Mój wzrok od urodzenia porównywany był do wzroku jastrzębia. Bez wad, świetna precyzja.
Dwa lata temu, w okresie letnim, byłem na imprezie urodzinowej, poza domem. Do solenizanta przyjechał jego znajomy, dajmy mu na imię Tomek, który na stół postawił "wódkę". Wódki nie pił każdy (wiadomo, byli kierowcy i miłośnicy piwa), ale piłem ja. Po pierwszej kolejce, Tomek dopiero uświadomił sobie, a raczej przypomniał, że ten alkohol to metanol. No nic, przerwaliśmy picie tego syfu i kontynuowaliśmy picie czystej wódki z akcyzą potwierdzającą pochodzenie.
We wrześniu w szkole spostrzegłem jakąś wadę wzroku. Z pierwszej ławki w klasie nie widzę co napisane jest na tablicy. Jestem zdziwiony, no ale co, pewnie od kompa. Umówiłem się na wizytę u lekarza. Z diagnozy wynikało, że nie jest to spowodowane dużym zmęczeniem, czyli teoria o tym, że było to spowodowane od siedzenia przed kompem została zanegowana. Lekarz powiedział, że w okresie dojrzewania u kilku procent młodzieży zauważa się wady wzroku, normalne. Tak więc wziąłem to za moje argumentowanie, dlaczego noszę okulary.
Kilka miesięcy później, w luźnej rozmowie ze znajomą uświadomiłem sobie realne zagrożenie płynące z tytułu przyjęcia jakiejś dawki metanolu (był to jeden kieliszek).
Pełen strachu wybrałem się do okulisty. Po pełnych badaniach wynikło, że dawka, którą przyjąłem, po dwóch godzinach mogła spowodować nieodwracalną ślepotę. Do metabolizmu metanolu jednak nigdy nie doszło. Tamtego wieczoru wypiłem bowiem jeszcze sporą dawkę zwykłej wódki, która, jak się okazało, sprawnie przeciwdziałała zwiększeniu się stężenia kwasu mrówkowego w moim organizmie, który w każdym przypadku atakuje gałkę oczną i doprowadza do śmierci.
Od tamtej pory minęły 2 lata, a jedynym objawem, który zachował się z tamtego wieczoru jest wada -1.5 dioptrii. Żyję.
PS: Niszcząc wszystkie teorie o smaku metanolu oświadczam, że ten smakuje jak etanol.
Miałem kiedyś przyjaciółkę.
Ta przyjaźń była nieco "inna", otóż wszystko między nami wyglądało jak w związku, jednakże nigdy nie usłyszałem od niej nic co by wskazywało na związek między nami. Dla jasności: byliśmy sobie wierni, kochałem ją, ona też sprawiała wrażenie jakby świata poza mną nie widziała, ale nie usłyszałem nigdy, że mnie kocha.
Trochę zagubiony i niepewny tej relacji postanowiłem porozmawiać z moja dziewczyną-nie-dziewczyną, w skrócie - postawiłem jej ultimatum: albo to coś między nami nabiera kształtu, mówi, że mnie kocha, albo nie chcę jej widzieć - usłyszałem przepraszam i tak oto zniknęła z mojego życia.
Cóż, chyba jestem idiotą. Ta kobieta przez 6 lat mojego życia prała moje brudne gacie, sprzątała mój dom, gotowała obiadki, piekła ciasta, kupowała leki, oglądała ze mną Moto GP i nawet przy tym nie marudziła, a jej jedyną wadą było to, że nie potrafiła mi wprost powiedzieć, że mnie kocha, bo w przeszłości jakiś frajer mocno ją skrzywdził.
Pointy brak, czasem wystarczy patrzeć.
A więc tak...
Wczoraj wpadłam na głupi pomysł. Mianowicie chciałam powiedzieć mojemu chłopakowi w formie żartu coś w stylu "Wiem o wszystkim. Z nami koniec!" i sprawdzić, jak się zachowa.
Dopiero po typowym wytłumaczeniu zdrajcy typu "To nie tak jak myślisz" dowiedziałam się, że będąc ze mną chodził również z moją znajomą...
Mam dużego psa, dokładnie setera irlandzkiego. Dla nieznających tej rasy są to psy myśliwsko-wodne. Do tego B. jest z dobrej hodowli (musiał taki być, mam też brata alergika, a ta rasa ma włosy) i jeszcze nie spotkałam "swetra" większego od niego, a co ważne nigdy nie bał się żadnych wystrzałów, w sylwestra sypiał jak zabity.
Jest kochany przez wszystkich, małe dzieci biegną do niego wołając go po imieniu, a w Wielkanoc przynoszą ogromne kości z rosołu, specjalnie dla niego. Często jak stanę przy płocie, a ludzie mnie nie widzą, to mogę usłyszeć: "O! To pies, który się zawsze uśmiecha" ;) Potem jak mnie zauważają - burak cudowny.
Mój pies nie toleruje tylko jednego rodzaju człowieka - pana Miecia-złomiarza. Strasznie denerwowało go terkotanie ich zdezelowanych wózków, więc zawsze strasznie szczekał, jak ich widział. Co owym panom się nie podobało, bo nie mogli w spokoju kraść - cała ulica wiedziała, że idą.
Jak robi się ciepło, zostawiamy B. na dworze, bo szkoda go zamykać na np. 2 godziny kiedy nas nie ma, a wiadomo, on musi się wybiegać, co zresztą kocha.
I to właśnie wykorzystali złomiarze. Ktoś musiał wejść na posesję i go przytrzymać, strzelili w niego petardą...
Nigdy tego nie zrozumiem.
Ale od tamtej pory boi się WSZYSTKICH wystrzałów. Burze i sylwester to masakra. Biedny pies stara się schować, ale jest za duży i niechcący niszczy rzeczy wokół siebie. Jedyny sposób to muzyka tak głośno, żeby nie słyszał rzeczy za oknem. Ale żeby nie było tak łatwo, uspokaja się tylko do muzyki klasycznej, przy czymś innym się denerwuje. Więc jeżeli burza przychodzi o 2 nad ranem i trwa do 4, to trudno, głośniki na full i siedzisz z nim. Nie chcemy mu dawać lekarstw, bo to jest straszny widok, patrzy przerażony, a nie ma siły się poruszyć, tylko raz za namową weterynarza mu podaliśmy.
Wiem, że ogromna ilość psów boi się wystrzałów, ale B. nie bał się 3 lata, aż za bardzo niektórym przeszkadzał. Kiedy widzi złomiarzy, dosłownie szaleje z furii, niestety nie mamy żadnych dowodów, że to ich sprawka.
A teraz znowu jest burza, słucham muzyki na maksymalnej głośności, a mój "malutki" piesek chce mi wejść na kolana.
Puenty brak.
Opowiem wam historię, przez którą można jednocześnie stracić i odzyskać wiarę w ludzi. Świadkiem tej historii był mój tata.
6 grudnia zrobił zakupy i stanął w kolejce do kasy. Przed nim stał mężczyzna z małym chłopcem. Mężczyzna kupował wódkę i papierosy.
- Tatusiu, a czy do mnie przyjdzie dziś mikołaj? - zapytał chłopiec.
- A o której dzisiaj wstałeś?
- O 8.
- Widzisz?! PRZESPAŁEŚ MIKOŁAJA, ŻADNYCH PREZENTÓW NIE BĘDZIE!
Widać było, że chłopiec się zasmucił, ale nic nie odpowiedział.
W tej chwili zareagowała kasjerka i spod lady wyjęła paczkę, którą miała najwidoczniej przygotowaną dla swojego dziecka i dała ją chłopcu. Dziecko niesamowicie się cieszyło i aż skakało z radości.
Są jeszcze na świecie ludzie, którzy potrafią okazać innym dobroć.
Jestem poważnie chora, to w tym wyznaniu jest najważniejsze. Lekarze są przerażeni widząc moje wyniki badań, jeden po drugim rozkłada ręce mówiąc, że to jest po prostu masakra.
Jestem maturzystką. Moja szkoła ma bardzo wysoki poziom i wręcz chore wymagania. Na rozszerzonej biologii uczyliśmy się rzeczy, które są na 3 roku medycyny. Oczywiście te „podstawowe” informacje z przedmiotu były konieczne do tego, żeby napisać sprawdzian na ocenę pozytywną, którą można uzyskać od 50% i do tego, aby dostać ocenę pozytywną na koniec semestru.
Nauczyciele i dyrektor wiedzieli o mojej chorobie. Niewielu z nich interesowało się tym i mieli gdzieś to, że muszę się oszczędzać i że często jestem w szpitalu. Kiedy leżałam w szpitalu po operacji, ze sprawdzianów, które wtedy pisaliśmy dostawałam ocenę 0 lub 1 wraz z dołączonym komentarzem: „specjalnie nie przyszła na sprawdzian”. Przez chorobę często łapię infekcje. Często siedziałam w szkole z gorączką, krwią w uchu. Czasem po prostu musiałam już zostać w domu, nie byłam w stanie iść do szkoły. Na lekcjach dostawałam opierdziel od nauczycieli za to, że nie chodzę do szkoły, bo co ich to obchodzi, że jestem chora. Dowiedziałam się też, że mam taki swój sposób na życie: „jutro jest sprawdzian, to nie przychodzę do szkoły!”, a fakt, że nie chodziłam do szkoły przez 2 tygodnie z powodu bardzo mocnej infekcji i mam zwolnienie od lekarza, nie jest żadnym wytłumaczeniem.
Pół roku temu na jednej z wizyt u lekarza okazało się, że muszę podjąć decyzję: albo próbuję się ratować, co właściwie jest równoznaczne z tym, że rzucam szkołę, albo ryzykuję i odkładam to na czas po maturze. Bałam się niemiłosiernie, ale postanowiłam, że spróbuję zdać maturę, a potem na spokojnie będę się leczyć. Mój stan zdrowia gwałtownie się pogorszył. Czy wiecie co to znaczy mieć halucynacje i zaburzenia świadomości z bólu? Ja już wiem. Wtedy kiedy nie chodziłam do szkoły leżałam w łóżku, a ból był tak silny, że nie mogłam się poruszyć nawet o milimetr.
Jest coś, o czym nigdy nikt się nie dowie: nauczyciele i dyrektor szkoły nie chcieli dopuścić mnie do matury. Powód? „TO, ŻE JESTEŚ BARDZO POWAŻNIE CHORA I MUSISZ SIĘ LECZYĆ, WCALE NIE OZNACZA, ŻE NIE MOŻESZ UCZYĆ SIĘ TYLE, CO TWOI RÓWIEŚNICY!”. Wiecie co musiałam zrobić, żebym mogła zdawać maturę? Musiałam zaliczać całe 3 lata liceum z przedmiotów, z których nauczyciele wystawili mi 1, m.in. chemię rozszerzoną. Udało się. Czekam na wyniki matury, ale to jest pewne, że zdałam i to naprawdę z bardzo dobrym wynikiem.
Żadnych morałów na końcu Wam nie daję, bo upośledzeni nie jesteście i sami wiecie, jak sobie to podsumować. Dodam Wam Kochani jeszcze jeden, mały bonus: jest to szkoła katolicka, dyrektor to siostra zakonna, a nauczycielka, która najbardziej mnie terroryzowała, miała kiedyś raka.
Kiedy byłam małym smarkiem, nie lubiłam jeść niczego, co nie jest czekoladą.
Moja kochana mama kupowała świeże bułeczki i ładnie je ozdabiała, mając nadzieję, że zjem chociaż trochę. Nie chciałam, żeby była smutna, że mimo jej starań nadal nie chcę jeść. Dlatego obmyśliłam plan doskonały. Zakradałam się do toalety i po kawałeczku wrzucałam bułeczkę do kibelka, po czym spuszczałam wodę i mówiłam mamie, że wszystko zjadłam.
Powtarzałam to codziennie, do pewnego razu, kiedy mama kazała mi wyjść z toalety, bo pilnie musi się załatwić. Ja przestraszona wrzuciłam bułkę w całości i nacisnęłam spłuczkę. Na moje nieszczęście bułka nadal tam była. Mama mnie ponaglała, ja nie wiedząc jak pozbyć się dowodu zbrodni wzięłam mokrą bułkę i zjadłam. Gdy wyszłam nie dałam niczego po sobie poznać. Mama załatwiła swoją potrzebę, a ja od tej pory jadłam każdą kanapkę, którą mi przygotowała.
Nikomu o tym nie mówiłam, ale czytając wasze anonimowe przygody postanowiłam, że ta historia powinna ujrzeć światło dzienne.
Najgorsze jest to, że nadal pamiętam smak tej mokrej bułki z kibla...
Będąc małym chłopcem (8 lat) pierwszy raz się tak jakby masturbowałem. Skończyłem, a ponieważ nie mogłem się wysikać, usiadłem pod ścianą i płakałem około godzinę myśląc, że zepsułem sobie siusiaka i mi go utną.
Kilka lat temu w długi weekend wpadliśmy z narzeczonym i kumplami na pomysł wypadu do Pragi. Daleko nie było, 2h w samochodzie i już byliśmy w stolicy naszych południowych sąsiadów. Nocleg zaklepany, miejsce parkingowe znalezione, zatem ruszamy w miasto!
Trochę zwiedzania, zimne piwko w dłoni i dobry humor nas nie opuszczał. Wieczorem szybkie ogarnięcie, spotkanie ze znajomymi (mieszkańcami Pragi, którzy mieli pokazać nam miasto od mniej turystycznej strony) i wypad do klubu. I tu się zaczyna historia właściwa... Klub ze striptizem - spoko, chłopaki zadowoleni, my również (nic niesmacznego nie miało miejsca). Prascy znajomi wyszli z klubu wcześniej, bo na drugi dzień czekały na nich obowiązki zawodowe, zaraz po nich ja i mój luby też postanowiliśmy iść spać do apartamentu, a trzech kumpli zostało.
Chłopcy pobalowali i w godzinach porannych ruszyli w kierunku naszego małego, wynajętego mieszkanka. Po drodze się rozdzielili, procenty zrobiły swoje i każdy miał swoją "lepszą" wersję powrotu do domu. Dwóch poszło w jedną stronę, a trzeci w przeciwną.
Idą, idą (ci dwoje) i nagle wpadają na "genialny pomysł". Stwierdzili, że po co iść dookoła, skoro za murem jest piękny park (tak to wyglądało na mapach wujka Google), który może o połowę skrócić im drogę. Szybki skok przez mur i już w linii prostej krótsza droga do domu stała się faktem. Nagle naprzeciw im wyszedł facet w moro, o wymiarach 2x2 metry, z owczarkiem na smyczy i giwerą przy pasku. Zaczęło robić się gorąco, koleś ich zgarnął i prowadzi w jakieś miejsce (w całkowicie innym kierunku niż nasz apartament). Jeden z nich pomyślał i dzwoni do tego trzeciego kumpla z tekstem "Jak za godzinę nie będziemy w domu, to dzwoń do polskiej ambasady".
Nagle pojawili się jeszcze dwaj panowie w moro i kilku policjantów... Zatrzymanie, kontrola dokumentów, pytania co wy tu robicie etc. Po chwili kolejni panowie w moro przyprowadzają tego trzeciego kumpla (który też pomyślał, że droga przez park będzie krótsza)...
Po długich tłumaczeniach i pytaniach o co właściwie im chodzi okazało się, że moi wspaniali kumple wylądowali na... TERENIE REZYDENCJI PREZYDENTA CZESKIEJ REPUBLIKI :D
PS Skończyło się tylko na wyzwaniu od pijanych Polaków i pouczeniu, ale wspomnień nikt im nie zabierze :P
Mieszkam na Wyspach od roku, historia ta miała miejsce w sobotę wielkanocną, gdy miałam lot do naszego pięknego kraju, chciałam święta spędzić z rodziną. Lot był do Krakowa, do Krakowa mam 130 km, więc przyjechał po mnie brat. Zrobił mi niespodziankę, bo przyjechał z naszą wspólna przyjaciółką (traktujemy ją jak siostrę). Na lotnisku czekał na mnie brat z panną X, przywitaliśmy się i udaliśmy się na parking. Wsiedliśmy do auta i brat mówi:
- Mam mało paliwa, tankujemy tutaj (jakaś stacja bezimienna koło lotniska), czy po drodze??
- A na ile km wystarczy paliwa?
- Na jakieś 50-60km. Do kolejnej stacji wystarczy.
- To jedźmy.
Ruszyliśmy, jedziemy, brat sprawdza na kokpicie na ile km wystarczy paliwa, pokazuje 40, za jakiś czas 20. A stacji jak nie było, tak nie ma. Nagle brat mówi:
- Gdzie ta stacja? Przecież tu była.
Panna X mówi:
- Ta stacja była dalej, jeszcze jakieś 30 km.
Brat nie wie co robić, czy jechać dalej po autostradzie, czy zjechać na "Kraków Północny". Jednomyślnie stwierdziliśmy, że skręcamy, prędzej znajdziemy stację jadąc w stronę miasta, niż wypatrując jej przy autostradzie (przejechaliśmy po autostradzie 40 km i żadnej stacji nie było, zawsze wydawało mi się, że stacje na autostradach są częściej).
Zjechaliśmy. Jedziemy, krzyżówka i pada pytanie: lewo czy prawo? Ja patrząc w prawo mówię: coś się tam świeci na czerwono, może to Orlen?
Pojechaliśmy, niestety na czerwono widniał napis KOMINKI. Dalej już było tylko ciemno.
Zawróciliśmy i pojechaliśmy w lewą stronę, dojeżdżając do krzyżówki, na której skręciliśmy w prawo, pokazywało 0 km. Brat mówi, że może być niewesoło. Jedziemy, las, ciemno, pod górkę, wjechaliśmy prawie na szczyt górki, auto zgasło. Brat powiedział "To już". Brat z przyjaciółką wepchali auto na szczyt górki, po czym stoczyliśmy się z niej na zatoczkę przy lesie, ciemno, las. Z koleżanką stwierdziłyśmy:
- Ty szukaj linki holowniczej, a my łapiemy auta, by nam pomogli.
Niestety godzina 23, mało aut jeździło i mało kto chciał się zatrzymać, las, dwie dziewczyny, ciemne auto, co one chcą, a my chciałyśmy pomocy. Na nadmiar złego bratu nie otwiera się bagażnik od zewnętrznej strony, więc szukał linki przez tylne siedzenia i wystawały mu tylko nogi. Po 20 minutach próby zatrzymania jakiegoś auta udało się, starszy pan się zatrzymał, ale jak zobaczył wystające nogi z bagażnika mojego brata uciekł z piskiem. Załamaliśmy się.
Nagle z przeciwnej strony na parking zjeżdża białe sportowe BMW, kobieta, pyta w czym może pomóc. Brat zapytał:
- Jest tu gdzieś stacja?
- Jest 2 km stąd, podwiozę pana.
Po 10 min brat jest z powrotem (kobieta go przywiozła).
Gdy brat zapytał, ile za tę przysługę, odpowiedziała tylko:
- Jeśli pan kiedyś będzie miał taką sytuację, niech się pan zatrzyma i pomoże.
Dodaj anonimowe wyznanie