Moja babcia jest... jakby to ująć... dość specyficznym typem osoby :D Nie jest typową babcią piekącą ciasteczka dla swoich wnuków i mówiącą jakie to piękne pannice z nich wyrosły :) Dużo klnie, lubi boks i jest bardzo porywcza.
To tak słowem wstępu.
Pewnego razu babcia wyszła przed swój dom i zauważyła pijanego sąsiada, który uciął sobie drzemkę w jej ukochanych kwiatkach. Babcia ruszyła w jego stronę i zaczęła ciągnąć go za nogę.
"Wstawaj, pijaku! Gnoju jeden! Kwiatki mi będzie niszczył!" i potok innych słów, których nie zacytuję z wiadomego powodu ;)
Słysząc hałas, z domu wybiegła córka owego pana, która zawsze wykłócała się o wszystko, ogólnie mało przyjemna kobieta, z którą babcia wolała nie mieć do czynienia. Co więc postanowiła zrobić moja babcia? Uciec? Nieee, to zbyt proste dla niej, poza tym córka już ich zauważyła. Więc babcia, trzymając sąsiada wciąż za nogę, błyskawicznie zmieniła ton głosu na możliwie najsłodszy:
"Wstawaj, wstawaj sąsiad, bo się przeziębisz".
Wszyscy u mnie w domu pracują do późna, gdy przychodzę ze szkoły jestem sama wiec ściągam ubrania i chodzę po domu w samej bieliźnie.
Pewnego dnia gdy siedziałam w kuchni i tak sobie jadłam i słuchałam głośno muzyki, usłyszałam samochód, pomyślałam, że to mój sąsiad, więc dalej smacznie jadłam. Nagle usłyszałam otwierające się drzwi do domu, przestraszona gwałtownie wstałam, zastanawiałam się co teraz zrobić. Pobiegłabym do łazienki, ale droga do niej przechodziła przez korytarz, więc by ten ktoś mnie zauważył. Jedynym wyjściem była szafa w salonie (salon i kuchnia były połączone)... Pobiegłam szybko do salonu i zamknęłam się w szafie. Siedziałam chwilkę i usłyszałam głos mojego brata. Zdziwiłam się, bo miał przyjść później. Stwierdziłam, że jak to brat to wyjdę z szafy, no bo brat to brat. Już chciałam wyjść, gdy usłyszałam głos jeszcze kogoś. Pomyślałam: eeee, zaraz pójdą do pokoju, to spokojnie sobie wyjdę. Myliłam się, siedzieli dużo dłużej.
Po godzinie siedzenia w tej szafie zachciało mi się sikać, i to tak bardzo sikać. Już nie wytrzymałam nacisku na pęcherz. Jedna myśl: ubiorę coś z szafy i wybiegnę.
No więc otworzyłam drzwi i szybko biegłam w stronę wyjścia, nawet nie patrząc na siedzących przy stole. No i jak to ja - potknęłam się o stołek, odkrywając moją nagość.
Okazało się, że przy stole nie siedzą 2 osoby, tylko cala grupka. Wyobraźcie sobie miny tych osób, które spokojnie sobie rozmawiały, a ktoś wybiegł z szafy półnagi :)
Wczoraj postanowiłem wybrać się na piwko ze znajomymi. Z racji że długo nie było mnie w kraju, bardzo tego potrzebowałem. Takiego zwyczajnego wypadu, rozmowy, może troszkę wygłupów. No właśnie.
Koło 23 większość ekipy się zwinęła, więc razem z kolegą odprowadziliśmy koleżankę i postanowiliśmy pójść nad takie klimatyczne jeziorko. Nie za duże, nie za małe, o tej godzinie świeci pustkami. Warto wspomnieć, że jest tam też plaża. Kolega pijany jak świnia, i jak świnia (dosłownie) zaczął tarzać się w piasku, wydając przy tym jakieś dziwne odgłosy. Olałem to, bo w sumie dziwny jest, nic nowego.
Rozebrałem się i siu, wskoczyłem się popluskać do jeziorka. Tak sobie pływam, pływam sobie, jakieś auta czasami przejeżdżają, ale nie zwracałem na nie uwagi. Wiadomo, człowiek, jak się trochę napije, przenosi się w inną czasoprzestrzeń. Wydawało mi się, że kąpałem się z 15 minut, a tak naprawdę było to ponad 40 minut. Stwierdziłem, że czas wyjść. No więc sobie wychodzę, szukam ubrań. I tutaj jest problem. Ubrań nie ma, kolegi też. Sytuacja wygląda następująco: stoję nagi, o godzinie 24 na plaży. Do domu mam dobre 3 kilometry, czyli po pijaku jakieś 15, bo wiadomo, że pod wpływem się ciężko chodzi. No nic, klamka zapadła.
Idę sobie na luzaku, zakrywając miejsce intymne, a tu nagle ioioioio. Myślę sobie - no *****, jeszcze tego mi brakowało. Panowie podjechali, trudno nie było wyczuć tego, że prawie duszą się ze śmiechu. Spisali mnie, podrzucili do domu. Mandacik niby jest, ale do domu dotarłem bardzo sprawnie.
Bilans: Stracony portfel, telefon, klucze od domu. Od kolegi dowiedziałem się, że noc spędził w krzakach koło wspomnianego wyżej jeziorka, bo chciał do mnie wskoczyć, ale (cytuję) "jakoś mnie poniosło w inną stronę i w sumie wygodnie było, więc postanowiłem tam zostać".
Poniósł nas melanż.
Kiedyś pisałem na fejsie z fajną dziewczyną, która mi się podobała. Pisaliśmy całkiem dużo, wysyłaliśmy sobie różne zdjęcia, screeny telefonu (dla niewtajemniczonych - zrzuty ekranu). Posiadacze telefonów z systemem android wiedzą jak działa tam messenger - jeśli mamy otwartą tylko jedną konwersację, to dookoła okna widać fragment ekranu... Właśnie.
Przez nieuwagę wysłałem jej screena rozmowy na messengerze, z widocznym w tle logo strony z pornosami oraz zaznaczoną kategorią "mamuśki"...
Nie wiem, czy zauważyła, ale jeśli tak, to może dlatego dziś nie jesteśmy razem.
Studiuję w jednym z większych polskich miast, mieszkam ze swoim chłopakiem, z którym jestem już ładnych parę lat. W zasadzie mogłabym śmiało powiedzieć, że jestem szczęśliwa. Ale nie, to wyznanie nie zakończy się ślubem i dzieckiem w drodze.
Otóż ostatnie pół roku nie należało do szczęśliwych. Powiedziałabym nawet, że był to najgorszy okres w moim życiu.
Będąc na imprezie w klubie z "przyjaciółką" (ostatni raz w życiu bez faceta - akurat był w innym mieście), zostałam odurzona i wywieziona sama nie wiem gdzie. Z tej nocy pamiętam jedynie wepchnięcie mojego bezwładnego ciała do taksówki (może jestem dziwna ale uważam że kierowca powinien ogarnąć, że nie jest to normalna sytuacja) i ból. Ból, ponieważ zostałam zgwałcona przez jakiegoś pieprzonego erasmusa, który ignorował moje krzyki, mało tego, nie przeszkadzało mu nawet to, że byłam w trakcie okresu (tak, nawet nie wyjął tamponu).
Obudziłam się goła i obolała, czym prędzej pozbierałam swoje rzeczy i uciekłam.
O okresie zupełnie zapomniałam. Przypomniałam sobie dopiero wieczorem. Okazało się, że ten cholerny tampon cały czas był we mnie. Nie wiem dlaczego, ale cały dzień nie uroniłam ani jednej łzy, dopiero to mnie tak rozwaliło. Jakoś udało mi się go usunąć, ale ginekolog zdiagnozował u mnie dość poważny stan zapalny. Leczyłam to cholerstwo miesiącami, przez pierwsze kilka tygodni modląc się tylko o to, by nie być w ciąży. Mojego chłopaka totalnie odrzuciłam, czego (jeszcze) nie rozumiał. Dopiero po czasie wyznałam mu, co się stało.
Wiedziałam, że mnie kocha, ale i tak bałam się, że nie przetrwamy takiej próby. Poza tym wiedziałam, jak bardzo go to zaboli, było mi też zwyczajnie wstyd. Jak się okazało - szkoda, że nie powiedziałam mu o tym wcześniej. Bardzo mi pomógł, przeszliśmy przez to razem.
Nie piszę tego po to, by uzyskać współczucie. Nie zależy mi na nim, bo żadne słowa niczego nie zmienią. Wątpię, bym kiedykolwiek zajrzała do tego wyznania. Napisałam, bo aż tak szczegółowo nikomu o tym nie opowiedziałam. Nie wiem, czy kiedykolwiek przeszłoby mi to wszystko przez gardło. Należę do osób, które wolą się wygadać, dlatego teraz zrobiło mi się o wiele lżej na duszy.
Mam też nadzieję, że choć dla jednej osoby to wyznanie będzie przestrogą. Przede wszystkim dla dziewczyn, bo mnie też się wydawało, że potrafię o siebie zadbać, a okazało się, że wcale tak nie jest.
Pretensje mam oczywiście do siebie, w zasadzie o wszystko. Ale nigdy nie wybaczę tej "przyjaciółce", z którą wtedy wyszłam, że nie zainteresowała się moim zniknięciem. Teraz nie utrzymujemy już żadnego kontaktu (zerwałam go z przyczyn oczywistych), nawet nie wiem jak bym zareagowała na przypadkowe spotkanie. Mimo wszystko nie życzę jej źle. Zresztą, tego co mnie spotkało nie życzę nikomu.
Jak byłam mała, bardzo lubiłam oglądać "13posterunek". Jak to małe dziecko, bawiłam się też z mamą, udawałyśmy różne postacie z bajek i tak dalej. I wyobraźcie sobie jej minę, jak któregoś dnia wzięłam krawat taty i wyskoczyłam z tekstem: "Pobawmy się w "13 posterunek", ja będę Czarkiem, a ty będziesz tą dziwką".
Zacznę od tego, że jestem otyła.
Rzadko wychodzę, bo ze względu na moją tuszę boję się ludzi i ich reakcji na mój wygląd. Dzisiaj się przemogłam i posiedziałam sobie z trzema koleżankami na ławce. Obok ławki, na której siedziałyśmy przyjechały szybko trzy rowery, a na nich chłopaki 13-15 lat.
Bardzo się za nami oglądali, jednak nie zwróciłyśmy na to większej uwagi. Po paru minutach poczułam uderzenie w szyję, przede mną leżał balon z wodą, a za chwilę pojawili się wyżej wspomniani chłopaki, głośno się śmiejąc z mojego wyglądu. Powiedziałam, że są bardzo śmieszni, a oni na to, że "śmieszny to jest twój brzuch". Wstałam i poczekałam aż drugi raz przejadą obok nas, bo można się było tego spodziewać... cóż, nie czekałam długo.
Jak zobaczyli, że wstałam to przyspieszyli, krzyknęłam, żeby przyszli ze mną porozmawiać. Zatrzymali się 40 m ode mnie i jeden odpowiedział, żebym to ja do nich przyszła to "przynajmniej schudnę". Ośmieszyli mnie przy całym osiedlu, kolejny raz rzucając we mnie balonem z wodą. Nawet bliżej nie podeszli, bo się bali (oczywiście cały czas się śmiejąc z grubaski).
Nie wiedzą, że wyglądam tak, bo mój tata znęca się nad rodziną psychicznie od 10 lat i jedyne chwilę szczęścia to te, kiedy jem. Płaczę od czasu kiedy przyszłam do domu, słowa bardzo ranią. Oni mieli chwilę zabawy, a ja będę o tym rozmyślać przez kolejne 3 miesiące.
Siadanie na desce w kiblach publicznych uratowało mi życie.
Ale od początku. Ok. 2 tygodnie po maturze zaczął strasznie boleć mnie brzuch. Zgoniłam to na zbliżający się okres, stres pomaturalny itd. Od paru dni miałam też kłopoty z wypróżnianiem (mówię wam, jakie to jest straszne uczucie nie srać przez tydzień..). W końcu, kiedy już nie mogłam ustać prosto z bólu, mama zabrała mnie na pogotowie. Cicho, pusto, ok. godziny 22. Przyszedł pan doktor, obmacał mi brzuch, zrobił USG. W badaniu widać było ogromny guz na lewej nerce, który nie dawał żadnych objawów poza tym, że uciskał jelita i stąd ten problem z wypróżnianiem. I tutaj każdy kto kiedyś cierpiał na zaparcia pomyślałby, że ten okropny właśnie z tego wnikał... Otóż nie!
Wiele osób uważa publiczne toalety za straszne, coś czego nie da się używać, większość z ludzi korzysta z nich "na Małysza". Ja tam nigdy nie miałam zbytnich oporów co do siadania na desce klozetowej - ten wielki ból, z którym przyjechałam, wynikał właśnie z zapalenia dróg moczowych, które prawdopodobnie złapałam z jakiejś publicznej świątyni dumania.
Po tygodniu przewieziono mnie do innego szpitala, gdzie wycięto mi nerkę, która w całości razem z guzem była wielkości głowy małego dziecka (sama nerka jest wielkości piąstki). Po trzech histopatologiach stwierdzono, że rak był złośliwy. Na szczęście wycięto całość, obeszło się bez dodatkowej chemii czy naświetlań i po tygodniu mogłam wrócić do domu.
Musiałam hodować latami tak wielkiego guza. Gdyby nie to zapalenie układu moczowego, prawdopodobnie przy pierwszym większym lub mniejszym upadku na ten bok guz pękłby, komórki rakowe rozlałyby się po organizmie, a mnie zamiast studiów w październiku czekałaby chemioterapia i hospicjum.
Publiczne toalety uratowały mi życie, drodzy Anonimowicze!
Wyznanie o zabarwieniu paranormalnym. Mi samej z prerspektywy czasu trudno uwierzyć w to, co się stało.
Kiedy byłam nastolatką, bardzo często doświadczałam paraliżu sennego. Budziłam się w środku nocy, mogąc poruszać jedynie oczami. Podobno to dość powszechne zjawisko. Tyle że w moim przypadku przy każdym takim stanie paraliżu pojawiała się świetlista, biała kula, która lewitowała nad łóżkiem. Dręczyła mnie, podduszała, szarpała za ręce. Bałam się położyć spać, często siedziałam do późna, a kiedy usypiałam i tak prędzej czy później dziwne zjawisko się pojawiało.
Rodzice nie wiedzieli jak mi pomóc. Kiedy ksiądz chodził po kolędzie, opowiedzieli mu o zaistniałej sytuacji i prosili o poradę. Dla mnie to wydawało się zupełnie nieracjonalne, ale zgodziłam się z nim porozmawiać - zrobiłabym wszystko, żeby spać normalnie, bez strachu.
Ksiądz przyszedł do mojego pokoju, porozmawialiśmy. Wyglądało mi na to, że nie bardzo wierzył w moją historię. Doradził mi, żebym wietrzyła przed snem pokój. Pytał też, czy nie mam problemów zdrowotnych, które mogłyby wywołać takie halucynacje. Ostatecznie poświęcił mi pokój, zmówił modlitwę i powiedział coś w stylu: nie dręcz tej dziewczyny, jak chcesz kogoś dręczyć, to przyjdź do mnie.
Od czasu tej wizyty spałam świetnie, nie nawiedzały mnie żadne dziwne zjawiska. Raz spotkałam tego księdza, zapytał mnie z uśmiechem, czy już nie mam problemu. Z czasem zupełnie przestałam o tym myśleć.
Bratowa pracuje w szkole. Po jakichś dwóch latach od opisanej sytuacji, ksiądz pracujący w szkole opisał jej (w sposób anonimowy) moją historię, która usłyszał od księdza, który mi pomagał. Tyle że dodał zakończenie, które mnie zszokowało. Powiedział, że ten ksiądz po powrocie ode mnie nie mógł sobie poradzić, że dziwna kula przychodziła do niego i dręczyła go dusząc podczas snu. Finalnie wezwał egzorcystę i sprawa się skończyła na dobre.
Wiem, że wyznanie brzmi absurdalnie. Sama nie wiem co myśleć o tym, co się działo.
Uwaga: historia miłosna!
Kilka lat temu w lato rozstałam się ze swoją pierwszą poważną miłością. Ogólnie źle to zniosłam, bo okazało się, że mój eks mnie zdradził. Moje przyjaciółki próbowały mnie pocieszyć, ale bezskutecznie. Mijały dni, a ja ciągle załamana i zapłakana. Moje przyjaciółki wpadły na pomysł jak mnie troszeczkę pocieszyć i rozerwać. Jedna z nich miała działkę jakieś 150 km od naszej miejscowości, a żadna z nas nie miała jeszcze prawa jazdy, wiec wybrałyśmy się tam stopem.
Na działce był akurat brat z kolegami ze studiów, ogólnie trochę się wkurzył, że młodsza siostra wbiła się z koleżankami, ale koledzy wyglądali na bardzo zadowolonych. Jednak wcale z nimi nie siedziałyśmy, dobrze nam się bawiło w damskim gronie i faktycznie przez te kilka dni nie myślałam o eks. Następnego dnia miałyśmy wracać, więc z ekipą koleżanki brata zrobiliśmy grilla, trochę alkoholu i się zaczęło. Ogólnie należę do nieśmiałych osób, czułam się niezręcznie, widziałam, że jeden z kolegów ciągle się na mnie patrzy, ale po kolejnych drinkach całkowicie się rozluźniłam i przestałam się tym przejmować. Nagle koleżanka zeszła na temat mojego eks. Oczywiście były żarty i docinki, ale jednego nigdy nie zapomnę. Koleżanka do mnie:
- Ej, a gdyby "eks" cię nie zdradził, a np. oświadczyłby ci się, zgodziłabyś się zostać jego żoną?
Wtedy odpowiedziałam w żartach:
- Żartujesz sobie, wyobrażasz sobie, żebym nosiła pierścionek?
Wtedy chłopak, który ciągle mnie obserwował, powiedział:
- Ja sobie ciebie wyobrażam z pierścionkiem, a nawet w sukni ślubnej, jak idziesz do ołtarza.
Wtedy ja zaskoczona pytam:
- Co, z moim "eks"?!
- Nie... Ze mną.
Zmiękły mi nogi i miałam motyle w brzuchu.
Po dwóch latach naszej znajomości wzięliśmy ślub :)
Dodaj anonimowe wyznanie