Jestem autorem wyznania https://anonimowe.pl/3iViH
Od momentu, gdy tamten mężczyzna zginął z mojej winy, minęło już dość sporo czasu.
Nikt jeszcze mnie nie zatrzymał, a w sprawie nie pojawiły się żadne dowody obciążające kogokolwiek. Zdaję siebie sprawę, że nawet gdyby się znalazły, to nikt by nic mi nie powiedział, ale bądźmy szczerzy - to wypadek przy pracy, nie sprawa w stylu seryjnego zabójcy grasującego po ulicach Warszawy.
Jak na razie firma, w której pracuję, prawdopodobnie zapłaci wysokie odszkodowanie z powodu zaniedbań, o których pisałem w poprzednim wyznaniu, więc wszystko przychyla się ku wypadkowi.
Zaraz po wydarzeniu sprawdziłem czasy pracy i możliwe poszlaki, które by mogły wskazywać, że byłem choćby świadkiem zdarzenia, ale choć znalazłem kilka godzin wpisanych na tym dziale i podpisy pod kilkoma maszynami z tego samego działu, niczego nie zniszczyłem, bo po co zwracać uwagę mąceniem wody. Wydaje mi się, że sprawa skończy się dla mnie w doskonały sposób. Nie ma co się oszukiwać - w takich przypadkach nikt nie przeprowadza śledztwa trwającego miesiącami i gdyby cokolwiek mnie obciążało, to dowody byłyby w ciągu kilku dni, a nikt nie będzie analizował każdej śrubki dla samej analizy.
Do ewidencji czasu pracy i grafików każdy ma dostęp w dowolnym czasie, więc gdyby ktoś chciał napisać, że mnie złapią na sprawdzaniu czegokolwiek, to na szczęście nie mogą.
Sam nawet już się nie stresuję, a nawet zaryzykuję stwierdzenie, że jest w tym coś dziwnie pociągającego.
To było kilkanaście lat temu, miałem jakieś 19 lat. Mieszkałem z rodzicami i gdy skończyłem prawo jazdy, jeździłem ich samochodem. Mama miała do mnie specyficzne podejście – zawsze mnie krytykowała, gdy pojawiały się problemy związane z moją osobą, bo chciała, żebym był najlepszy i bezproblemowy, wręcz nieskazitelny. Gdy dostałem tróję w szkole, to dawała mi szlaban (chociaż sama nie miała najlepszych ocen w szkole na wsi, gdzie się wychowała, jej średnia to ok. 3,0). Krótko mówiąc, jak coś zdarzało się nabroić, to za każdą drobnostkę mnie krytykowała. Tata też trochę, ale luźniej do tego podchodził. Poskutkowało to tym, że w szkole byłem bardzo dobry, a w życiowych sprawach nieskazitelny... Mieli się czym chwalić wśród znajomych i rodziny, ale... dzięki temu powstało u mnie przeświadczenie, żeby nie mówić im pewnych rzeczy, by uniknąć zbędnego gadania i oszczędzić sobie problemów i było też takie „co sobie o mnie pomyślą, jak się dowiedzą?”. Doszło do tego niskie poczucie wartości, tak że bałem się ich reakcji na cokolwiek i nie wiedziałem, jak się zachować w niektórych sytuacjach.
Byłem świeżo upieczonym kierowcą. Pewnego dnia pojechałem w miejsce, w które często jeżdżę i gdzie parkuję na dzikim parkingu. Po powrocie do auta zauważyłem, że może być ciężko z wyjazdem – samochody ciasno zaparkowały, trochę byłem zastawiony. Ale spróbowałem... Chwila nieuwagi – BUM!. Przywaliłem w samochód, który mnie zastawił. Nagle przyszły myśli o tym, co rodzice powiedzą... Panika, kręcę dalej, ruszam do przodu, do tyłu, doszło obtarcie. Wychodzę z auta, szybka analiza... Rozglądam się – nie ma świadków, nie ma kamer, nie ma nic. Patrzę na moje szkody i drugiego auta – „O kur**!”... I szybki odjazd. W panice odjechałem z miejsca zdarzenia, ale zaczął mnie dręczyć niepokój – czy nie zostawiłem dowodów? A jak będzie policja? Wróciłem, ale zaparkowałem spory kawałek dalej i przeszedłem się pieszo. Obejrzałem obtarty samochód i okolice, coś leżało z mojego auta, pozbyłem się dowodu. Ukryłem się, obserwując rozwój sytuacji. Przyszedł kierowca, zadzwonił do kogoś, wezwał policję. Oni spisali protokół, a ja wróciłem do auta.
Po powrocie do domu powiedziałem, że będę potrzebował auta przez jakiś czas. Specjalnie parkowałem na osiedlu tak, żeby auto nie było na widoku. Przez bite trzy tygodnie musiałem wymyślać wymówki, żeby tylko nie próbowali iść do samochodu. W międzyczasie załatwiałem blacharza/lakiernika i żyłem w głębokim niepokoju, że policja zapuka do drzwi. Wyrzuciłem sporą część swoich oszczędności na naprawę, ale po otarciu „prawie” nie było śladu. Sprawa ucichła, nikt się nigdy nie dowiedział. A małe ślady wytłumaczyłem „stuknięciami przy markecie”.
Z jednej strony cieszę się, że jestem geniuszem zbrodni, z drugiej czuję się ch**em, że uciekłem i nie wziąłem tego na klatę.
Poznałam parę miesięcy temu przez aplikacje randkową wspaniałego faceta. A przynajmniej tak by się mogło wydawać.
Jak to przez aplikacje - pierwsze na co zwróciłam uwagę to wygląd. Piękna twarz, bujny zarost, zadbane włosy, nawet jego wygląd wskazywał na to, że gość będzie tajemniczy. Po paru dniach rozmowy postanowiliśmy się umówić. Mieliśmy mnóstwo wspólnych zainteresowań, nadawaliśmy na tych samych falach. Na spotkaniu okazało się że wygląda równie dobrze co na zdjęciach. Miałam wrażenie ze skądś go znam, ale nie było to możliwe, bo podobno dopiero co wprowadził się do mojego miasta, a przyjechał z drugiego krańca Polski.
Spotykaliśmy się przez jakiś czas i było nam razem coraz lepiej, doszły do tego jakieś pierwsze pocałunki, przytulanki, ale nic więcej. Widziałam że mu się podobam, ale też to że kiedy tylko posuwałam się o krok dalej czy zaczynałam rozmowę o seksie, on zamykał się w sobie, dystansował się. Szanowałam to, zostaliśmy parą i nie przeszkadzało mi to przez jakiś czas. Jednak po paru miesiącach związku zaczęłam mieć coraz większe ciśnienie na to, wiadomo każdy ma potrzeby. Nie chciałam go do niczego zmuszać i bardzo dużo o tym rozmawialiśmy, twierdził że zrobimy to dopiero kiedy oboje będziemy pewni że się kochamy, a nie że jest to tylko przelotny związek. Wow, poczułam mega szacunek do niego przez to, mimo że gotowa byłam oddać mu swoje ciało, będąc jedynie trochę zauroczoną.
Z okazji moich urodzin zorganizował dla nas wyjazd, cały czas opowiadał że to będzie dla mnie świetny prezent i że ma mi coś ważnego do powiedzenia. Spodziewałam się że powie mi ze mnie kocha i będziemy się kochać. Oczywiście powiedział że mnie kocha i mnóstwo innych ważnych rzeczy, a potem zrzucił na mnie bombę... Okazało się że facet, z którym spotykałam się od pół roku, nie tak dawno temu był jeszcze kobietą. Co więcej, wcale nie przyjechał z drugiego końca Polski, a kończyliśmy to samo liceum, tylko w innych rocznikach. Zmienił, a może zmieniła się diametralnie poprzez zażywanie hormonów. Człowiek nie do poznania.
Poczułam obrzydzenie. Nie dlatego że był kobietą, a dlatego że wszystko co mówił o sobie było kłamstwem, że tak naprawdę nie interesowały go te rzeczy co mnie, po prostu zrobił dobry research, to wszystko po prostu było wymyślone, to było chore. Pół roku udawania kogoś kim się nie jest, jak tak można? Siedzę teraz w domu i najzwyczajniej w świecie czuje się oszukana. Zakochałam się w człowieku, nieważne jakiej był/jest płci, zakochałam się w kłamstwie. Nie wiem co mam o tym myśleć, dać drugą szanse? Czy uciekać gdzie pieprz rośnie, bo takie zachowanie co najmniej podpada pod jakieś zaburzenie psychiczne?
Mój mąż uwielbia pierogi z kapustą i grzybami. To jego główne danie na święta Bożego Narodzenia. Drugim i trzecim głównym daniem jest barszcz i karp. Je to przez tydzień od Wigilii i nic innego mu do szczęścia nie potrzeba.
Podział obowiązków świątecznych co do tych potraw w domu jest taki, że ja lepię te pierogi, on robi barszcz (naprawdę niezły) i karpia sobie sam ogarnia (oczywiście ja robię pozostałe dania na całe święta i sprzątam). W każdym razie co rok słyszę, że pierogów to ma być wincyj, do tego za grube/za cienkie ciasto, za mało pieprzu...
W tym roku spięłam się jak rzadko. 13 godzin mu te pierogi robiłam. A niech ma, niech się zapcha i siedzi cicho. Mąż w tym czasie siedział przy komputerze i grał cały dzień...
Zmęczona byłam tak, że w Wigilię ledwo siadłam do stołu, a potem nie miałam siły już na nic. Karpia na ostatnią chwilę w samą Wigilię dorwał na bazarze, za darmo mu sprzedawca oddał, ciekawe dlaczego...?
Ja karpia nie jadam, nie lubię, miałam swoją rybkę.
W pierwszy dzień świąt mąż wstaje zbolały około południa, że się zatruł. Ja mu tam delikatnie, że ten karp to może nie bez powodu za darmo, a poza tym jelitówka ostatnio szaleje. Ale nie, winny już był namierzony. Ja i moje pierogi. Na pewno od nich tak się źle czuje... Nic to, że i ja i córka też je jadłyśmy (w przeciwieństwie do karpia). Nic to, że w Wigilię, aż wstyd przyznać, przesadził z alkoholem...
Otruć go chciałam normalnie...
No cóż...
Takiego wała zobaczy, a nie pierogi na następne święta. I na resztę świąt też.
Mieszkam sama i zawsze jak muszę powiesić/zdjąć firanki (a mam okropny lęk wysokości i źle się czuję patrząc do góry), to zawsze przed tym depiluję sobie nogi, na wypadek gdybym spadła z krzesła, złamała nogę i lekarz musiałby mi ją nastawiać.
Byłam w kinie na wycieczce szkolnej, a po seansie zostaliśmy na "kino na temat" o tolerancji. Po rozmowie jedna z pań psycholog zapytała, czy ktoś ma pytania do filmu. Zgłosiła się osoba niepełnosprawna.
Cała sala śmiała się, że dziewczyna nie potrafiła wyraźnie mówić...
Od 2 lat mam w rodzinie Szkota. Moja kuzynka (oczywiście jego żona) rozmawia z nim po angielsku, ja oczywiście też, ale czasem zdarza mi się zapytać o coś po polsku.
Gdy wrócił z pracy przeprowadziłam z nim standardową rozmowę. Oczywiście zapytałam jak było, czy poznał kogoś nowego i moje ulubione pytanie "Czy poznałeś jakąś nową koleżankę?". Grzecznie mi odpowiedział, ale na dźwięk ostatniego pytania zaczął się śmiać. Oczywiście żeby bardziej go rozśmieszyć, zapytałam się czy może zdradza żonę z tą nową koleżanką. Na co on odpowiedział piękną polszczyzną: "Chyba cię po*ebało". Miło słyszeć jakie robi postępy z naszą ojczystą mową :)
Moja dziewczyna wszystkiego się wstydzi... Przez trzy lata może dwa razy widziałem ją nago, i to przez przypadek. Seks tylko w 100% ciemności i na ściśle określonych warunkach, bo się wstydzi. Prezerwatyw nie kupi, bo się wstydzi, do ginekologa nie pójdzie, bo się wstydzi, nie przebierze się przy mnie, bo się wstydzi, no to może weźmiemy razem prysznic? Nie, przecież się wstydzi. A może zrobię ci coś „przyjemnego” w trochę inny sposób niż zwykle? No przecież wiesz, że się wstydzę. Na basen? No przecież nie pokażę się przed obcymi ludźmi w stroju kąpielowym, bo się wstydzę. Mógłbym tak wymieniać w nieskończoność.
Mam tego dość, zamiast cieszyć się ze spędzanego wspólnie czasu, dostaję nerwicy, przytłacza mnie to, mam zły humor i wszystkiego mi się odechciewa. Zaczynam coraz poważniej zastanawiać się nad zakończeniem trzyletniego związku.
Jest jedna rzecz, która pozwala mi się odstresować. Jedna, jedyna skuteczna metoda.
A jest nią modlitwa.
Przykre jest to, że ludzie, widząc młodego człowieka z różańcem w ręce, patrzą na niego jak na idiotę. Modlitwa sprawia mi niesamowitą radość. Dzięki niej łatwiej jest mi spojrzeć w przyszłość.
Chodzenie do kościoła co niedzielę? Dla niektórych to niewyobrażalne. Dla mnie normalne, bo w kościele dobrze się czuję. Dodatkowo w drodze powrotnej mogę sobie rozmawiać ze starszymi osobami (łatwiej wtedy zagadać), zobaczyć uśmiech na ich twarzach.
Może wyznanie o niczym, ale boli mnie to, jaka jest nagonka na rzymskich katolików. To jakbyśmy odpowiadali za całe zło tego świata. Oczywiście wśród nas są ludzie lepsi i gorsi, ale to zupełnie tak, jak w innych społecznościach.
Uff... mogłem się wygadać. Dziękuję za uwagę i życzę wam, drodzy anonimowi, samych wspaniałości.
Kilka dni temu postanowiliśmy z narzeczonym spróbować czegoś nowego w łóżku. Mianowicie, miałam się wcielić w skrajną dominatrix, z kajdankami, ostrzejszym językiem i agresywniejszym podejściem. Trochę sado maso w końcu jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Dla podkręcenia atmosfery figlowaliśmy po ciemku, jedynie przy kilku świeczkach.
Może przez ten mrok nie zauważyłam, że za bardzo wczułam się rolę.
Po porannej pobudce chciałam powiedzieć narzeczonemu, że bardzo mi się podobało i chyba kręci mnie ten klimat. I wtedy zauważyłam, iż ma podrapane plecy, brzuch i ręce, twarz w siniakach i limo pod okiem. Na dodatek mimo tego stwierdził, że było fantastycznie i trzeba to powtórzyć jak najszybciej. Dodał, że najbardziej podobało mu się gdy go tłukłam i wyzywałam podczas seksu. Co gorsza, mi też.
Jesteśmy parą psycholi.
Dodaj anonimowe wyznanie