W każdą niedzielę rano moja żona udaje się na rynek z ekologiczną żywnością, żeby zrobić zapasy na cały tydzień. Ja unikam tego miejsca jak ognia. Nie lubię przepłacania, nie lubię aury samozadowolenia sprzedawców i stałych bywalców, którzy uważają się za lepszych od reszty świata tylko dlatego, że jedzą ekologiczne marchewki. Do tego moja żona jest jedną z tych, które same muszą wybrać każde jabłko, każdego ziemniaczka, a ja mam stać obok jak wazon i nic nie robić. Zatem omijam ten rynek jak mogę, ale gdzieś tak raz w miesiącu żona prosi, żebym pojechał pomóc jej, kiedy szykuje się na większe zapasy. No więc jadę wtedy z nią, co zrobić, i marnuję półtora do dwóch godzin mojego życia, stojąc za nią z siatkami, będąc szturchanym i popychanym to tu, to tam przez gęstniejący tłumek eko klientów.
Zaczynam zakupy z dużą dozą cierpliwości i dobrego humoru, po godzinie entuzjazm ulatuje i pojawia się zniecierpliwienie, po kolejnych piętnastu minutach robię się marudny i wysyłam sygnały, że pora do domu, a na sam koniec nawet nie dbam o pozory, tylko coś tam warczę pod nosem i pomstuję na cały świat.
Moja żona zawsze zalicza stragany w takiej samej kolejności i tak jej wychodzi, że ostatni stragan to zawsze stoisko ze smakołykami dla psów, które prowadzą dwie energiczne babki.
Podczas ostatniej mojej wizyty schemat się powtórzył, do psiego straganu dowlokłem się z wielkim fochem, objuczony siatami, szturchany non stop przez ekologiczną gawiedź i jej wypchane warzywami siaty. Ku mojemu zdziwieniu te dwie babeczki ze straganu odciągnęły moją żonę na bok i zaczęły jej coś tłumaczyć, łypiąc na mnie wrogo. Trwało to kilka minut. Spytałem się potem żony, o co chodziło. Otóż widząc mnie zawsze wkurzonego i o krok od dostania szału uznały, że ja to tak zawsze i wzięły mnie za przemocowca, damskiego boksera, no i w ogóle przemoc domowa do sześcianu. Powiedziały żonie, że pomogą jej znaleźć prawnika od rozwodu, że może u nich tymczasowo zamieszkać choćby zaraz i że mogą zaświadczyć, że się nad nią znęcam.
W sumie zabawna historia. Ja jestem naprawdę miłym gościem. Ale nie zadałem sobie trudu, żeby wyprowadzać je z błędu, zresztą one pewnie swoje wiedzą.
Jako małe dziecko byłam świadkiem przemocy domowej — mój ojciec kilkukrotnie próbował zabić moją mamę. Miałam wtedy kilka lat i nikt nie zadbał o moje bezpieczeństwo ani psychikę. Została we mnie trauma, strach i ogromna pustka po braku ojcowskiej miłości. Z czasem również moja mama przestała się mną interesować. Dorastałam praktycznie sama, w ciągłym napięciu, bez wsparcia emocjonalnego i bez poczucia, że jestem dla kogoś ważna. Szukając akceptacji i miłości, zaczęłam szukać „zastępstwa” w obcych mężczyznach i związkach. Od nastoletnich lat doświadczałam relacji, które mnie raniły — molestowania, wykorzystywania, zdrad. Nie umiałam stawiać granic, oddawałam swoje ciało i emocje, próbując zasłużyć na uczucie. Każdy kolejny zawód tylko bardziej mnie niszczył. W momentach rozstań i załamań nie miałam wsparcia ze strony rodziny — wszystko przeżywałam sama. Ten ciężar doprowadził mnie do autodestrukcyjnych zachowań i myśli, które były dla mnie bardzo niebezpieczne (samookaleczanie). Czułam się niewidzialna, niekochana i niepotrzebna. Nawet osoby, które miały być dorosłe i odpowiedzialne, często dokładały mi bólu zamiast pomocy. Dziś mam 20 lat. Nadal noszę w sobie skutki tamtych doświadczeń, ale uczę się je rozumieć i z nimi żyć. Jestem w związku, który daje mi poczucie spokoju i wsparcia, i po raz pierwszy mam nadzieję na stabilność.
Dzielę się tą historią nie po to, by wzbudzać litość, ale by pokazać, że za czyimś uśmiechem może kryć się bardzo trudna przeszłość. Każde słowo i każdy gest mają znaczenie — w każdej chwili możemy kogoś zranić albo pomóc mu przetrwać.
Zamiast doczekać się własnych pociech, doczekaliśmy się z mężem jego kolejnej siostry.
Jesteśmy dość młodym małżeństwem (mamy po 24 lata), pobraliśmy się dwa lata temu. Z matką mojego męża nigdy nie miałyśmy dobrego kontaktu, traktowała Maćka (mojego męża) jak małe dziecko, wydzwaniając do niego dniami i nocami, robiąc problem o najmniejszą głupotę, mnie potrafiła wyprosić z mieszkania, bo jest godzina 21 i Maciej jest zmęczony (?!). Moi rodzice na wieść o ślubie bardzo się ucieszyli, wręcz byli wniebowzięci, a teściowa jak zwykle widziała problem. Stwierdziła, że jest za młoda na to, by syna żenić i wnuki bawić. Byliśmy u moich jeszcze przyszłych teściów na obiedzie, młodsza siostra męża przyszła do nas do pokoju i zaczęła gratulować ciąży – z narzeczonym spojrzeliśmy się na siebie, ja zdziwiona odpowiedziałam, iż w ciąży nie jestem i w najbliższym czasie być nie zamierzam. Kinga popatrzyła na nas i pokazała pozytywny test ciążowy, więc poszliśmy do teściów zapytać się, o co chodzi. Teściowa zrobiła się czerwona jak burak, nic nie odpowiedziała, a teść spojrzał się na nas z politowaniem i bólem w oczach.
Gdy dzieciak się urodził, teściowa zachowywała się, jakby tylko ona jedyna na świecie dziecko miała, wpychała je wszystkim, kazała się nim podniecać jakby nie wiem co to było, nieraz czułam się, jakbym przyjeżdżała z mężem jego dziecko odwiedzać – „Maciek, idź za nią”, „Maciek, weź ją”, „Maciek, buzi jej daj”, „A kto to przyjechał? Maciek”, istny szał. Teść robi tylko dobrą minę do złej gry, jest po prostu tym zmęczony (chłop na emeryturze po pięćdziesiątce), który stał się nianią dosłownie. Jest mi go strasznie żal, bo w przeciwieństwie do tego babsztyla to swój chłop.
Kiedyś teść po rodzinnym spotkaniu, na którym wszyscy podniecali się dzieciakiem na pokaz, po wypiciu paru głębszych powiedział mi, że „stara” specjalnie odłożyła antykoncepcję (przyznała mu się, gdy jej oznajmił, że chyba jest popier**lona, że dzieciaka się jej zachciało).
Ona oczywiście wszystkim rozpowiada, jak to bardzo „pragnęli” kolejnego dziecka i jak to wszyscy domownicy są dumni z tego.
Dla mnie to jakaś chora akcja, jedząc rodzinny obiad, musimy oglądać jej za przeproszeniem cyce, z których aż wylewa się pokarm, ale dla niej to przecież nic takiego. Nieważne kto i ile osób by w takiej sytuacji brało udział.
Nie piszę tego, bo jestem zazdrosna (do dzieci nam się nie spieszy), ale mnie ta sytuacja kompletnie niszczy. Musiałam się z wami tym podzielić.
Kilka historii o pracownikach.
1. Najświeższa, bo z poprzedniego tygodnia.
Przychodzi pracownik do firmy ze zrobionymi badaniami na pierwszy dzień pracy. Praca zaczyna się o 7. Poszedł z brygadzistą na montaż, po czym po jakiejś niedługiej chwili brygadzista dzwoni do kierownika i pyta się go, czy nowy jest na bazie. Jakież było zdziwienie, gdy razem zaczęli go szukać, a po nim nie zostało nawet ubrań. Na szczęście był tak miły i „odpowiedzialny”, że wysłał wiadomość informującą o tym, że dostał pracę za granicą.
2. Był pracownik, co chciał podwyżkę z tego względu, że, jak to określił, „zamyka i otwiera” bramę. To był jego jedyny argument.
3. Jeden obywatel miał bardzo trudne poniedziałki, zawsze miał w ten dzień rozwolnienie i nie mógł przyjść do pracy, a informację o tym pisał zawsze bardzo wcześnie rano, koło trzeciej, na pewno wtedy akurat go przycisnęło ;)
4. No i pracownik legenda. Przy malowaniu na rusztowaniu belek w pozycji leżącej jeden pracownik przywiązał swoją rękę do tej właśnie belki i wyglądał, jakby malował cały czas (pędzel cały czas w ręku), a że pracy dużo, a miejsce takie, że człowiek przechodząc tylko spojrzał, to widział rękę w górze i nic nie podejrzewał. Wielkie było zdziwienie, gdy po całym dniu nic nie było pomalowane.
Od zawsze mam problem z fryzjerem. Mogę wydać nawet 300 zł u barbera, ale wciąż wyglądam jak kretyn. Żadna fryzura mi nie pasuje. Kombinowałem już ze wszystkimi typami, nosiłem dłuższe włosy, średnie, byłem obcięty na krótko. Próbowałem nawet być opitolony na rekruta. Jakbym był łysy, tobym chyba skończył w kaftanie bezpieczeństwa. Powaga.
Od 2010 roku noszę czapki, ludzie myślą, że to mój styl. Nie, to już nie styl, to przymus. Polećcie mi jakieś uniwersalne męskie fryzury, bo nie chcę do końca życia wyglądać jak jakiś new kid on the block.
Nie mam ŻADNEGO hobby. Teoretycznie nie jest to coś, co można opisać. W praktyce wygląda to dość żałośnie.
Kiedy mam dzień wolny od pracy, zrobię wszystko, co należy, czyli wyjdę z psem na spacer, posprzątam, zrobię obiad, pobawię się ze zwierzętami i tym podobne, to poza tymi zajęciami nie mam co ze sobą zrobić. Nie potrafię skupić się na czytaniu, grze na komputerze, rysowaniu, kolorowaniu, składaniu puzzli czy czymkolwiek innym, co normalnych ludzi interesuje. Próbuję znaleźć coś, co robiłabym dłużej niż pięć minut i nie umiem niczego takiego odszukać, więc w 99,9% sytuacji poddaję się i idę spać, bo inaczej nie jestem w stanie znieść „nicnierobienia”, bo czuję się, jakbym marnowała czas, a sen daje mi złudzenie, że COŚ robię. Uwierzcie, nie ma takiej rzeczy, która mnie ruszy.
Moja rodzina słynie z obfitego zarostu, wszyscy wujkowie, ojciec, kuzyni, brat mają pełne, gęste brody, oczywiście w granicach rozsądku. Czepiają się do mnie, że chodzę wygolony jak dziecko, zapuściłbym jak każdy.
W sumie to bym chciał, tylko co tu zapuszczać, jak w wieku 28 lat ciągle rośnie mi tylko dziewiczy wąsik…
W podstawówce i liceum wszyscy dorośli mówili, żebym była taka, jaka jestem. A byłam cichą kujonką bez znajomych, obiektem drwin w klasach. Zawsze dorośli mówili „kto się teraz bawi, w dorosłym życiu będzie cierpieć i na odwrót”.
Jeździłam busem do szkół w mieście, uczyłam się naprawdę pilnie przez wszystkie lata edukacji, a w liceum osoby z mojej klasy chodziły na imprezy, piły, paliły i brały masę kosztownych korepetycji. To były dzieciaki z bogatych domów, przy czym ja jestem z ubogiej, niewykształconej rodziny. Naprawdę cały czas się starałam, miałam dobre notatki, nie chodziłam na imprezy ani na miasto – bo miałam z tyłu głowy to, że kto się teraz bawi, ten będzie w przyszłości żałował, a ponadto nie miałam znajomych. Śmiali się ze mnie, z mojej tuszy, z tego, że przez długi czas byłam bardzo religijna.
I wiecie co? Teraz te osoby wcale nie żałują, a dalej się bawią. Brylują w mieszkaniach w centrum miasta od rodziców, są na mega dobrych i przyszłościowych studiach i tak naprawdę na idealnej drodze do sukcesu. A ja zawaliłam maturę i dostałam się na zły kierunek, pracowałam, żeby utrzymać się w mieście w akademiku, próbowałam poprawić maturę za rok, ale i tak nie dostałam się na to, co chciałam i studiuję niezbyt przyszłościowy kierunek w niezbyt prestiżowym mieście. I teraz już wiem, że oni będą się bawili przez całe życie, a ja przez całe życie będę cierpieć. Na domiar złego mam nadwagę, nie lubię mojego życia i w życiu nie osiągnę nawet połowy tego, co osoby, które się ze mnie nabijały. Tak samo te najwredniejsze osoby z podstawówki studiują teraz dobre kierunki.
Każdy chwalił moją sumienność i uczciwość i marnie skończyłam przez to, że nie chciałam się zmienić.
W zeszły weekend odwiedziłem kawałek na północ od Londynu moją siostrę i dwójkę jej dzieci. W wielu domach budowanych w Wielkiej Brytanii nie ma możliwości zamknięcia się od środka w łazience. Tak też jest również u mojej siostry w domu.
W sobotni poranek udałem się do łazienki. Kiedy byłem pod prysznicem, słyszałem, jak najmłodsze dziecko mojej siostry, Dawid, w wieku 4 lat, lekko uchylił drzwi, pytając, czy może wejść, bo zaraz nie wytrzyma. Odpowiedziałem, żeby dał mi 5 min i zaraz wyjdę.
Po mniej więcej 2-3 minutach zapukał, a ja właśnie wycierałem się ręcznikiem.
Odpowiedziałem, że już wychodzę, a on chyba zrozumiał, że może w takim razie wejść.
Hmmm... długo zastanawiałem się, jak tę sytuację opisać, aby nie wyjść na jakiegoś kretyna. NO DOBRA.
Dawidek wszedł i pierwsze, o co mnie zapytał, to:
– Wujek, a skąd ty masz takiego dużego... no wiesz?
Odpowiedziałem:
– Jem dużo warzyw...
Wiedząc, że moja siostra ma właśnie z nim taki problem, że za warzywami nie przepada.
Ok. 20 minut później zobaczyłem, jak mały Dawid w prawej ręce trzyma marchewkę, a na stole leżą dwa buraki, czekające na obranie przez jego mamę.
Jestem bardzo szczęśliwym wujkiem, jako że dzięki mnie i mojemu „sprzętowi” małe dziecko przynajmniej na chwilę polubiło warzywa, no a ja pozbyłem się kompleksu ;)
Moja koleżanka, z którą nie mam już bliskiego kontaktu i zawsze byłyśmy w stosunku do siebie raczej sceptycznie nastawione (a na pewno ja do niej), ma w najbliższych dniach urodzić.
Codziennie sprawdzam na jej profilu na fejsie, czy nie dodała tam zdjęcia ze swoim malutkim dzieciątkiem.
Dla mnie to bardzo anonimowe, bo wstydzę się opowiedzieć o tym, co robię, bliskim. To wręcz moja obsesja, żeby wiedzieć co u niej i jej dziecka. Czasami na jej profilu oglądam też jej zdjęcia, kiedy już była w ciąży lub z mężem i jest tam taka uśmiechnięta jak nigdy.
Nie wiem, dlaczego mam taką potrzebę. Może jej zazdroszczę, może się cieszę jej szczęściem, może trochę nie dowierzam tej ciąży i bardzo szybkiemu ślubowi? A może za nią tęsknię, bo dopiero po czasie doceniłam naszą znajomość? Nieważne, jaki jest powód: uważam, że to, co robię, jest dziwne.
Dodaj anonimowe wyznanie