt z uczniami, nie wstydzi się mówić o swoich zarobkach, można powiedzieć, że ksiądz z powołania. Wyjeżdża do nas ze słowami:
- Chłopaki, ładne widoki?
My robimy wielkie oczy, odzywa się kolega i mówi, że bardzo ładne.
Ja siedziałem od strony okna, po otrząśnięciu się z transu, spojrzałem ukradkiem oka przez szybę i w tym momencie obracają się koleżanki, bo nie wiedzą o co chodzi. Widzą mnie patrzącego w dal. Same też wyglądają i jedna mówi:
- Zwykłe bloki... - i wracają do przepisywania notatki.

Do tej pory nie wiedzą, co tak naprawdę było tym widokiem, a my z kolegami nadal jesteśmy czynnymi obserwatorami.

#V9qw0

Mieszkam w szkolnym internacie, gdzie Anonimowe Wyznania czyta każdy. Mamy tam wi-fi, z którego każdy może korzystać. Ta strona tak wszystkich nas pochłonęła, że dyrektor ją zablokował. Kolega sprawdził, że zablokowali nam tą stronę i strony z grami, ale mamy swobodny dostęp do stron pornograficznych...

Nie rozumiem na jakich podstawach oni zakładają blokady... I teraz nie wiem czy się cieszyć z tego co zostało.

#1wlUf

Historia o tym, jak kreatywni potrafią być licealiści.

Słowem wstępu. Chodziłem do klasy mojego byłego LO z córką wicedyrektora - Dominiką, co jest kluczowe w tej historii.

Sytuacja miała miejsce całe 3 lata temu. Był to bodajże wtorek, długa przerwa. Siedzieliśmy pod jedną z klas i gadaliśmy o pierdołach. W pewnym momencie wyżej wspomniana koleżanka rzuciła hasłem, że następnego dnia, po drugiej przerwie, zaraz na początku lekcji będzie alarm i ćwiczenia przeciwpożarowe. Oficjalnie nikt o tym nigdy nie wiedział. Zawsze były z zaskoczenia. Co lepsze, w tym dniu ćwiczenia miała nadzorować jednostka z PSP. Dominika po prostu się wygadała, ale kazała nam siedzieć cicho i nikomu nie rozpowiadać.

W tym momencie zrodził się w mojej głowie chytry plan.
Kilku moich starych znajomych, z którymi kumplujemy się jeszcze od podstawówki chodziło do tej samej szkoły. Zebrałem więc całą bandę i w skrócie przedstawiłem im plan. Za dzieciaka zdarzało nam się bawić w piromanów i robić metodami chałupniczymi świece dymne. Takie z saletry, wosku i cukru, w puszkach po dezodorancie. Dobrze myślicie. Postanowiliśmy "urozmaicić" ćwiczenia przeciwpożarowe.
Po szkole wypad do skupu złomu w poszukiwaniu puszek i sklepu chemicznego w celu zrobienia odpowiednich zakupów. Całe popołudnie spędziliśmy na dozbrajaniu naszego przedsięwzięcia.

Następnego dnia, wyekwipowani jak wojsko na wielką bitwę przyjechaliśmy do szkoły. Plan był prosty. Po drugiej przerwie rozstawiamy się po szkole i gdy zadzwonił alarm, odpaliliśmy świece. Potrzebowały chwilę na odpowiednie zadymienie, a tą chwilę dawała nam organizacja wyjścia z klas uczniów. Wyobraźcie sobie miny licealistów i nauczycieli, gdy po otwarciu drzwi nie było widać dalej niż na 2 metry. Oczywiście panika, bo może faktycznie się pali. Ludzie biegali przerażeni, niektórzy mało się nie potratowali. Szkołę wietrzono grubo ponad 2 godziny.

Następnego dnia odbył się apel. Przyjechał komendant z PSP. Najpierw dyrektor zabrał głos, mówiąc, żeby sprawcy całego zamieszania się przyznali, bo to było bezmyślne z ich strony. I jeśli przyznają się sami, to obejdzie się bez wzywania policji. Potem komendant dodał swoje 3 grosze. Stwierdził, że w skali od 1-6 szkoła dostała ledwo 2 za tą ewakuację, a w przypadku prawdziwego pożaru, ofiar byłoby mnóstwo, dlatego że nauczyciele nie wiedzą, co w takich sytuacjach robić. Wtedy się przyznaliśmy. Dostaliśmy z jednej strony opiernicz za głupie pomysły, a z drugiej strony pochwałę za to, że dzięki urozmaiceniu ćwiczeń, szkoła wie jakich błędów nie popełniać w przypadku prawdziwego zagrożenia.

Do końca liceum mieliśmy określenie "Zadymiarze". Z tego co wiem, to nawet na filmiku na zakończenie naszej nauki, była o naszej "akcji" jakaś informacja :D

#yDoGk

Siema mordy! Na samym początku chciałbym zaznaczyć, że jestem gejem, co w tej historii jest rzeczą kluczową. Ogólnie moje życie miłosne można opisać dwoma słowami: nie istnieje. Jestem typem człowieka, który wierzy w miłość niczym z filmu, typu Tylko Mnie Kochaj etc., co również jest bardzo ważne w tejże historii.

Ale przejdźmy do samego wyznania! Otóż pewnego dnia szedłem sobie pięknymi, krakowskimi Plantami, a w moją stronę zbliża się mój ideał - brunet, szafirowe oczy, wysoki, no cud, miód, malina. Zauważyłem, że dość dociekliwie się mi przypatruje, zbliżamy się do siebie coraz bardziej, ja z miną w stylu WTF patrzę się na ten ósmy cud świata, gdy będąc w odległości trzech metrów zagaduje (X to on):
X: Eee, cześć!
Y: Siemka.
X: Słuchaj, bo przypatruję ci się od od chwili, i trochę mi wstyd, ale...
(Przerwa budująca napięcie, ja, już ciesząc się w duchu, że może ten dzień będzie początkiem końca mej samotnej wędrówki po tym łez padole, wytrzymuję oddech i czekam)
X: Czy nie miałbyś może piątki na busa? Bo kurde zgubiłem portfel i nie mam jak wrócić do domu.

#IwLzi

Pojawiało się tu wiele historii, w których autor znał swoją miłość życia już od piaskownicy, po latach zakochiwali się w sobie po uszy i żyli w krainie wiecznej szczęśliwości. Moja będzie podobna.

Miałam kiedyś takiego kolegę, był moim sąsiadem, różniło nas 8 lat, więc dużo jak na dzieciaków. Spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, gdyż jego mama opiekowała się mną pod nieobecność moich rodziców. Wiecie, byłam takim pulchnym 4-letnim karzełkiem chodzącym wszędzie za 12-latkiem. Czasem miał mnie dosyć, ale mimo wszystko dzielnie znosił. Może to zabrzmi dziwnie, ale był pierwszym chłopakiem, którego widziałam nago. Tak, okropne, ale miałam wtedy góra 6 lat, byłam ciekawskim zboczuszkiem i wymusiłam, żeby pokazał mi tajemnice swego ciała. Dziś staram się wyprzeć to wspomnienie z pamięci.

Tak czy inaczej, wiele rzeczy przeżyliśmy razem, niektóre wspomnienia dziś odwzorowują tylko zdjęcia, bo minęło wiele lat, a pamięć bywa zawodna. Potem poszłam do szkoły, nie potrzebowałam już opiekunki, z rodzicami przeprowadziliśmy się do innej części miasta, kontakt kompletnie się urwał. Wiedziałam tylko, że poszliśmy w zupełnie inne strony, ja zawsze prymuska-kujonka, najlepsze szkoły, studia w wielkim mieście, a on po technikum postanowił iść do pracy i cóż, nie wszystko poszło gładko, bo musiał zacząć łapać kilka etatów, by wyżyć.

I do sedna: przyjechałam do domu na weekend, wybrałam się na zakupy. Weszłam do marketu, gdzie ujrzałam właśnie jego. Jest tam pracownikiem. Zrobiło mi się gorąco, już miałam w głowie te wszystkie historie o spotkaniu po latach, że rzucimy się sobie w ramiona, a w tle zagra jakaś ckliwa melodia. Zaczął iść w moją stronę. Tak, to już miało się wydarzyć!

Podchodzi i z uśmiechem rzuca jak gdyby nigdy nic: "Cześć, gruba, co tam?".

Czar prysł, happy endu nie będzie.
Tak, dalej jestem gruba.

#8paTp

Dość długo nie mówiłem, do około czwartego roku życia, mama opowiedziała mi pewną historię.
Z mojego domu jest dobry widok na plac zabaw, moja rodzicielka uznała, że mogę powoli przyzwyczajać się do wychodzenia samemu na dwór, podczas gdy ona będzie wszystko oglądała z okna.
Aby dostać się na plac zabaw, musiałem przejść przez ulicę i podczas jednego takiego wypadu omal mnie nie rozjechał motocyklista. Wtedy we mnie coś pękło i pierwsze słowa, jakie usłyszała moja matka razem z połową osiedla, to soczysta wiązanka, która poszła w kierunku nieznajomego. Mama ze wstydu wycofała głowę z okna, a ja od tamtego czasu nie miałem już problemów z wymawianiem pełnych zdań.
Tak że dziękuję, panie motocyklisto, oby nie wyskoczył panu więcej przed koła jakiś niemy bachor i szerokości na drogach :)

#E4GGZ

Znajomy artysta poprosił mnie, żebym odebrała sukienkę na spektakl od pewnej pani, nazwijmy ją Kowalską. Zgodziłam się, zadzwoniłam do pani Kowalskiej - powiedziała, że nie będzie jej w domu, więc sukienkę przekaże mi jej nastoletni syn. Kilka dni później pojechałam pod wskazany adres - był to spory, ładny blok mieszkalny. Powiedziano mi, że mam zadzwonić domofonem pod numer 72, drzwi na klatkę były jednak otwarte, więc tego nie zrobiłam. I to był błąd.

Wjechałam windą na ostatnie piętro, znalazłam drzwi z numerem 72 i pukam (dzwonka nie było). Nikt nie otwiera. Pukam jeszcze raz. Nadal nic. Naciskam klamkę - otwarte. Wchodzę, rozglądam się, wołam:
- Dzień dobry!
Z pokoju wychodzi łysy facet w średnim wieku. Na mój widok podchodzi, całuje w oba policzki i wita się jak ze starą znajomą.
- Cześć, słuchaj, przyjechałaś w kiepskim momencie niestety.
Zdezorientowana mówię:
- Ja po sukienkę.
Facet wydaje się trochę zmieszany.
- Jaką sukienkę?
- No, na spektakl.

Facet myśli. Wyraźnie nie wie o co chodzi. Wreszcie wyciąga z kieszeni plik banknotów, daje mi i mówi:
- Masz, kupisz sobie jakąś inną, teraz jest naprawdę słaby moment, powinnaś już iść.
W tym momencie zgłupiałam kompletnie.
- Ale to nie może być taka kupowana - mówię, zastanawiając się, czy mi się to wszystko nie śni - To jest kostium na spektakl. I ja go muszę dziś odebrać.
Facet skonsternowany bardziej ode mnie. Pyta po raz kolejny:
- Jeszcze raz, o co chodzi z tą sukienką?
- No, to sukienka na spektakl. I ja ją muszę odebrać od pani Kowalskiej.
Facet myśli, myśli, myśli. Wreszcie mówi:
- Jaka, k#wa, sukienka?
Zaczynam łkać w duchu.
- Na spektakl - powtarzam po raz setny. - Do teatru. Zamówiona.

Facet postanawia, że idziemy na balkon. Zapala papierosa. Wzdycha i zaczyna opowieść o panu Kowalskim, który leży w pokoju obok, schlany do nieprzytomności. Alkoholik, samotny w dodatku, choć niesłychanie bogaty. On zaś, jego przyjaciel, przyjechał tu, by mu pomóc, wyciągnąć z dołka, postawić na nogi. Kowalski pije, to jest jego straszna tragedia, ale to w gruncie rzeczy bardzo porządny, dobry człowiek. Słucham tego, za cholerę nie wiem dlaczego i dukam tylko:
- Ale ja muszę tę sukienkę…
Siedzimy tak dobry kwadrans, próbując ogarnąć z jakiej planety przyleciało to drugie i w jakim języku do nas rozmawia.

Wreszcie pan Kowalski pojawił się we własnej osobie. Okazało się co następuje: Kowalscy są rozwiedzeni. Pan Kowalski mieszka w apartamencie pod numerem 72, a piętro wyżej rezyduje jego była żona z dziećmi. Są zatem dwa mieszkania numer 72, o czym bym się dowiedziała, gdybym zadzwoniła domofonem. Łysy facet wziął mnie za córkę pana Kowalskiego i w ludzkim odruchu chciał mnie odesłać, żebym nie musiała patrzeć na zalanego ojca.
Morał? Dzwońcie. Nawet, jeśli drzwi są otwarte.

#WjO56

Mam 22 lata i od 15 lat nie jem mięsa. Dlaczego?
Będąc z rodzicami na wczasach agroturystycznych, bawiłam się ze wszystkimi zwierzątkami. Ale najbardziej pokochałam krowę Hanię. Śliczną i łaciatą. Chodziłam ją odwiedzać na pastwisko, rozmawiałam z nią, zaczęłam nawet negocjacje z rodzicami, by zabrać ją do domu.
Ostatniego dnia pobytu na obiad podano nam gulasz. Zjadłam szybko, bo chciałam iść się pożegnać z moją ukochaną Hanią. Niestety nie mogłam odejść od stołu, bo mój tata poprosił o dokładkę i zaczęłam krzyczeć, że teraz! natychmiast! chcę iść do mojej krowy. Moje krzyki usłyszała właścicielka farmy, podeszła do mnie i powiedziała:
- Kochanieńka, nie musisz tak krzyczeć. Hani już z nami nie ma. Właśnie ją zjadłaś.

Kurtyna.
Dodaj anonimowe wyznanie