#ORZJX

Widzę z zamieszczonych historii, że młodzież płci żeńskiej lubi symulować urazy, aby wykręcić się od brania udziału w lekcjach WF.

To ja wam powiem, że z wiekiem takie pomysły się nie zmieniają, zmienia się jedynie ich powód. Otóż ja, ponad 30-letni facet, pracujący w poważnej firmie w UK, miałem pisać protokół z jednego ze spotkań. Ponieważ nie cierpiałem tych spotkań, bo były potwornie nudne, postanowiłem wykręcić się od pisania tego protokołu i jedynym sposobem jaki przyszedł mi do głowy było symulowanie urazu kciuka. Jako że była wtedy zima i na ulicy było ślisko, postanowiłem powiedzieć, że się wywaliłem na schodach wchodząc do siedziby firmy. Zanim zrealizowałem swój przebiegłym plan siedziałem pół godziny na ręce, żeby wyglądała “nietypowo” :)
Jak tylko moja managerka zjawiła się w pracy (pracowaliśmy w systemie Flexi-time – przychodzisz kiedy chcesz i wychodzisz kiedy chcesz, tylko musisz wypracować swoje 7,5 godziny) poszedłem do niej, powiedziałem, że się wypieprzyłem, że boli mnie kciuk, więc ktoś inny będzie musiał spisać ten protokół. Niby wszystko OK, tylko nie przewidziałem jednego…

Ponieważ powiedziałem, że upadłem na terenie biura (schody wejściowe są wliczane do budynku), potraktowano to jako wypadek w pracy, spisano protokół powypadkowy, wezwano mi taksówkę i kazano jechać do szpitala na prześwietlenie. "No to super", pomyślałem, "teraz to dopiero będą jaja, jak lekarz powie, że nic mi nie jest". A tu niespodzianka – zrobili mi prześwietlenie, a pan doktor stwierdził, że niby złamania nie ma, ale widzi niewielkie pęknięcie kości i… wsadził, mi kciuk w szynę na 3 tygodnie…

Do dzisiaj wszyscy myślą, że złamałem sobie tego kciuka naprawdę :)

#L7lqw

Sytuacja zdarzyła się jakieś 2 lata temu. Dzień przed planowaną szkolną wycieczką postanowiłam jak zwykle naszykować sobie odpowiedni ciuszek. Siedzę więc w samej bieliźnie i zastanawiam się jaka będzie nazajutrz pogoda. Po długim namyśle wybieram krótkie spodenki i koszulkę, ale nieszczególnie chce mi się je mierzyć (na pewno jutro o 5 rano będzie ciepło :) ). Siostra próbuje sprowadzić mnie na ziemię i wmawia mi, że będzie zimno i lepiej jak wybiorę dłuższe spodnie. Przyznanie jej racji byłoby oczywiście brakiem godności, więc wypalam:
- Na pewno nie będzie mi zimno i ja ci to w tej chwili udowodnię.

Po czym dalej w samej bieliźnie otwieram zamaszyście drzwi wejściowe, żeby pokazać, że nawet w samej bieliźnie nie będzie mi zimno.
Nigdy nie zapomnę miny świadków Jehowy, którym drzwi otworzyła wściekła nastolatka w samej bieliźnie zanim w ogóle zdążyli zapukać :D

#fhKgj

Mam 17 lat i pracuję w Mielnie, dojeżdżam z miasta oddalonego kilka kilometrów. Dzisiaj jechałam busem z trzema mężczyznami (około 30 lat). Wysiadłam na tym samym przystanku co oni, jeden podszedł i zaczęła się gadka, leciały komentarze typu: "Taka ładna pani powinna nocować ze mną w hotelu", "Zagwarantuję ci dobrą zabawę" itp. Popatrzyłam na niego, posłuchałam, aż wreszcie odpowiedziałam: "Mam 12 lat" i odeszłam.
Nie wiem co bardziej utkwiło mi w pamięci - mina faceta czy śmiech jego kolegów :)

#ppRwb

Mój chłopak pisze dla mnie opowiadania erotyczne, w których bohaterami jesteśmy my sami. Wybieram sobie tematykę: fantasy, sci-fi, kryminał, horror, Europa XIX-wieczna, cokolwiek co będę chciała.
Wymyślamy kim będziemy w opowiadaniu, on to pisze okraszając ostrymi scenami. Robimy tak od dobrych 4 lat.
Mam nadzieję, że te opowiadania nigdy nie wpadną w czyjeś ręce, bo przypał będzie niesamowity.

#JdmVD

Wydarzenie miało miejsce, kiedy byłam nastolatką. Mieszkam w bloku. Ktoś zadzwonił do drzwi, otworzyłam, a tam kominiarz. (Kominiarze odwiedzają nas co najmniej raz w roku - dają mieszkańcom kalendarze na przyszły rok). Tak było i tym razem. Wzięłam kalendarz i chciałam już wejść do mieszkania, ale kominiarz zatrzymał mnie mówiąc : "Da pani grosik..."

Ja zaskoczona, nie wiedziałam o co chodzi. On zbiera grosiki czy jak? No dobra, jak zbiera, to pójdę do domu i poszukam. Szukam, szukam, ale miałam tylko 2-groszówki i 5-groszówki. No ale szukam dalej. Nagle znalazłam 1 grosz. Uradowana poszłam na korytarz przekazać pieniądz.

Jego mina - bezcenna.

Okazało się, że wyrażenie "grosik" było przenośnią. Pan prosił mnie o zapłatę za kalendarz, która przeważnie wynosiła ok. 10 zł. Dowiedziałam się o tym, kiedy po całym zajściu opowiedziałam o tym mamie.

#c4hZz

Wspomnienie o nauczycielu, który nie był tak do końca bystry i rozgarnięty.

Akcja działa się z 10 lat temu w liceum. Mieliśmy lekcję języka obcego, gdzie pod koniec nauczyciel nas poinformował, że w następnym tygodniu piszemy sprawdzian. My, wiedząc, że wtedy będziemy mieli jeszcze z 2 czy 3 inne klasówki tamtego dnia, poprosiliśmy pana o przełożenie sprawdzianu na za dwa tygodnie. Początkowo się ociągał, ale w końcu przystał na naszą prośbę. Tydzień później sytuacja się powtórzyła, co spowodowało, że termin sprawdzianu ponownie został odroczony.

W końcu nadszedł ten dzień. Pan triumfalnie staje w drzwiach sali i mówi: „No, to dzisiaj w końcu piszemy ten sprawdzian!”, na co jeden z uczniów (klasowy łobuz, ale wtedy się przydał) stwierdził: „Ale przecież pisaliśmy sprawdzian tydzień temu!”. Na twarzy nauczyciela pojawiła się konsternacja, a inni zaczęli popierać ucznia: „tak, tak, to prawda”. Pan spojrzał się na mnie i spytał, czy to prawda. Można tak powiedzieć, że za czasów liceum byłam taką „kujonką” ze wzorowym zachowaniem i brzydzącą się kłamstwem, więc według nauczyciela powinnam wsypać kolegów, gdyby ci mówili nieprawdę. Ja jednak dołączyłam się do „gry” i potwierdziłam słowa kolegi, jednocześnie wymieniając co „było” na tym sprawdzianie (z góry określony i znany wcześniej materiał z książki).

Pan, słysząc moje słowa, uwierzył mi i z wrażenia aż usiadł, bo kompletnie nie przypominał sobie faktu jakoby robił nam ten sprawdzian. Na domiar złego uczeń, który to wszystko zapoczątkował, stwierdził: „No, my myśleliśmy, że dzisiaj nam pan poda nasze wyniki”. Nauczyciel obiecał nam, że sprawdzi w domu i z pewnością za tydzień przyniesie nasze prace.

Minęło 7 dni. Pan, który jeszcze tydzień temu miał triumf w głosie, tym razem stanął na progu z nietęgą miną i trochę jakby spocony. Na nasze pytające spojrzenia odpowiedział, że próbował szukać wszędzie naszych sprawdzianów, ale nigdzie ich nie mógł znaleźć. Przyniósł więc ze sobą całą teczkę ze wszystkimi pracami, postawił ją na stole przede mną i przed koleżanką z poleceniem, abyśmy my je znalazły. Usiłując nie patrzeć się na siebie wzajemnie, dusiłyśmy w sobie wybuch śmiechu (fałszywy krok mógłby zdradzić nasze kłamstwo :) Spędziłyśmy przy tym całe zajęcia, jak się domyślacie – nie znajdując naszych sprawdzianów-widmo.

Nauczyciel za każdym razem mocno się denerwował, gdy musiał prowadzić nasze zajęcia, ponieważ przez kolejne 2-3 tygodnie ciągle dopytywaliśmy się o nasze oceny. Ostatecznie wpisał każdemu z nas maksymalną liczbę punktów (w szkole była zasada, że jeśli nauczyciel zgubi prace uczniów, to daje im najwyższą ocenę), w ten sposób kończąc swoją małą gehennę.

On do dzisiaj nie wie, jaki numer mu wtedy wykręciliśmy. A wśród uczniów śmiechom nie było końca :)

#NX00g

Nie pamiętam, jak to się zaczęło. Byłam wtedy w podstawówce. Chciałabym pamiętać co się stało, żeby to wszystko zrozumieć. Mój tata od lat choruje na depresję. O tym wiem. Oprócz tego cierpiał na inne schorzenie psychiczne, o które nigdy się nie dopytałam i już zapewne tego nie zrobię.

Zdarzały się incydenty, gdy zabierał auto i wyjeżdżał nie mówiąc nic nikomu. Mama dzwoniła wtedy na policję prosząc o pomoc, ale oni nic nie mogli zrobić, bo nie minęło 24 h od zaginięcia. Na nic zdało się tłumaczenie, że jest chory psychicznie. Innego razu ukradł wodę ze sklepu, twierdząc, że niedługo zabraknie jej na Ziemi i musimy się przygotować. Zdawało mu się też, że opętał go diabeł.

Najbardziej jednak zapadnie mi w pamięć moment, kiedy wbiegł do domu krzycząc, że umiera. Zbiegł jeszcze do dziadków (dziadkowie mieszkali na dole w mieszkaniu, a my na górze), pożegnał się i wybiegł na zewnątrz do samochodu. Przy całej sytuacji byliśmy obecni ja, mój brat i mama. Nie wiem jak to się stało, ale wszyscy znaleźliśmy się w samochodzie, mama za kierownicą, tata obok, a ja i brat z tyłu. Mama tylko powiedziała do nas, żebyśmy się modlili. Jechaliśmy przez centrum miasta, matula próbowała z tatą rozmawiać. On chciał, abyśmy pojechali do lasu, przykryli się sosnowymi gałęziami i umarli. W pewnym momencie nawet otworzył drzwi i próbował wysiąść, ale nasze krzyki przerażenia go od tego odwiodły. Nigdy w życiu wcześniej i później się tak nie bałam.
Później wielokrotnie odwiedzaliśmy go w szpitalu psychiatrycznym.

To prawdziwe anonimowe wyznanie, bo nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie opowiedzieć o tym komuś twarzą w twarz. Nie chcę się nad sobą użalać, ale apeluję do rodziców, by w takich sytuacjach pamiętali o dzieciach i nie odcinali ich od prawdy.

#QXNxV

Dziś troszkę narzekania. Z małżonkiem tworzymy związek, w którym każdy z nas ma swoją pasję, znajomych i czas dla siebie. Oczywiście spędzamy razem czas, ale kiedy na przykład ja mam ochotę wyjść do kina, a on niekoniecznie - idę sama i nie robię wielkiego problemu. Dzięki temu unikamy sytuacji, gdzie mąż chce wyjść na piwo z kolegami i oblewa go zimny pot, kiedy musi mnie poprosić o wychodne, a ja swobodnie mogę umówić się z koleżankami na drinka bez wyrzutów z jego strony. Co najważniejsze - obydwoje jesteśmy szczęśliwi żyjąc w takiej "konfiguracji" i bardzo się kochamy. Poza tym zawsze wieczorami siadamy w kuchni i rozmawiamy - to jest taki nasz czas.

Dlaczego zatem chcę narzekać? Ano dlatego, że większość naszych znajomych tworzy związki, gdzie robią WSZYSTKO razem, nie do pomyślenia jest wyjście bez drugiej połówki gdziekolwiek, a na imprezie muszą siedzieć obok siebie, gdyż rycerz musi średnio co 10 sekund upewniać się, aby jego damie jego serca nic nie brakowało, ani czy (nie daj Boże) nie postanowiła rzucić fochem. Ja osobiście bym się udusiła w takim związku (kiedyś zresztą byłam z chłopakiem, który mnie po prostu osaczył i gdzie bym się nie odwróciła był on), jednakże jeżeli komuś to odpowiada, to mnie nic do tego.
 
Niestety w drugą stronę tolerancja nie działa. Ciągle słyszymy hasła typu: "Jak to byłaś sama w kinie? Od czego masz męża?", "Dlaczego nie siedzicie koło siebie?" i moje ulubione "Powinniście więcej czasu spędzać razem". Ostatnio, kiedy jeden znajomy dowiedział się, że mojego małżonka zazwyczaj nie ma wieczorami w domu, spojrzał na mnie jak na kosmitkę i wywiązał się między nami taki dialog:

- W takim razie co ty robisz w tym czasie?
- Wiesz, siedzę w oknie z chusteczką i płacząc odliczam minuty do jego powrotu.

Cóż, kumpel nie wyłapał ironii i dostaliśmy cztery telefony z propozycją terapii małżeńskiej od znajomych. ;)

A tak na marginesie: czy to, że z mężem potrafimy również spędzać miło czas osobno, kwalifikuje nasz związek jako ten "gorszego sortu"?

#qxUj2

To jest anonimowe ostrzeżenie!
Uważajcie na tzw. Food trucki.

Kiedyś pracowałam w takim z goframi i lodami. Gałkownicę i wiaderko na ciasto myliśmy w tej samej wodzie w wiadrze, w której płukaliśmy szmatkę do podłogi. Jak coś się wysypało (np. posypka), kazano nam to pozbierać i dalej serwować. Chyba jako jedyna z obsługi myłam ręce po zamiataniu podłogi i innych tego typu czynnościach. Mycie owoców? Ale po co? - pytał szef. Przecież jak on był mały, to jadł z pola i nic mu nie jest. Ile razy wyciągałam jakiegoś robala z koszyka z truskawkami, to nawet nie pamiętam. Pracowaliśmy z szefami, więc ciężko było się sprzeciwić. Co zrobiłam? Otóż (dwa razy) anonimowo zgłosiłam to do sanepidu. Sanepid przyszedł, ale wszystko w porządku - zlew z bieżącą wodą jest? Jest. (Co z tego, że nigdy nie widziałam, żeby ktoś go używał). No to w porządku. I tyle.

Jak się później okazało, ciasto na gofry (którego trzymaniem w lodówce nikt się nie przejmował) nie było robione z proszku, który stał w budce, a w domu u szefów, z normalnych składników, takich jak np. jajka. (Szefostwo ciasto robiło w domu, bo rzekomo otwieranie worka z proszkiem strasznie brudziło w przyczepce). A lody, transportowane z jednego miejsca do drugiego rozmrażały się i zamarzały wielokrotnie. O salmonelli chyba nikt z szefostwa nie słyszał.

W dodatku na każdym kroku oszczędzaliśmy na klientach. Gofr za 13 zł? Wąski pasek śmietany na środku, dwie połówki truskawki, dwa kawałeczki kiwi, trzy jagody i jedno winogrono pokrojone na cztery. Czułam się wobec tego bezsilna, bo pomimo zgłoszeń, nikt tego nie przebadał ani nic. W końcu zwolniłam się i przestałam kupować w przyczepkach.

P.S. Proście o pokazanie śmietany, bo u nas rzekomo ubita kremówka była jakimś tłuszczem do ubijania czy innym świństwem, które mogłoby służyć za paliwo rakietowe. Nędzny skład, złe tłuszcze i sam cukier.
Po prostu piszę to wam, żeby ostrzec! Chociaż tyle mogę zrobić!
Dodaj anonimowe wyznanie