To jest anonimowe ostrzeżenie!
Uważajcie na tzw. Food trucki.
Kiedyś pracowałam w takim z goframi i lodami. Gałkownicę i wiaderko na ciasto myliśmy w tej samej wodzie w wiadrze, w której płukaliśmy szmatkę do podłogi. Jak coś się wysypało (np. posypka), kazano nam to pozbierać i dalej serwować. Chyba jako jedyna z obsługi myłam ręce po zamiataniu podłogi i innych tego typu czynnościach. Mycie owoców? Ale po co? - pytał szef. Przecież jak on był mały, to jadł z pola i nic mu nie jest. Ile razy wyciągałam jakiegoś robala z koszyka z truskawkami, to nawet nie pamiętam. Pracowaliśmy z szefami, więc ciężko było się sprzeciwić. Co zrobiłam? Otóż (dwa razy) anonimowo zgłosiłam to do sanepidu. Sanepid przyszedł, ale wszystko w porządku - zlew z bieżącą wodą jest? Jest. (Co z tego, że nigdy nie widziałam, żeby ktoś go używał). No to w porządku. I tyle.
Jak się później okazało, ciasto na gofry (którego trzymaniem w lodówce nikt się nie przejmował) nie było robione z proszku, który stał w budce, a w domu u szefów, z normalnych składników, takich jak np. jajka. (Szefostwo ciasto robiło w domu, bo rzekomo otwieranie worka z proszkiem strasznie brudziło w przyczepce). A lody, transportowane z jednego miejsca do drugiego rozmrażały się i zamarzały wielokrotnie. O salmonelli chyba nikt z szefostwa nie słyszał.
W dodatku na każdym kroku oszczędzaliśmy na klientach. Gofr za 13 zł? Wąski pasek śmietany na środku, dwie połówki truskawki, dwa kawałeczki kiwi, trzy jagody i jedno winogrono pokrojone na cztery. Czułam się wobec tego bezsilna, bo pomimo zgłoszeń, nikt tego nie przebadał ani nic. W końcu zwolniłam się i przestałam kupować w przyczepkach.
P.S. Proście o pokazanie śmietany, bo u nas rzekomo ubita kremówka była jakimś tłuszczem do ubijania czy innym świństwem, które mogłoby służyć za paliwo rakietowe. Nędzny skład, złe tłuszcze i sam cukier.
Po prostu piszę to wam, żeby ostrzec! Chociaż tyle mogę zrobić!
W mojej bliskiej rodzinie nigdy nie było dzieci w podobnym wieku, a jako że jestem jedynaczką, zawsze marzyłam o tym, żeby mieć jakieś starsze rodzeństwo. Dlatego strasznie lubiłam, kiedy przyjeżdżały do mnie dalsze kuzynka - była starsza tylko o dwa lata, no ale to i tak zawsze lepiej niż bawić się samemu. Ania (nazwijmy ją tak na potrzebny wyznania) mieszkała dość daleko, więc jej wizyty nie zdarzały się zbyt często, ale ja tym bardziej tylko cieszyłam się, kiedy miała mnie odwiedzić. Moi rodzice niekoniecznie podzielali mój entuzjazm, a dlaczego - zaraz wyjaśnię...
Zarówno kuzynka, jak i jej rodzice... kradli. I nie chodzi tu o to, że byli biedni - mogę z czystym sercem powiedzieć, że to była bardzo zamożna rodzina, ojciec prawnik, matka chirurg, generalnie rzecz biorąc, niczego im nie brakowało. Pomimo tego, kiedy coś im się podobało, po prostu to sobie brali, a zapytani wprost wypierali się bardzo mocno. A to porcelanowa figurka, a to popielniczka - wtedy jeszcze moi rodzice nie chcieli rzucać oskarżeń, bo wiadomo, takie rzeczy mogły się zapodziać.
W salonie w naszym domu stały jednak kiedyś puchary dziadka (był kolarzem i nawet na emeryturze wciąż brał udział w rajdach i wyścigach). Dlaczego stały? Bo pewnego razu owo wujostwo najzwyczajniej w świecie ukradło jeden z nich. Odkręcili tabliczkę z imieniem dziadka i nazwą konkursu, a od tej pory puchar stoi u nich w kuchni - ciotka twierdzi cały czas, że kupiła go w sklepie z bibelotami. Trochę to mało prawdopodobne, bo... puchar był nawet zarysowany tak samo, jak ten dziadka (a jak powstała rysa, to zupełnie inna historia, może kiedyś tutaj o niej napiszę). Od tego czasu już nie trzymamy pucharów na widoku. Kiedy wujostwo zapowiada się z wizytą, rodzice chowają co ładniejsze rzeczy, bo np. o mosiężną, ozdobną cukiernicę wuj i ciotka pytali już wielokrotnie. Mama stara się jednak ograniczać kontakty do minimum.
Jeżeli chodzi o kuzynkę, całkowicie wdała się w rodziców. Po złotej rybce zostało mi mnóstwo kolorowych kamyczków do akwarium - szczególnie lubiłam niebieskie, matowe, bo sama je wybierałam. Podczas jednej z wizyt kuzynka powiedziała, że jej się podobają, i zwyczajnie wzięła prawie wszystkie, zostawiając jeden czy dwa. Miałam z sześć lat, więc uznałam, że tak najwyraźniej się robi, a ja jestem mała i się jeszcze nie znam. Później jednak zaczęły ginąć mi inne rzeczy - pluszaki, lalki. Dużo zabawek było jedynych w swoim rodzaju, bo moja mama prowadziła terapię w szpitalach dziecięcych i dostawała ręcznie uszyte misie... które później zobaczyłam u tej kuzynki, z poobrywanymi uszami, brudne. Rozpłakałam się i powiedziałam, że to przecież moje - na co matka kuzynki powiedziała, że to tandeta z kiosku. Od wtedy kontakty się urwały.
Nikomu nie życzę takiej rodzinki - i cóż, mam nadzieję, że kuzynka nie czyta anonimowych :)
Pracuję w jednej z największych korporacji w Polsce. Korpo jak korpo. Biura, dużo ludzi, handlowcy, magazynierzy i... Sprzątaczki. Jest sobie taka pani sprzątaczka - Sylwia. Często widujemy się wieczorami na papierosie - a to porozmawiamy o butach, a to o tym co się w życiu dzieje, a to o jej córce - zwykle, normalne, ludzkie rozmowy. Do czego więc zmierzam?
Wychodzę dziś na papierosa, Pani Sylwia z paroma innymi sprzątaczkami pali. Mówię dzień dobry. Wszystkie panie uśmiechnięte jak zwykle też odpowiadają "dzień dobry". I co słyszę? Pani Sylwia dostała burę za to, że się z nami "spoufala", a przecież jest zwykłą sprzątaczką.
Jak widać człowiek człowiekowi managerem, zamiast człowiekiem.
Odkąd pamiętam, zawsze musiałam robić to, czego chcą rodzice, gdyż uważali, że lepiej wiedzą, co jest dla mnie dobre. Ponadto wymagali ode mnie bardzo dużo, chociaż nawet nie interesowali się moją osobą. Miałam się uczyć najlepiej, a gdy prosiłam ich o pomoc twierdzili, że oni tego nie mieli w szkole i sama mam to opanować, bo oni na żadne lekcje swojego dziecka nie wyślą.
Nigdy nie interesowali się, jakiej muzyki słucham, jaki lubię przedmiot w szkole, czy w ogóle mam przyjaciół. Gdy wychodziłam już ze znajomymi, musiałam być godzinę (!) przed zachodem słońca, inaczej miałam karę. Swojego pierwszego chłopaka ukrywałam przed nimi, bo gdy przyprowadziłam go 1. raz zostałam zwyzywana i posądzona o nadchodzącą ciążę.
Zawsze chciałam tańczyć - robiłam to przed lustrem w pokoju, gdyż oni wyśmiali mnie, gdy poprosiłam ich o zgodę na zajęcia z tym związane.
Gimnazjum zdałam z bardzo dobrymi wynikami. Od podstawówki miałam upatrzoną wymarzoną szkołę w moim mieście, o której oni nie chcieli słyszeć. Wybrali mi szkołę - technikum, bo jak twierdzili tylko po nim jest przyszłość. O niczym innym nie chcieli słyszeć. Na nic przekonywania rodziny, że powinnam iść tam, gdzie pragnę. Nie i koniec. Do moich 18. urodzin to oni kierują moim życiem.
Co zrobiłam? Złożyłam dokumenty do mojej wymarzonej szkoły wbrew ich woli. Dostałam się bez problemu i tam też zdałam maturę, ba! Dostałam się nawet na wymarzoną architekturę, którą oni gardzili. Odkąd skończyłam liceum nie dostałam od nich ani grosza, gdyż obiecali mi to, jak tylko dowiedzieli się o moich marzeniach. Nie zaprosili mnie na święta ani razu, a o urodzinach "zapominają". No cóż... wszystkie okazje świętuję razem z moim mężem, jego rodziną i 3 dzieci, jako zasłużona i dobrze usytuowana "pani z koziej pupy architekt", w którą nigdy nie wierzyli moi "rodzice".
Rozpoczęcie roku w 3 klasie liceum.
Do naszej klasy dołączyła nowa dziewczyna, cóż, jej ubiór zdradzał wiele: krótka spódniczka ledwo zasłaniająca tyłek, paznokcie długie, różowe - typowy pustak. Dziwiło wszystkich, że poprzednia szkoła dziewczyny to najlepsze LO w naszym mieście. Zapytaliśmy się jej czemu przeniosła się z dobrego LO do naszego (nie była to zła szkoła, ale jednak odstawała przy jej poprzednim liceum). Powiedziała, że w poprzedniej nie mogła być sobą, a uczniowie to straszni sztywniacy. Choć tak naprawdę każdy myślał, że nie dawała sobie rady, a zdradzały to jej długie farbowane na blond włosy z dużym odrostem.
Na lekcjach się nie udzielała, siedziała cicho. Każdy czekał na język polski z nauczycielką-kosą, która na pewno zwróci uwagę dziewczynie za strój czy makijaż. Tak też się stało. Nauczycielka oburzona wymalowanym gwizdkiem dziewczyny, zjechała ją od góry do dołu. I było wiadomo, że do końca roku będzie odpytywana itp.
Na kolejnej lekcji polskiego nauczycielka oczywiście wybrała naszą gwiazdę do odpowiedzi, ku zdziwieniu wszystkich dziewczyna odpowiedziała na wszystkie pytania i z bólem serca nauczycielka dała jej 5. Na sprawdzianach czy kartkówkach też miała 5. Ba, nie tylko z polskiego, ale z innych przedmiotów.
Zbliżał się konkurs recytatorski, dziewczę się zgłosiło, polonistka w szoku, zgodziła się pod warunkiem, że dobierze adekwatny strój do konkursu, nauczycielka zaproponowała jej klasyczną małą czarną. Widziałam uniesioną brew dziewczyny i wiedziałam, że szykuje się dobry konkurs. Z racji tego, że z naszej klasy brała udział uczennica, reszta została zaproszona do kibicowania. Nagle na konkurs wchodzi nasza gwiazda w kusej czarnej sukience odkrywającej prawie wszystko. Wszyscy w szoku, zwłaszcza nauczyciele z jury z innych szkół. Wyrecytowała pięknie tekst, a na koniec dodała, że nie można oceniać ludzi po okładce.
Cóż powiedzieć, dostała owację na stojąco od uczniów i wygrała konkurs i szacunek.
Ostatnio straciłem kogoś bardzo mi cennego. Strasznie to przeżyłem, przez co wróciła mi bezsenność, śpię kiedy już tracę przytomność ze zmęczenia. Czuję się martwy w środku, moje postrzeganie świata jest na poziomie ameby, zachowuję się flegmatycznie i totalnie bez zaangażowania, nie odczuwam żadnych emocji poza obojętnością, aczkolwiek staram się to od jakiegoś czasu ukrywać, żeby nie zrażać i martwić ludzi w moim otoczeniu. Przechodząc do sedna historii...
Od jakiegoś czasu pracuję w wykończeniówce, mimo braku doświadczenia szybko się zaaklimatyzowałem i polubiłem tę pracę, lubię robić coś, co daje widoczne efekty. Wczoraj kończyliśmy ze znajomym poddasze, wszystko super wyszło, byłem w końcu z czegoś zadowolony od dawna. Piętnaście po siódmej uznaliśmy, że fajrant, więc się zbieramy. Zacząłem zamiatać, jak po każdym dniu, przecież musi być czysto po robocie, po ziemi walały się wkręty, które wcześniej nam pospadały przy mocowaniu jednej z płyt, zebrałem je, bo przecież przydadzą się jeszcze. Kiedy zaczynałem się przebierać, znajomy mówi do mnie:
- Ej, Igor, rozlałeś farbę? - patrzę na niego ze zdziwieniem, a on pokazuje mi palcem na czerwone ślady na podłodze. Zauważyłem, że z buta cieknie mi czerwona ciecz, w sumie wcześniej czułem od południa, że mam mokro w bucie, ale uznałem, że po prostu wszedłem wcześniej w kałużę, bo tego dnia padało. Nie mam butów typowo roboczych, bo w sumie nie robię na budowie, zwykłe stare adidaski z dość grubą, ale miękką podeszwą. Podnoszę nogę, a tam dziwna rzecz, buty wyglądały jak te górskie z metalowymi kolcami... Szybko zorientowałem się, że to owe wkręty, doliczyłem się ich 17 w obu butach, trzy- i czterocentymetrowe, bo takich używamy. Po opornym ściągnięciu buta, bo przecież wkręty były po 1 do 2 centymetrów w mojej stopie, ściągnąłem przesączone krwią skarpetki i zacząłem oglądać i dotykać nogi.
Nic nie czułem... od momentu wbicia wkrętów, po wyciągnięcie ich i następne dotykanie ran.
Kiedy wróciłem do domu, ponownie zacząłem badać stopy i dalej nic nie czułem... Dziwne było to dla mnie. Przypomniała mi się scena z Dr. House'a, kiedy na odział przyjechała babka, która nie czuła bólu, pamiętam jak sprawdzali jej reakcje, więc bum - zalałem wrzątku do miski i wziąłem igłę. Najpierw włożyłem rękę do wrzątku na kilka sekund... Nic nie poczułem, trochę się przestraszyłem, ale z drugiej strony mnie to zaciekawiło... Wziąłem igłę i zacząłem wbijać ją kolejno w udo, dłonie i stopy. Przez jakiś czas nic nie czułem, dopiero kiedy wbiłem igłę głęboko poczułem ból...
Nie byłem z tym jeszcze u lekarza, ale szczerze nie jest mi do śmiechu. Czuję się teraz dosłownie martwy w środku... Moje ciało chyba zbyt dosłownie bierze pod uwagę mój stan emocjonalny...
Zacznijmy od tego, że mieszkam na wsi. Moi rodzice mają gospodarstwo rolne, w którym hodujemy krowy i cielaki.
A więc kiedy miałem 14 lat, zastanawiało mnie jak to jest, jak ktoś ci robi loda. Bardzo mnie to ciekawiło, bo myślałem, że to bardzo przyjemne uczucie. Korzystając z okazji, że urodził nam się cielak, postanowiłem to wykorzystać. Korzystając z tego, że w domu nie było nikogo, poszedłem do cielaków i dałem do ssania cielakowi swojego penisa... Teraz, gdy mam 23 lata, nie mogę uwierzyć, że kiedyś to zrobiłem...
Jakiś czas temu moja dziewczyna przechodziła kryzys życiowy. Wiele razy mówiła mi, że jest cały czas smutna i wieczorami nie potrafi się powstrzymać od płaczu. Nie wiem czemu myślałem, że przejdzie za jakiś czas. To taka przebojowa dziewczyna - zaraz wróci do normalności. Pewnego dnia odwiedziłem ją bez zapowiedzi. Wyglądała jak cień człowieka.
Od tamtego dnia wszystko się zmieniło. Każdego dnia pokazywałem jak bardzo mi zależy. Byłem bardzo troskliwy i czasami traktowałem ją wręcz jak dziecko..Robiłem pogadanki jak bardzo jest ważna i mówiłem o wspólnej przyszłości.
Niby nic anonimowego, wszystko zaczęło się układać. Zaczęła żyć na nowo.
Dziś rano znalazłem pod łóżkiem jej pamiętnik. Ciekawość wygrała i zacząłem go czytać.
Pisała tam, że nie radzi już sobie, a dnia, którego odwiedziłem ją bez zapowiedzi planowała samobójstwo.
To nie morał, to prośba. Nie ignorujcie.
Trzy lata temu spaliłam mieszkanie.
Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj. Czwartek, 10 rano - wstaje, wymówki do mamy, bo nie chce mi się iść do szkoły.
Mamcia usmażyła mi frytki w garnku metalowym, zostawiła go na kuchence.
Zarys kuchenki- metalowa, góra była tylko szklana, producent zapewniał, że szkło nie pęknie jak będzie "żywy ogień" na szkle. A jednak.
Mama wyszła do pracy, ja jako 15-latka bardzo lubiłam pomagać mamie przy domowych obowiązkach. Tym razem wzięłam się za mycie naczyń. Na kuchence nastawiłam duży teflonowy garnek z wodą na naczynia, stał również na palniku dalej wspomniany wyżej garnek z olejem. Nie zauważyłam, że rączka od garnka z olejem styka się z teflonowym z wodą. Wyszłam z kuchni. Pościeliłam wszystkim łóżka, ogarnęłam kanapę w salonie. Nagle słyszę huk pękającego szkła. Wbiegam do kuchni. Ijojijojijo, poooożar. Rączka od garnka stopiła się na szklaną płytę kuchenki, podbiegłam, olej wrzał, woda też, wyłączyłam dopływ gazu do kuchenki, podbiegłam znowu, płyta się zapadła do środka kuchenki, mieszanka wybuchowa - woda i olej. Zapaliło się wszystko co było możliwe, meble, panele na suficie i ścianach, później firanka, okno, łazienka. Wpadłam w panikę, szukam po klatce schodowej gaśnicy (wiem, że kiedyś była!), nie znalazłam, biorę ręczniki i daremne próby ugaszenia. Dzwonię na straż, opanowana opowiadam co się stało.
Rozłączyłam się. Nie uciekłam z mieszkania. Zaczęłam wynosić wszystkie rzeczy cenne z płonącej kuchni. Zajął się przedpokój, zamykam drzwi do sypialni rodziców i do mojego pokoju. Szukam psa - nie ma! Wołam, piszczy z kuchni, no to biegnę. Mama wieczorem wzięła butelkę wody do sypialni, żeby w nocy nie wstawać, wzięłam butelkę, wylałam wodę na przedpokój i w skarpetkach po stopionym, gorącym plastiku wbiegłam do kuchni, schylam się po psa, MAM, sufit na mnie spadł, wylazłam, o cholera, co robić, dobra, "run Forest!". Wbiegłam do salonu, otworzyłam okno strażakom, TAK WIEM, ŻE TO POMOGŁO ROZPRZESTRZENIĆ SIĘ PŁOMIENIOM, ALE NIE CHCIAŁAM, ŻEBY STRAŻACY WYBILI OKNO, BO TO DODATKOWE KOSZTY. Wyrzuciłam psa (mieszkam na parterze), wbiegam na przedpokój, bo telefon na szafce, wybiegam z mieszkania, strażacy wpadają. Telefon do mamy, a ta nie wierzy w co słyszy. Koniec końców - zatrucie tlenkiem węgla i liczne oparzenia rąk, drobne oparzenia twarzy (nie są teraz widoczne) i spalone włosy.
Dzień wcześniej wieszam pranie z mamą.
- Paweł, przywieź dywan z garażu!
- Mamuś, prędzej mieszkanie się spali, niż tato dywan przywiezie.
Wykrakałam.
Jestem psią behawiorystką, treserką i udzielam się w schronisku. Ze zwierzętami mam styczność każdego dnia. Nie obawiam się kłów, pazurów czy tonowego cielska. Sama jestem dumną posiadaczką psów znajdujących się na liście ras agresywnych; mianowicie chodzi o 3-letniego rottweilera Miro oraz 2-letniego doga argentyńskiego Nuszę. Psy wychowuję od szczenięcia, dołożywszy wszelkich starań, by z niebezpiecznych, krwiożerczych bestii ukształtować ich na cierpliwe, posłuszne, w miarę łagodne futrzaki.
Przez te lata pracy udało mi się to - dla mnie i moich bliskich są to kochające pluszaczki do tulenia, tarmoszenia, którym można ręką w misce grzebać, a one będą za to po twarzy lizać. W stosunku do obcych nieufni, lecz nauczeni, by nie rzucać się na każdego nieznajomego. Mogłabym dać sobie rękę uciąć, że bez powodu nawet zęba nie pokażą, ale wiadomo - psy spore, z natury skore do walki i agresji, to ludzie czują niepokój. Choć ręczę za moich chłopaków całym sercem, to mimo wszystko na każdy spacer biorę grubą smycz oraz zakładam im metalowe kagańce.
Pewnego razu wybrałam się na spacer z Miro i Nuszą. Po drodze wstąpiłam do osiedlowego sklepiku. Psiaki solidnie przywiązałam do rosnącego nieopodal drzewa i poszłam po drobne zakupy. Przez sklepową szybę zerkam na Miro i Nuszę, którzy grzecznie leżą w cieniu drzewa. I teraz zaczyna się akcja. Obok przechodziła kobieta z małym 6-, może 7-letnim dzieckiem. Chłopczyk spojrzał na oba psy i wyciągnął do nich rękę na zasadzie "mama, chcę to!". Zwierzęta duże, w kagańcach, widać, że to rasy, na które trzeba uważać. Co na to mama? Zachęca malca, by pogłaskał. Ja już nieco zaniepokojona, szybko płacę i ruszam w stronę wyjścia. Gdyby chłopiec pogłaskał Miro, to byłoby w porządku - pies przyzwyczajony do pieszczot. Ale zamiast tego dzieciak unosi otwartą dłoń i klepie rottweilera po łbie. Miro podrywa się natychmiast. Nie chciał ugryźć, nawet nie warknął, lecz chłopiec zaliczył mocne uderzenie metalowym kagańcem prosto w twarz. Padł na ziemię i w bek, psy, zaniepokojone sytuacją, wstały i zaczęły kręcić się koło młodego. Matka drze się: "Olaboga, dziecko mi zagryzą!!". Chwyciłam psy za obroże i odciągnęłam od chłopca. Zaraz telefon po karetkę, policję i wojsko. Gorszego opieprzu w życiu nie dostałam. Babsko wrzeszczało na mnie, wyzywało psy od bestii piekielnych, groziło sądem, wiezieniem i eutanazją. Jakież było jej zdziwienie, gdy pan policjant uświadomił jej, że cała ta sytuacja jest wynikiem jej własnej głupoty. Kary nie dostałam, psy żyją, baba dostała upomnienie, a chłopiec skończył z siniakiem na pół twarzy.
Piszę to, aby uświadomić ludziom, że nie zawsze to pies jest winny. Znacznie częściej za pogryzienia odpowiadają właściciele, którzy nie potrafią wychować psa lub ludzie bez mózgu i wyobraźni, a i tak zwierzę cierpi najbardziej.
Dodaj anonimowe wyznanie