Od zawsze byłam porównywana do mojej kuzynki. Razem chodziłyśmy do jednej klasy od podstawówki do gimnazjum. Z ocenami szłyśmy łeb w łeb. Razem jeździłyśmy na konkursy/zawody i zajmowałyśmy wysokie miejsca. Średnia zawsze ta sama, tylko kilka ocen na świadectwie było odwrotnych.
Ja byłam tą nieśmiałą, trochę zamkniętą w sobie, ale miłą, ona zaś otwartą, śmiałą i pyskatą. W szóstej klasie ogłoszono, że osoba z najlepszymi wynikami pojedzie na tygodniową wymianę do Anglii. Bardzo chciałam być właśnie tą osobą. Uczyłam się więcej, żeby mieć jeszcze lepsze wyniki niż wcześniej. Za to moja kuzynka się nie przejmowała, nie zależało jej na tym.
Nadszedł czas ogłoszenia wyników oraz wybranej osoby, co zostało zrobione na zebraniu z rodzicami. Z niecierpliwością czekałam na powrót mamy. Jak tylko przyszła, wiedziałam, że mi się nie udało i byłam bardzo zawiedziona. Na wymianę miała jechać właśnie ta kuzynka.
Mama powiedziała, że nauczycielki bardzo mnie chwaliły i ostatecznie miałam najlepsze wyniki w całej szkole, od kuzynki byłam lepsza o kilka ocen. Jednak to nie ja pojadę na wymianę, ponieważ jestem nieśmiała i mogłabym się czuć niekomfortowo w obcym miejscu i mieć problemy z obcym językiem.
Nie zostałam wybrana przez mój charakter. Po tym jeszcze bardziej zamknęłam się w sobie i już miałam dość słuchania naokoło jaka ta moja kuzynka jest świetna, że została wybrana, najwidoczniej jest najlepszą uczennicą. Przestałam się po tym starać, moje ambicje zostały pogrzebane przez nauczycielki.
Dodam tylko, że argument o "niekomfortowym samopoczuciu w obcym miejscu i problemach z obcym językiem" był bezpodstawny, bo już wtedy na wakacje często wyjeżdżałam za granicę, gdzie w tak młodym wieku dawałam radę porozumieć się w języku angielskim bez większych problemów, o czym moja mama wspomniała na zebraniu, ale zostało to kompletnie zignorowane.
Moja żona to kobieta z piekła rodem. Kocham ją nad życie, jest elegancka, wykształcona i obyta. Nie to co ja.
Ale diabeł przy niej się chowa. Uważa ona, że burak zrozumie tylko po buraczanemu, więc czasem potrafi wygarnąć.
Przypadek lekki - na poczcie kobieta gada przez telefon i przeszkadza i pracownikom, i klientom, opowiadając głośno, w co była ubrana na jakąś randkę. Moja Piekielnica krzyczy na całe gardło do baby, czy się zabezpieczała, bo syfilis słuch uszkadza i sądzi, że go złapała. Wszyscy w śmiech, a baba z rykiem prawie uciekła.
Najgorzej, że Lucyfer mój nie potrafi obojętnie przejść obok, kiedy na przejściu dla pieszych kierowcy wymuszają pierwszeństwo.
Zawsze się bałem, że albo ją rozjadą, albo jej przywalą (szczególnie lubi wyżywać się na kierowcach BMW).
No i się doczekałem. Widziałem na policji obraz z kamery.
Jak zwykle kierowca wymusić chciał, żeby szybciej przechodziła i "pogonił" ją podjeżdżając pod nogi. Żona jest w ciąży, więc się telepie jak pingwin, szczególnie z zakupami. Wyjątkowo jak na nią pokazała tylko "Kozakiewicza" i idzie dalej. Na co facet (nie kark, ale taki podpity tatusiek z bebzonem i wąsem) wybiega z samochodu i wyrywa jej siatki, usiłuje ją popchnąć. Co zrobił mój szatan? Bierze zamach i tak przywala gościowi, że się przewrócił.
Najlepsze, że kretyn zadzwonił na policję (mi by było wstyd żalić się, że ciężarna mnie pobiła). Mieszkamy pod kamerą praktycznie, więc łatwo znaleźli żonę i wezwali.
Ja w panikę, że mi ją zamkną i pieluchy do więzienia będę nosić, a ona co? Powołuje się na niepoczytalność związaną z hormonami i do policjanta wprost, że jej mogą w sądzie skoczyć.
Policjant na szczęście nie wziął tego do siebie. Wezwali ją, bo chcieli wiedzieć, czy to ona nie chce zgłosić napaści.
Z jednej strony czuję ulgę, że sobie poradzi, z drugiej boję się, co będzie jak podpadnę.
A za co kocham ją najbardziej? Że potrafi jednym zdaniem moją patologiczną siostrzyczkę sprowadzić do podłogi. Zakochałem się w niej właśnie, kiedy zobaczyłem jak to robi.
Chcę podzielić się z wami historią, która zniszczyła moje życie i właściwie nie mam już po co żyć.
Od 6 roku życia trenuję piłkę nożną. Tak, jestem kobietą. Praktycznie całe swoje dzieciństwo spędziłam na boisku. Bardzo dobrze się uczyłam, ale zaczęłam zawalać szkołę, z powodu nawału zawodów. W gimnazjum dostałam się do klasy sportowej o profilu piłki nożnej. Byłam jedyną dziewczyną na 30 osób, więc chyba byłam dobra. Ciężko trenowałam przez te trzy lata gimnazjum, aż w końcu dostałam upragnione powołanie do kadry wojewódzkiej! To był pierwszy krok do kadry Polski, do której również miałam powołanie, ale z powodów osobistych nie mogłam na nią pojechać.
Mogę marzenia zginęły na turnieju. Jak to zwykle w zimę, odbywała się halówka. Jak nazwa wskazuje graliśmy na hali, na której były bardzoo długie schody. Właśnie byłam na samej górze, schodziłam w dół, gdy poczułam ręce na plecach, potem już tylko spadałam.
Okazało się, że ze schodów zepchnęła mnie "koleżanka" z klubu, która była zazdrosna o moje powołanie.
Dziś wróciłam od lekarza. Noga i ręka złamana w dwóch miejscach. Mogło być gorzej, dobrze, że mogę chodzić i żyję, ale w piłkę nożną nie będę mogła już grać.
Zgadnijcie kto pojechał na moje miejsce na kadrę. :')
Przepraszam, jeśli moje wyznanie było chaotycznie, ale właśnie dziś straciłam moje wszystkie marzenia.
Boże Ciało 20 lat temu. Miałam 8 lat.
Moja mama była chora, więc zamiast iść na procesję, wyszłam z moim kolegą pobawić się na dworze. Ważne w historii jest to, że miałam na sobie spodnie na szelkach.
Niedaleko naszego bloku był jeden z ołtarzy, przy których zatrzymuje się procesja. Nad ołtarzem rosła wysoka brzoza. Kolega wpadł na pomysł, żeby wejść na brzozę i obserwować procesję. Siadłam na gałęzi, która rosła nad ołtarzem. Gdy przyszła procesja, położyliśmy się na gałęziach i chowaliśmy się przed ludźmi. W pewnym momencie do drzewa podeszli ludzie i zaczęli zrywać gałązki. Tego nie przewidzieliśmy. Kolega był na grubej gałęzi, ale moja gałąź zaczęła się trząść. W pewnym momencie straciłam równowagę i spadłam. Na szczęście jedna z szelek zsunęła się z moich ramion i zaczepiła się o gałąź. Zawisłam idealnie nad ołtarzem machając rękami i nogami. Ksiądz przerwał swój monolog. Wszyscy ludzie widzieli małą dziewczynkę, która wisi na drzewie zaczepiona na szelce od spodni na wysokości 1 piętra. Kolega dawno zdążył uciec. Na szczęście był tam tata mojej koleżanki, który zaczął wspinać się na drzewo aby mnie ściągnąć. Gdy był już blisko, szelka nie wytrzymała. Spadłam prosto na ołtarz, niszcząc wszystkie dekoracje i obrazy. Nigdy nie zapomnę krzyku wszystkich ludzi i śmiechu księdza proboszcza.
Historia skończyła się tym, że ja złamałam rękę, ksiądz nie dokończył kazania, a mama musiała zapłacić za wszystkie straty. Najgorsze jest to, że widziało mnie całe osiedle.
PS Nie jestem żoną ani kolegi, ani księdza. :)
Mam 21 lat, a jakoś nigdy nie interesowały mnie imprezy i tego typu sprawy. Cenię sobie spokój i ciszę.
Aczkolwiek pojawił się wyjątek, dałem się na początku gimnazjum wyciągnąć na "dyskotekę". Niby nic wielkiego, ale że nigdy wcześniej na takiej imprezie nie byłem, to za bardzo nie wiedziałem jak się ubrać, bo wcześniej w takich imprezach nie uczestniczyłem.
Zdałem się na pomoc mojej cioci i to był błąd. Zostałem ubrany w garnitur i nie było mowy o protestach. Chyba nie muszę mówić kto był w centrum uwagi przez całą dyskotekę i co spojrzenie palił buraka.
W klasach 4-6 nienawidziłem swojej nauczycielki przyrody (zresztą z wzajemnością), nazwijmy ją panią X (sorry za brak inwencji). To był jeden z reliktów PRL-u, ucząca w tej szkole od dawna, pewna tego, że może wszystko, nadzwyczajnie lubująca się w przechwalaniu swoją wiedzą, pokazywaniu wyższości nad nami. Uwielbiała czepiać się o wszystko, o byle szczegóły, nawet te nieistotne. Na sprawdzianach potrafiła obniżyć ocenę za byle głupstwo.
Co ważne, ta pani była jedyną nauczycielką geografii w gimnazjum, znajdującym się w tej samej szkole co podstawówka, więc miałem pewność, że spotkamy się również w gimnazjum.
W wakacje po 6 klasie obmyśliłem plan, żeby co najmniej dorównać wiedzą pani X, więc zacząłem się uczyć nazw państw, ich stolic, powierzchni, liczby ludności, krótkie opisy itp. itd.
Wszyscy się śmiali, że tracę wakacje na naukę. Zazdrościłem dzieciom z sąsiedztwa, że miały czas się bawić, ale ciągle pamiętałem o swoim celu - upokorzeniu babki od przyry, pokazaniu, że nie tylko ona posiada taką wiedzę.
No i dochodzimy do początku roku szkolnego. Przemówienia, bla bla bla. I na końcu przemówienia dyrektor ogłasza:
- Z przykrością ogłaszam, że pani X przechodzi na emeryturę, a geografii będzie uczył pan Y...
Dawno, dawno temu, w 2-piętrowym wieżowcu, miała miejsce ta jakże urocza historia.
W głównej roli 9-letnia ja.
Na początku warto wspomnieć, że mam rok starszą kuzynkę, z którą w tamtym okresie miałam częsty kontakt, a ona przekazywała mi (nie zawsze trafne) ciekawostki dotyczące spraw damsko-męskich. Swoją drogą, nie wiem skąd tę wiedzę czerpała.
Był to czas, w którym stanowczo domagałam się od rodziców rodzeństwa. Bez przerwy trajkotałam jak bardzo chciałabym mieć malutką siostrzyczkę lub braciszka, a mama przekonywała, że jeśli będę cierpliwa, to się doczekam. Któregoś dnia zauważyłam, że na półce w pokoju leżało kilka małych paczuszek, które przyniósł tato, a sam wyszedł do kuchni. Postanowiłam przyjrzeć się znalezisku z bliska. Było to kilka opakowań prezerwatyw. Ja jako wyposażony w odpowiednią wiedzę bystrzak, pobiegłam do mamy z wielkim krzykiem.
"Mamo! Ja widziałam jak tato przyniósł do domu takie pudełka. Ja wiem do czego to jest! Tatuś cię oszukuje i nie chce mieć dzidziusia, powiedz mu coś!"
Mama tylko cierpko się uśmiechnęła i powiedziała, że nakrzyczy na tatę.
Rodzeństwa się nie doczekałam, ponieważ tato do tej pory oszukuję mamę czarodziejskimi pudełkami :)
Moja babcia przesiaduje u nas w domu całe dnie. Ostatnio zaczęła się robić wręcz upierdliwa. Wchodzi mi do pokoju bez pukania, przestawia wszystko, grzebie w rzeczach i nic nie mogę zostawić w innym pomieszczeniu, bo znosi mi do pokoju i rzuca na łóżko. Irytuje mnie to strasznie, no ale do rzeczy...
Dzisiaj przebierałam się w pokoju. Zrzuciłam spodenki od piżamy i kiedy tak stałam wyciągając majtki z szuflady i świecąc gołą dupą, drzwi otworzyły się gwałtownie... Speszona zakryłam się i kogo zobaczyłam? Oczywiście babcię.
Nie odwróciła się, nie przeprosiła, nie zamknęła drzwi... Stała dalej i patrzyła na mnie wyraźnie wku*wionym wzrokiem, po czym wypaliła:
- NIE JESZ TYCH TRUSKAWEK?
Nie babciu... nie jem...
Siedzę sobie z chłopakiem, który mi się podobał, na ławce. Nie byliśmy jeszcze razem, ale była chemia. Ja - nóżka na nóżkę, przylegająca sukieneczka ładnie na kolanku, uśmiecham się, mrugam.
Chłopak postanowił wykonać jakiś ruch i zejść z ławki (a były to ławki wyższe) i ładnie się do mnie przytulić. Dokładnie tak jak na tych pięknych zdjęciach, gdzie ona/on siedzi, a on/ona pomiędzy jej/jego nóżkami stoi i przytula, zgarniając do siebie. Motylki w brzuchu rajcują, banan na twarzy. Podszedł do mnie i uśmiecha się figlarnie. Zdjęłam więc nóżkę z nóżki, a on złapał za moje kolanka i je powoli rozsunął, żeby mógł stanąć bliżej mnie. Pech chciał, że przylegająca sukieneczka pod wpływem fizyki albo szatańskiej mocy podsunęła się aż do brzucha.
Efekt?
1. Widok na moje poprute, dwuletnie, jasnobłękitne majtki.
2. Widok na moje poprute, dwuletnie, jasnobłękitne majtki, które miały centralnie na środku dwie plamy po okresie, bo nie chciało mi się ich zmieniać.
3. Widok na moje poprute, dwuletnie, jasnobłękitne majtki - które miały centralnie na środku dwie plamy po okresie, bo nie chciało mi się ich zmieniać - i na podpaskę ze skrzydełkami umiejscowioną na nich.
Mało?
4. Widok na na moje poprute, dwuletnie, jasnobłękitne majtki - które miały centralnie na środku dwie plamy po okresie, bo nie chciało mi się ich zmieniać i na podpaskę ze skrzydełkami umiejscowioną na nich - z których wyswobodził się gąszcz kolców mojego pękniętego jeża.
Wstyd jak diabli, facet oniemiały z obrzydzenia.
Sama zerwałam kontakt.
Lunatykuję od kiedy pamiętam.
Dzisiaj obudziłam się z głową w zapełnionej kuwecie kota.
Nie polecam.
Dodaj anonimowe wyznanie