#aKAKN

Sytuacja miała miejsce dobre parę lat temu. Miałam wtedy mniej więcej 18-19 lat.

Po imprezie urodzinowej koleżanki mojego brata musieliśmy jakoś wrócić do domu. Mój brat jako jedyny niepijący został kierowcą. Samochód standardowo był na 5 osób, a podwieźć trzeba było 7 osób. Stwierdzili, że te 6 osób się pomieści bez problemu, ale jedna musi zostać przewieziona w bagażniku. Tą osobą byłam ja, bo byłam najdrobniejsza z nich.

Niestety brat o mnie zapomniał i spędziłam prawie całą noc w bagażniku. Gdyby nie mama nie wiem, ile bym tam siedziała.
Kochany braciszek. :)

#y5pn4

Mój brat jest typowym Sebkiem. Luźne dresy, ciągłe chodzenie na siłownię, żeby bardziej przypakować, brak włosów na głowie (za to często wraz z mamą suszymy mu głowę) i oczywiście z głośników telefonu lecą rapsy. Każdemu Sebki kojarzą się głównie z patologią, brakiem pieniędzy itd. W przypadku mojego brata jest inaczej. Nasza rodzina zdecydowanie nie należy do biednych, wręcz przeciwnie.

Pewnego dnia odwiedziłam brata (studiuje w innym mieście) i przy okazji poszliśmy na zakupy. Wiadomo, on tradycyjnie w dresach i z lekkim zarostem, ja w markowych ubraniach i inne takie tam pierdoły. Grunt, że wyglądaliśmy jak z zupełnie innych światów. Po zakupach idziemy sobie miastem, brat cały obładowany zakupami. Spotkaliśmy jakiegoś jego znajomego (jak się później okazało, współlokatora z akademika). Zmierzył mnie wzrokiem i po chwili zastanowienia mówi:
- Nie spodziewałem się, że sobie znajdziesz sponsorkę, Michał (imię zmienione). Czy pracujesz dla niej jako jakiś sługa, nosisz jej zakupy, czy nie wiem, co... Nie chcę wnikać...

Chwila ciszy. Patrzę na brata on na mnie. Wybuch. Oboje zwijaliśmy się ze śmiechu. Popłakałam się na środku ulicy. Aktualnie chodzę do liceum i jakoś nie szukam sobie nikogo do sponsorowania :P

PS Mój brat jak na dresa jest bardzo miły. Przytrzymuje i otwiera drzwi przed starszymi i kobietami. Kupuje bezdomnym jedzenie, rzuci pieniążek do kubka. Często ma dodatkowy bilet i wspomaga tych, którzy swojego nie mają. Ale to wynika już raczej z tego, jak bardzo wspaniała osoba nas wychowywała :)

Może ktoś kiedyś spotka anonimowego Sebka z Rzeszowa :D

#Qv0cN

Mieszkam w małym miasteczku w domu wielorodzinnym, na górze mieszkam ja ze swoimi rodzicami, a na dole mieszkała babcia z czarnym dużym kundlem - Grafem, za domem mamy w miarę dużych rozmiarów podwórko.
To tak tytułem wstępu.

Sytuacja działa się, gdy miałam ok. 3-4 lata, razem z mamą wyszłam na podwórko.
Standardowa zabawa, najpierw na huśtawkę, potem do piaskownicy i tak się zajmowałam sobą, a mama siedziała na leżaku i czytała książkę.

Po chwili na podwórko przybiegł Graf, zawsze się go trochę bałam, ponieważ był większy wtedy ode mnie, ale po pewnym czasie udało mi się przemóc i zakumplowaliśmy się.
Graf oprócz głaskania bardzo lubił, gdy go goniłam. Sama ową zabawę lubiłam, więc jak gdyby na jakieś hasło Graf zaczął uciekać, a ja go gonić. Zabawa toczyłaby się przyjemnie, gdyby nie to, że Graf nagle wyhamował, gdyż ujrzał jeża. Ja niestety nie miałam tyle szczęścia, a jako że biegałam trzymając ręce przed sobą, cóż... włożyłam mu palec w tyłek.

Tak... dobrze czytacie...

Jakby nigdy nic wyjęłam go (fuuu) i pobiegłam do mamy.
Mama oczywiście całą sytuację widziała i zwijała się ze śmiechu na leżaku.
Wzięła mnie do łazienki, umyłam dokładnie rączki i jakby nigdy nic wróciłyśmy na podwórko.
A ja jeszcze przez baaardzo długi czas nie wiedziałam czemu Graf na mój widok ucieka gdzie pieprz rośnie...

Nie muszę chyba pisać, że ta historia jest opowiadana na KAŻDYM spotkaniu rodzinnym?

#PVmB3

Mam 18 lat. To zdarzenie miało miejsce podczas moich praktyk w domu opieki nad osobami starszymi.

Na nasz oddział przyjechała nowa pani, która chorowała na raka. Była bardzo agresywna, ciągle krzyczała, płakała, nie chciała nic jeść, wyrzucała każdego, ktokolwiek wszedł do jej pokoju, aby zapytać, czy czegoś nie potrzebuje. Z racji, że nie mogła ruszać się z łóżka, przychodziły do niej pielęgniarki, aby ją nakarmić. Jak można się domyślić, nikt się nie pchał, aby tam do niej iść. Z racji że mówiła niewyraźnie, a ja nie znałam języka na tyle, aby ją rozumieć w 100 procentach (sytuacja dzieje się poza granicami Polski), starałam się jak mogłam ograniczać kontakt z nią. Z jednej strony dlatego, że się jej bałam, lecz z drugiej dlatego, że znałam swoje ograniczenia, które stały na drodze, aby jej pomóc.

Pewnego dnia na praktykach, podczas rozdawania obiadów, wszyscy byli zajęci, dlatego wysłali mnie do niej z obiadem. Tak przerażona jak wtedy nie byłam chyba nigdy. Przyszłam tam, zaczęłam próbować coś żartować i spokojnie zapytałam, czy nie chciałaby czegoś zjeść. Ona się zgodziła, więc zaczęłam ją karmić. Po chwili zapytała się mnie skąd pochodzę, lecz już nie w ojczystym języku, lecz po angielsku. Zaczęłyśmy rozmawiać po angielsku. Zjadła trochę obiadu i powiedziała, że nie chce już więcej. Odłożyłam tackę z jedzeniem i chciałam się zbierać, kiedy zaczęła płakać. Nie wiedziałam co zrobić. Zaczęłam mówić ciiiii... głaskać ją po twarzy, jak i drugą dłonią chwyciłam ją za rękę. Ona była zaskoczona. Zaczęła płakać i mówić, że dziękuje mi, bo nikt jeszcze tego nie zrobił dla niej. Nie wiedziałam, o co jej chodzi. Przecież złapanie za rękę i próba wsparcia w ramach swoich możliwości, rozmowa, to nie jest tak dużo. Każdy z moich współpracowników na pewno robi to samo. Spędziłam tam 40 minut.
Po tym wydarzeniu za każdym razem, jak mnie widziała, uśmiechała się promiennie do mnie. Po jakimś czasie zrozumiałam, o co jej chodziło. Większość pracowników, która przychodziła do niej po prostu siadała, nakarmiła jak zwierzę i odchodziła. Każdy traktował ją jak dziwoląga, który płacze, krzyczy i cierpi. Nikt nie zatrzymał się przy niej, nie spróbował porozmawiać, zrozumieć.

Czego nauczyło mnie to wydarzenie? Że czasem warto się zatrzymać i stać się człowiekiem dla innych. Zatrzymać, porozmawiać, nie oceniać, lecz spróbować zrozumieć. Gdziekolwiek jesteśmy powinniśmy być ludźmi, a nie robotami bez uczuć.

#875mv

Ostatnio pojawiło się tu wyznanie o karze w postaci zabierania drzwi od pokoju. "Nagradzanie" w ten sposób występków jest częstszym zjawiskiem, niż by się mogło wydawać. Tej metody używają również rodzice mojej koleżanki.

Ostatnio, zapewne z powodu okrutnej zbrodni, bramy prywatności został pozbawiony jeden z jej braci. Kiedy siedziałyśmy u niej w pokoju, usłyszałyśmy rozmowę, jaka się nawiązała między jej mamą a drugim bratem. Brzmiało to mniej więcej tak:
- Gdzie jest Bartek?
- Zamknął się w pokoju.
- A skąd on wziął drzwi?!

Nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać :)

#3e7eG

Fala Sebków na tych Anonimowych, nie ma co. Nie wiem, czy przeważają ci dobrzy, czy ci typowi - groźni. Niestety, moja historia związana jest z tymi drugimi.

Wracałam sama z parapetówki u koleżanki, u której wypiłam parę głębszych, choć pijana zdecydowanie nie byłam. Chyba nie jestem jedyną osobą, której emocje zawsze biorą górę, gdy w grę wchodzi alkohol. Wracałam, była ciepła, letnia noc, a ja już mijałam sąsiednie osiedle, by znaleźć się na swoim. Zawczasu szukałam kluczyków w torbie, kiedy usłyszałam jakąś kłótnię. Odwróciłam się w stronę dochodzącego hałasu - jakieś 20 m dalej, pod jednym z bloków, stało dwóch Sebków, grążących jakiemuś biednemu chłopaczkowi. Zaczęli go okładać pięściami, wystraszyło mnie to. Gdybym była stuprocentowo trzeźwa nie wiem, czy odważyłabym się coś zrobić, bo mimo wszystko kolesi było dwóch, a każdy z nich ważył mniej więcej dwa razy tyle co ja, ale...
- Hej! - krzyczę do nich, jakbym przed sekundą oddała mój rozum sprzedawcy. - Co wy odwalacie?!

Sebki takie skonsternowane, cisza przez kolejne 10 sekund (w czasie których normalnie zaczęłabym wiać) i nagle wyzwiska w moją stronę. Niby-myślę moją przyćmioną mózgowiną: "Co? Że niby to do mnie...? O wy... Ja wam pokażę...". I idę w ich stronę niczym królik ze wścieklizną do dwóch niedźwiedzi. Chłopaczek, jako chyba jedyny rozgarnięty z całej tej grupy, wykorzystał okazję i zwiał.

Groził Wam kiedyś jakiś dres? Z mojego doświadczenia - charakterystycznym ruchem jest wypięcie klaty do przodu i zbliżenie się do ciebie jak najbardziej. O, i najczęściej są wyżsi, więc tak durnowato nachylają głowę.

No więc gdy już zakończyli ten rytuał, jeden Sebek popchnął mnie tak, że prawie poleciałam na ziemię, a zaciśnięta dłoń drugiego leciała prosto na moją zdziwioną twarz. Tylko że moja spanikowana noga była szybsza i z podładowaną adrenaliną siłą przywaliłam mu w krocze. Sebek zawył i wycofał się. Tymczasem drugi chciał dokończyć cios pierwszego, lecz ja już trochę wkręcona pociągnęłam go za rękę tak, że upadł i założyłam mu balachę (dźwignię na łokieć), ale taką bezlitosną, bo usłyszałam taki głuchy, nieprzyjemny trzask.
Wrzask tego chłopaka mnie otrzeźwił. Zwiałam. Nie wiem, co by się stało podczas tej bijatyki, gdyby nie fakt, że jestem dwukrotną mistrzynią mojego województwa w MMA, a w ciemności nie dało się zobaczyć moich sporych mięśni ud i ramion.

Następnego razu, gdy widziałam tych dwóch, jeden miał rękę w gipsie, a drugi chodził z grymasem na twarzy. Ta historyjka nie jest chyba raczej chwalebna, nie chcę też być pochwalana (jako DZIEWCZYNA, tfu) za pobicie dwóch MĘŻCZYZN. Taka, o, historia.

#Z5Hea

W szkole średniej miałem kolegę, który lubił robić głupie żarty. Dzwonił często gęsto w nocy, że go pobili, że ma połamany nos, że połamali mu ręce, okradli go, żeby mu pomóc dostać się na pogotowie albo na komisariat. Jeden kolega dał się na to nabrać, pojechał po niego w umówione miejsce, a żartownisia nie było. Od tamtej pory nikt się nigdy nie nabrał na żart.

Pewnego dnia dzwoni telefon do mnie; 2:43 w nocy, ja zaspany - dzwoni ów kolega. Pobili mnie, połamali mi nos, po pijaku się wdałem w awanturę, wyrzucili mnie z klubu, wyskoczyłem nie do tego co trzeba. Proszę, pomóż mi się dostać na pogotowie.

Oczywiście wiedząc, że to blef pożegnałem go słowiańskim pozdrowieniem rozpoczynającym się na S, a kończącym na J - daj ludziom spać, idioto.

W poniedziałek w szkole zobaczyłem go... z czarnym nosem i szwami na twarzy. Tym razem naprawdę dostał i nikt mu nie pomógł.

#A9Bs8

Stałem sobie na skraju ulicy, bo przed chwilą zapaliło się czerwone światło na przejściu dla pieszych. Nagle coś z ogromną siłą wyrzuciło mnie na jezdnię. Na szczęście samochody jeszcze nie zdążyły dojechać do przejścia, przy którym stałem - skrzyżowanie było duże. Szarpnąłem się natychmiast w tył na chodnik i dzięki temu uniknąłem rozjechania.

Po chwili ogarnąłem, co się stało - młody człowiek, w wieku ok. 20-23 lat po prostu wypchnął mnie na jezdnię z całych sił w rękach. Tak, miał zespół Downa. Jego opiekunka bardzo przepraszała. A ja miałem prawie pełno w gaciach.

Takie osoby to nie tylko clou ckliwych opowieści o tym, jacy są wrażliwi i wewnętrznie piękni. Niestety czasem stanowią zagrożenie dla innych. A dla mnie nauczka - od tej pory nigdy nie stoję blisko jezdni oczekując na "zielone"...

#1HyFn

Poniedziałek rano, zbieram się do pracy, jako że moje służbowe auto było w naprawie, musiałam pojechać do pracy MPK (mam tendencję do spóźniania się na autobusy :D ). Tak więc wyszłam z domu jak zwykle za późno i pędzę na przystanek. Dobiegam do przejścia z sygnalizacją świetlną - czerwone. Akurat mój autobus akurat miał zielone i był blisko przystanku, więc myślę cóż, biegnę na czerwonym.

W momencie gdy wbiegłam na przejście, wjechał na nie akurat inny samochód, stuknął mnie tak, że odrzuciło mnie kawałek. Kierowca się zatrzymał, wybiegł z samochodu wystraszony, pyta, czy nic mi nie jest, a ja do niego z tekstem "Panie, autobus mi ucieka!". Podniosłam się, szybko pozbierałam swoje manele i pobiegłam dalej. Mina faceta bezcenna.

Na autobus zdążyłam, nic mi się nie stało, tylko jak się okazało po wejściu do biura, podczas wypadku zgubiłam jednego buta - nawet się nie zorientowałam i tak pojechałam do pracy :D
Dodaj anonimowe wyznanie