Kiedy się kocham, bardzo lubię pojękiwania kobiety. Jednak moja aktualna żona tego nie lubi i nie robi. Jaki mam na to sposób? Kiedy potrzebuję usłyszeć parę jęków, niby nieświadomie wchodzę gwałtowniej i głębiej. Jako że jestem dla niej trochę za duży, sprawia jej to taki niby ból, więc zawsze jęknie albo piśnie. Mi to zawsze pomaga, a focha po wszystkim wpisuję sobie w koszta :)
Oczywiście nie robię tego zbyt często, kocham ją i nie chcę, by seks kojarzył jej się z czymś nieprzyjemnym :)
Obecnie śmieję się z tej sytuacji, ale w tamtym momencie nie było mi do śmiechu.
Lato w zeszłym roku, poniedziałek, piękna pogoda i skończona praca o 14:00 z wizją kolejnego wolnego dnia. Sytuacja marzenie, prawda? Też tak pomyślałem, więc idąc na przystanek autobusowy i mijając Lokal (bar/pub z bilardem i ogółem miejscem spotkań gastrobandy) stwierdziłem, że wejście na jednego lub dwa drinki nie jest złym pomysłem. Kurna, jak ja się wtedy myliłem...
Popijając już drina i wymieniając ploteczki ze znajomymi, poczułem lekki ucisk na brzuch i zwieracze... Ehhh, zwykły bączek, jesteśmy na powietrzu, niech idzie sobie wolno – pomyślałem. No ale dupa mnie oszukała... Poczułem ciepło i już wiedziałem – po prostu posrałem się w gacie. Śmieciowa kolacja z brakiem porządnego posiłku rano plus alkohol zrobiły swoje. Telefon w łapę i lecę do łazienki (na szczęście nic po nogach nie poleciało, a wiadomo, krótkie spodenki nie utrzymają długo balastu). Zamknąłem się w jedynej kabinie (na szczęście nikt się tam nie dobijał), ponieważ reszta w męskim to pisuary, i szybki ogar sytuacji. Spodnie i gacie w dół – ufff, nie jest tak źle, ale przecież nie wyjdę z draską na jasnych spodenkach. Decyzja to telefon po ratunek do przyjaciela, który po wysłuchaniu mojej historii pełnej żenady, wstydu i kompromitacji zachował zimną krew. Uspokoił, że właśnie wraca do domu, zabierze ubrania na zmianę i przybędzie na ratunek. No i przybył bardzo szybko. Zmiana odzieży, zapakowanie w kilka toreb dowodów zbrodni (przecież nie zostawię gaci śmierdzących gównem w koszu) i powrót do domu. Całą drogę powrotną spacerkiem, gdyż przyjechał na rowerze, wymienialiśmy sytuacje, gdy słyszeliśmy od znajomych takie historie... Przytoczyłem mu kilka z Anonimowych.
Jednak sprawdza się staropolska prawda – prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Morał taki, że prawdziwy przyjaciel nawet z gównianej sytuacji potrafi wyprowadzić z twarzą.
Wczoraj tak bardzo się opiłam, że zadzwoniłam do mojego byłego faceta i płacząc wyznałam mu miłość i błagałam go o to, żeby przyjął mnie z powrotem. Zrobiłam to na oczach mego obecnego faceta.
Mój ex do mnie nie wrócił, a mój obecny mężczyzna, po tej akcji rzucił mnie. Teraz mam kaca, wyrzuty sumienia i straszliwy ból głowy. Nienawidzę alkoholu!
Zawsze miałam długie, w miarę kręcone włosy. W praktyce - bajzel często nie do opanowania. Ostatnio poszłam je trochę podciąć, a wyszłam z salonu z połową ich długości. Były oczywiście wymodelowane i wyprostowane przez panią fryzjerkę. Sama nie mogłam się przekonać do nowej fryzury, ale zebrałam mnóstwo komplementów, w tym jeden (a jakże) od mego małżonka. Powiedział mi mianowicie po całym dniu namysłu:
- W sumie, to dobrze, że obcięłaś włosy, bo w końcu chodzisz uczesana.
...Ot taki romantyzm 21 wieku...
Będąc na pogrzebie znajomego, byłam świadkiem przykrej sytuacji, która miała miejsce na cmentarzu. Żona zmarłego chciała zamówić mszę za męża, nie miała ona już dużej ilości pieniędzy gdyż choroba męża wyssała z nich ogromne pieniądze.
Za mszę, za którą ksiądz powinien wziąć maksymalnie 50 złotych zażyczył sobie 60 i w dodatku bez wstydu nakrzyczał na nią, że od nowego roku msze będą droższe. Nie dość że za pogrzeb wziął dużą sumę + zebrał jeszcze ofiarę od uczestników pogrzebu, których było baaaardzo dużo i za samą ofiarę miał sporą kwotę. Tacy ludzie uważają, że mogą wszytko, ale to nie prawda karma wraca i oni kiedyś zapłacą za to. Człowiek bez wstydu!!!!!
Parę dni temu, kiedy na zewnątrz trzaskał solidny mróz, do autobusu, którym sobie jechałem wszedł pan menel i zaczął parować. Jeśli w samochodach osobowych za mocny zapach odpowiada mała, tekturowa choinka, to w tym przypadku źródłem wykręcającego trzewia odoru był właśnie ten jegomość. W autobusie wybuchła panika, ludzie zaczęli odsuwać się na przód pojazdu, jedno dziecko wybuchło płaczem, jakiś piesek zakwilił rozpaczliwie, babcia zasłabła…
Żul tymczasem odchrząknął i wygłosił krótkie przemówienie na temat swojej niedoli, na którą to lekarstwem jest jak najszybszy zakup taniego napoju alkoholowego. „Przejdę się teraz między państwem i zbiorę darowiznę. Jeśli uda mi się uzbierać pięć złotych, to na następnym przystanku wysiadam, bo tam zaraz taki sklepik jest... he, he… to blisko będę miał”.
Skubany w ciągu kilku minut zarobił tyle, że mógłby kupić chyba całą fabrykę tanich win. Grunt, że dotrzymał obietnicy i faktycznie wysiadł na następnym przystanku. Prawdziwy rekin biznesu...
W mojej rodzinie każde pokolenie ma swój "zawód". Tak, wiem jak to brzmi, ale tak po prostu jest i już, a na dodatek ciągnie się to od około 10 pokoleń.
Aby nie rozwodzić się nad tym zbyt wiele, wymienię tylko cztery pokolenia.
Moi dziadkowie (dziadek i jego siostra) - tancerze, dziadek jest nauczycielem tańca (po długiej karierze tancerza), a babcia obecnie uczy baletu (po karierze baletnicy).
Moja mama i jej siostra - nauczycielki (nad tym nie ma się co rozwodzić).
Ja i moi dwaj bracia - lekarze, mimo że każdy z nas poszedł w inną stronę. Ja jestem weterynarzem, starszy brat chirurgiem, a młodszy pediatrą (nie wspominając o kuzynce - okulistce).
I w końcu ostatnie, najmłodsze pokolenie, bo wbrew pozorom wszystkie dzieciaki podążają w tym samym kierunku.
Moi dwaj synowie - totalny fioł na punkcie muzyki i wszystkiego, co z nią związane. Syn starszego brata - niejedna wygrana w konkursach wokalno-instrumentalnych. I na sam koniec córeczka mojego młodszego brata - mimo że ma dopiero sześć lat, to potrafi zapisywać nuty i pisze piosenki, którymi chwali się przed całą resztą rodziny.
I dla jasności, nigdy ani my, ani nasi rodzice czy dziadkowie nie próbowali ukierunkowywać nas na konkretny tor.
Ot, taka rodzinna ciekawostka.
Wczoraj byłam u mojej koleżanki. W trakcie naszej rozmowy podchodzi do nas jej 11-letni syn, który namiętnie gra w różne gierki online, i mówi:
- Mamo, ściągniesz mi...
- Za chwilę, jak przyniesiesz telefon.
Chłopak przynosi urządzenie i koleżanka pyta:
- To co mam ci ściągnąć?
- Książkę z półki w waszym pokoju.
Mam 22 lata, wszyscy pewnie będą narzekać, że jestem niewdzięczna, ale nienawidzę swojego domu rodzinnego i przemocy psychicznej ze swojej matki. Ojciec udaje, że nie widzi, brat siedzi w internacie, a ja jestem z tym sama. Chłopak się wkurza, ale i tak czuje jakby wszyscy umywali ręce. Szukam pracy z dala od domu, liczę że w końcu uda mi się ją znaleźć i odciąć się od tego miejsca, a przede wszystkim od ciągłego poczucia, że to ze mną jest coś nie tak.
Do wszystkich anonimowych w tej samej lub podobnej sytuacji. Trzymajcie się wierzę, że kiedyś uda wam się uciec i stanąć na prostej mimo ciągłego myślenia, że to was tkwi problem. Toksycznych osób nie zmienicie, prędzej was to wykończy.
Mam wrażenie, że nigdy nie było tak trudno o własny kąt, mam na myśli ostanie 80 lat.
Zaczynając od pokolenia, które było dorosłe, gdy wybuchła II wojna światowa, jasne, że tragedia, zniszczenia, śmierć.
Ludzie, którzy byli dorośli po wojnie, mogli za darmo dostać domy, pole rolne. Wybierali sobie, który dom chcą, później spółdzielnie rozdawały ziemię (mam na myśli tereny poniemieckie, nie wiem, jak było w innych regionach).
Mój pradziadek przybył z Kielc, bo na Dolnym Śląsku stały puste domy. Tutaj się osiedlił, wziął ziemię. Nie mam na myśli osób z Kresów wschodnich, oni musieli zostawić swoje majątki.
Każdy mógł wtedy mieć własny dom, ziemię.
Idąc dalej, czasy wczesnej komuny, wystarczyło pracować w państwowej spółce, szczególnie PKP, dostawali od razu mieszkania, które później wykupywali za bezcen. Wystarczyło po prostu pójść do zakładu pracy, zakłady pracy budowały mieszkania, ale to zazwyczaj w miastach.
Na wsi wystarczyło dobrze się zakręcić, ludzie budowali piętrowe domy, nie biorąc kredytów.
Dziadek miał jedynie 7 ha ziemi, trzymał około 50 sztuk bydła, żył na naprawdę dobrym poziomie - nowy maluch z fabryki, kupno mieszkania we Wrocławiu (jasne, że na kredyt, ale szybko go spłacił).
Przykłady, które podałem, nie są z YT, insta czy innego portalu, to są przypadki, jakie miały miejsce w mojej rodzinie. Sami wiecie, jak to ma się do dzisiejszych realiów, gdzie ze zwykłej pracy ciężko ubierać na wkład własny.
Dziadkowie zawsze powtarzali, że za komuny żyło im się najlepiej. Kapitalizm i UE zniszczyli małych rolników i tych zarabiających najniższą krajową, skazując ich na biedę.
Dodaj anonimowe wyznanie