Matka i ojciec, tak o nich mówię. Moi rodzice to temat rzeka. Zaliczyli ze mną klasyczną wpadkę na studiach, szybki ślub i o dziwo 30-letni szczęśliwy związek. Z tym że tylko oni są w nim szczęśliwi, no może jeszcze mój braciszek.
Mam wrażenie, że od zawsze matka mnie nie kochała, obwiniała mnie może za wpadkę — nie wiem. Natomiast wiem, że gdy miałam 2 miesiące, oddała mnie do babci — swojej teściowej — żeby kontynuować studia... Tak że więzi żadnej nie ma, jak mnie zabierali od babci, to był taki płacz i taka trauma dla mnie, jakby mnie zabierali od matki, ale przecież to ja jestem niegrzeczna, bo jak to tak dziecko nie chce być z rodzicami, których przy nim nie było? No strasznie rozwydrzony bachor, prawda? I tak do tej pory to przedstawiają, przestali wtedy przyjeżdżać do babci „bo robiłam afery”, a ja do tej pory pamiętam ból rozstania i z braku czułości ssany paluszek.
Nie znam uczucia przytulania ze strony matki i ojca, nie wiem, co to czułość, wspólne siedzenie przed telewizorem i śmianie się z głupot. Nie znam uczucia głaskania do snu czy pocałunku. Nigdy przez całe swoje życie nie usłyszałam, że matka albo ojciec mnie kochają. Że zrobiłam coś dobrze, pochwały, natomiast wiecznie było wszystkiego za mało, za słabo, za długo. „Śmieszna jesteś”, „żałosna” – mój ojciec nawet ze mną normalnie nie rozmawia, jest wiecznie cyniczny, ironiczny i po prostu podły. Wszystko, co kiedykolwiek zrobiłam i robię, było złe, jestem leniwa i nie mam w sobie za grosz pokory... A ja przy nich wyglądam jak mała dziewczynka, mimo tego, że mam własną rodzinę. Ogólnie przepraszam, że żyję.
Gdyby mój ojciec mi powiedział: „Śmieszna jesteś, wyskocz przez okno”, to pewnie bym to zrobiła. Poziom zmanipulowania i stłamszenia przez nich jest straszny. Wszystkie uczucia przelałam na męża i córkę, gdyby nie oni, to nie wiem gdzie bym teraz była. Moje poczucie własnej wartości jest bliskie zeru, ale mąż bardzo stara się to zmienić. Dziecku można zrobić krzywdę na wiele sposobów i często z zewnątrz dobra rodzina trzyma swoje trupy w szafie. Można być zadbanym, ubranym i najedzonym dzieckiem w ekstra mieszkaniu, ale to za mało. Wyszłam spod skorupy swojej beznadziejności, dopiero gdy moja córka przyszła na świat. Wtedy zrozumiałam, że to nie ja byłam beznadziejna, tylko oni podli i bez serca. Myślę nad terapią i zerwaniem kontaktów... Jestem na takim etapie, że jak ojciec zadzwoni do mnie, że MUSZĘ przyjechać na święta, to pomimo tego wszystkiego, co mi zrobili, jadę tam i wysłuchuję swoje, bo się ich nadal boję. To jest straszne. Czuję się przy nich, jakbym miała 5 lat. Czy ktoś ma podobne doświadczenia? Bo ja nie wiem, jak z tym walczyć... Rozmawiam z mężem, przyjaciółmi, ale przy nich nie potrafię się niczemu przeciwstawić. Wiem tylko jedno — moje dzieci mają i będą miały ode mnie morze czułości i jeszcze więcej wsparcia.
Niedawno po ostrej scenie (płacz, tupanie nóżką, sceny histerii), jaką zrobiła mi córka w sklepie z owadem, gdy chciałam oddać naklejki innej pani, zostałam zmuszona do zbierania naklejek na biedroniaki. Żeby nie robić sobie większego wstydu, po prostu wzięłam naklejki i wyszłam.
I wszystko fanie, tylko córka ma prawie 18 lat...
Wszystkie kobiety z rodziny od strony mojej mamy — to znaczy właśnie mama, babcia, prababcia i tak dalej — mają za sobą po dwa poronienia. Każdej z nich udało się donosić dopiero trzecią ciążę.
Dowiedziałam się o tym kilka dni temu. Jestem w ósmym tygodniu ciąży. Boję się.
Będąc małą dziewczynką, widząc na tramwaju napis MPK sp. z o.o., myślałam, że tramwaj należy do miejskiego ZOO i w dzień przewozi ludzi, a wieczorem wozi zwierzęta po ZOO.
Wstyd mi za moją mamę.
Ona jest po prostu syfiarą, zawsze jest u niej brudno. Od dziecka pamiętam brud.
Moja definicja związku to dwoje ludzi, którzy się kochają i są sobie wierni. Ale mają czasem przyjaciół i znajomych, z którymi się spotykają. I nie wiem czemu jak ten hipotetyczny przyjaciel/ znajomy jest przeciwnej płci, to wszystkim, za przeproszeniem, odpieprza.
Znam się z pewną dziewczyną od podstawówki. Nigdy nie pomyślałem o niej inaczej niż o dobrej koleżance. Ona tym bardziej, bo od kilku lat ma wspaniałego partnera. A ja od trzech świetną dziewczynę, która ma jedną wadę – jest chorobliwie zazdrosna. Kiedy tylko wychodzę ze wspomnianą koleżanką, moja dziewczyna przez tydzień potrafi suszyć mi głowę. A to czy muszę, że po co, że ona nie rozumie, jak tak można, skoro mam ją. No nie docierają żadne logiczne argumenty. Najgorsze jest to, że moi rodzice mają podobne zdanie. Jak tylko wywęszą, że wychodzę z koleżanką, potrafią mi prawić kazania, jakie to nieodpowiednie i niestosowne wobec mojej dziewczyny. Nie mam siły tłumaczyć po raz setny, że tylko się kolegujemy, spotykamy się raz na kilka miesięcy i to wszystko. No po prostu jak o ścianę. Nie mam już siły, dlatego spotykam się z nią po kryjomu. Partner koleżanki o wszystkim wie i nie widzi w naszych spotkaniach żadnego problemu, zna naszą relację i rozumie naszą przyjaźń, niestety ja swoich bliskich okłamuję dla świętego spokoju.
Nieźle gram w bilarda. Jakiś czas temu pokazałem mojemu ojcu, który nigdy w życiu nie trzymał w rękach kija, grę komputerową, w której gra się właśnie w bilard. Ojciec się zafascynował, dzięki grze ogarnął zasady i zapalił się, że on chce zagrać w prawdziwy. Niech mu będzie, zabrałem go do baru, w którym zwykle pykam i nie ukrywam, że nastawiłem się na niezłą bekę (aż mnie korciło popcorn zabrać).
Ograł mnie.
Mieszkam w Niemczech, więc bardzo brakuje mi kontaktu z rodakami. Kilka lat temu zaprosił mnie na Facebooku pewien chłopak. Ja jestem raczej osobą, która ludzi nieznajomych po prostu nie przyjmuje do grona swoich znajomych, lecz gdy zobaczyłam, że naszą wspólną znajomą była moja wtedy przyjaciółka, ni z tego, ni z owego przyjęłam zaproszenie. Napisał do mnie pierwszy. Co mnie zdziwiło — po niemiecku, a zaraz to samo po polsku. Zaczęliśmy regularnie pisać, okazało się, że ma rodziców Polaków, a on sam urodził się w Niemczech, ale mówi po polsku. Okazało się również, że mieszka kilkanaście kilometrów ode mnie. Pisaliśmy coraz więcej, uczył mnie trochę niemieckiego, a ja jego z kolei polskiego. Wydawał się być naprawdę wspaniałym chłopakiem. Ja tego czasu czułam się bardzo samotna i świadomość, że mam do kogo się zwrócić, mimo że nie widziałam go jeszcze na żywo, podnosiła mnie na duchu. W końcu się umówiliśmy. Wyczekiwałam tego spotkania, liczyłam dni i godziny, nawet minuty. Gdy już dotarłam na wyznaczone miejsce, patrzę — stoi. Jeszcze przystojniejszy niż na zdjęciach, niebieskie oczy, wysoki... Po prostu mój mały ideał. Podeszłam, przywitaliśmy się i co on nagle mówi? „Myślałem, że jesteś chudsza...”. Przyznam, nigdy nie miałam figury modelki, ale do grubych osób też się nie zaliczam. Bardzo mnie to zabolało, ale od razu rzuciłam mu w zamian: „A ja myślałam, że jesteś mądrzejszy”. Obróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę autobusu. On coś za mną krzyknął, ale ja miałam w głowie tylko jego słowa. Wróciłam do domu.
Wchodzę na Facebooka, patrzę, wiadomość. Myślę sobie, pewnie od niego, nie chcę nawet tego czytać. I tak też nie czytałam. Jeden dzień, drugi. Ale moja ciekawość w końcu wzięła górę. Wchodzę, czytam. „Przepraszam, że tak powiedziałem, ale nie miałem na myśli, że jesteś gruba. Nie podobają mi się chude kobiety i miałem skrytą nadzieję, że właśnie okażesz się grubsza, niż sobie ciebie wyobrażałem. Jesteś piękna... Jeszcze raz przepraszam. Daj mi wszystko naprawić. Będę czekał codziennie o tej samej godzinie tam, gdzie się spotkaliśmy”. Sama nie wiem, jak opisać to, co wtedy czułam. Wyobraźcie sobie, że stał tam, gdzie go spotkałam, codziennie o tej samej godzinie...
I tak od 2 lat jesteśmy w szczęśliwym związku.
Mam znajomego, jego rodzice mają firmę, jeździ nową s klasą, ma ogromny dom, basen, kort tenisowy i trzy inne nowe samochody, też nowe. I nie zazdroszczę mu tego, w żadnym wypadku, skoro jego rodzice uczciwie na wszystko zarobili, to niech wiedzie im się jak najlepiej. Ale jest jeden problem. Ma on trójkę rodzeństwa. I wszyscy bez wyjątku, nawet ojciec, jeżdżą jak idioci. I nie obrażam ich, ale nie da się tego inaczej nazwać. Nie raz mówiłem, żeby bardziej uważał czy żeby zwolnił. Miał już dwa razy wypadek, skasował dwa nowe auta ze swojej winy, jednak to niczego go nie nauczyło. Ostatnio jechaliśmy autostradą, jechał ponad 220, kiedy mówiłem mu, żeby zwolnił, bo przesadza, jego siostra jeszcze mnie zjebała, że Kamil potrafi jeździć i jeździ pewnie. I w tym momencie włączyły się światła policyjne. Zatrzymało nas nowe BMW, które jak mi się wydawało, jechało nam na ogonie od dawna, o czym mu wspomniałem. Może to okrutne, ale ucieszyłem się w duchu, że w końcu to go coś nauczy, jeśli straci prawo jazdy. I wiecie co? Pouczyli go tylko. Nie dostał nawet mandatu. Nie zabrali mu prawa jazdy. Nie dali mu nic. Kompletnie, ani punktów, ani mandatu...
Jego tata z pół roku temu też został zatrzymany. Brak pasów, rozmowa przez telefon, ponad 40 więcej niż powinien. I to samo. Pouczenie. I o ile nie jestem pewien co do tego, czy w przypadku taty nikt nie dostał nic do kieszeni, tak w jego przypadku jestem tego pewny, bo portfel został w samochodzie, a przy sobie kolega nie miał nic pieniędzy.
Ja kupiłem auto za swoje pieniądze i jak zatrzymali mnie do rutynowej kontroli, przez własną głupotę odpiąłem pasy, zanim policjant podszedł do samochodu. Na nic zdały się tłumaczenia, proszenie, a wręcz błaganie. Kolega jechał samochodem i tylko odebrał, żeby powiedzieć, że oddzwoni potem (byłem wtedy z nim). Policjanci widzieli, jak odkłada telefon, w sumie włączyli sygnał dobre 300 metrów po tym, jak odłożył telefon, a cała rozmowa trwała z 5 sekund. Też byli nieugięci.
Nie boli mnie ilość posiadanych przez niego pieniędzy, bo życzę mu jak najlepiej, ale bardzo boli mnie bezkarność i podejście tego typu. Zwykłemu człowiekowi dojebią mandat z górnej półki, bo czemu by nie, a komuś, kogo to nawet nie uderzy po kieszeni, w gruncie rzeczy uchodzi na sucho. Tak po prostu.
Dzień jak co dzień — złota polska jesień, czyli szaro, buro i ponuro. Jadę do pracy tramwajem, siedzę na miejscu dla niepełnosprawnych. Na jednym przystanku wchodzi tłum osób na przedzie ze starszą panią. Oczywiście pani niczym drapieżnik w sekundzie znalazła się nade mną i zaczyna posapywać: jaka to ona słaba, stara, schorowana (nie przeszkodziło jej to oczywiście przedrzeć się przez grupę osób, które chciały wysiąść...). Nagle zaczynają padać głosy dookoła, że jaka to młodzież niewychowana, obojętna na potrzeby innych, jak może gówniara siedzieć, a babulka musi stać... Tu dodam, że mój wygląd sprzyja stereotypowi — zielone włosy i odważny makijaż nie pomagają wtopić się w tłum. Kiedy tyrady przestały być subtelne i zaczynały się robić coraz wulgarniejsze, nie wytrzymałam. Odwracam się do owej kobiety i z najsłodszym uśmiechem podsuwam jej pod nos moją legitymację:„Szanowna pani, to moja legitymacja inwalidzka, która upoważnia mnie do przejazdu na tym miejscu. O tu, widzi pani? 05-R. To oznaczenie upośledzenia aparatu ruchu, nie słuchu, więc prosiłabym o powstrzymanie się od niestosownych komentarzy w moją stronę i zajęcie wolnego miejsca, które jest nieco na lewo za panią. Dziękuję”. Głosy i pogardliwe spojrzenia zniknęły, jak również owa kobiecina, która wysiadła na następnym przystanku.
Rzadko korzystam z tego przywileju, ale tego dnia rano obudziłam się z wybitą szczęką, a przy schodzeniu po schodach biodro radośnie wyskoczyło ze stawu i wróciło po paru minutach agonii na klatce schodowej. Urodziłam się z EDS, a dokładnie z hipermobilnością stawów. Wredna mutacja powodująca zaburzenie syntezy kolagenu, towarzyszą temu częste kontuzje i zwyrodnienia stawów, a co gorsza chroniczny ból, leki z czasem coraz mocniejsze niszczą wątrobę, a ból pozostaje, często towarzyszy temu depresja i wiele innych komplikacji. Szczęście w nieszczęściu, mam „lekką” odmianę i póki co przechodzę to łagodniej niż inni, którzy cierpią z powodu tej samej choroby. Choroby nie zawsze są widoczne na pierwszy rzut oka. Uszczypliwe komentarze mogą bardziej zaszkodzić, niż pomóc. Ja przywykłam i odpowiadam na roszczeniowość roszczeniowością, ale znam takich, którzy wolą cierpieć jeszcze bardziej niż być ocenianym przez innych.
Dodaj anonimowe wyznanie