#bwDsC
Lato w zeszłym roku, poniedziałek, piękna pogoda i skończona praca o 14:00 z wizją kolejnego wolnego dnia. Sytuacja marzenie, prawda? Też tak pomyślałem, więc idąc na przystanek autobusowy i mijając Lokal (bar/pub z bilardem i ogółem miejscem spotkań gastrobandy) stwierdziłem, że wejście na jednego lub dwa drinki nie jest złym pomysłem. Kurna, jak ja się wtedy myliłem...
Popijając już drina i wymieniając ploteczki ze znajomymi, poczułem lekki ucisk na brzuch i zwieracze... Ehhh, zwykły bączek, jesteśmy na powietrzu, niech idzie sobie wolno – pomyślałem. No ale dupa mnie oszukała... Poczułem ciepło i już wiedziałem – po prostu posrałem się w gacie. Śmieciowa kolacja z brakiem porządnego posiłku rano plus alkohol zrobiły swoje. Telefon w łapę i lecę do łazienki (na szczęście nic po nogach nie poleciało, a wiadomo, krótkie spodenki nie utrzymają długo balastu). Zamknąłem się w jedynej kabinie (na szczęście nikt się tam nie dobijał), ponieważ reszta w męskim to pisuary, i szybki ogar sytuacji. Spodnie i gacie w dół – ufff, nie jest tak źle, ale przecież nie wyjdę z draską na jasnych spodenkach. Decyzja to telefon po ratunek do przyjaciela, który po wysłuchaniu mojej historii pełnej żenady, wstydu i kompromitacji zachował zimną krew. Uspokoił, że właśnie wraca do domu, zabierze ubrania na zmianę i przybędzie na ratunek. No i przybył bardzo szybko. Zmiana odzieży, zapakowanie w kilka toreb dowodów zbrodni (przecież nie zostawię gaci śmierdzących gównem w koszu) i powrót do domu. Całą drogę powrotną spacerkiem, gdyż przyjechał na rowerze, wymienialiśmy sytuacje, gdy słyszeliśmy od znajomych takie historie... Przytoczyłem mu kilka z Anonimowych.
Jednak sprawdza się staropolska prawda – prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Morał taki, że prawdziwy przyjaciel nawet z gównianej sytuacji potrafi wyprowadzić z twarzą.
Sprawdza się też staropolska prawda- najlepiej się wysrać przed pójściem do pracy bo później może być różnie.
Gówniana historia z happy endem. Lubię to.
Ale spoko, że po sobie posprzątałeś :D jak pracowałam w restauracji w centrum handlowym, to zdarzało się znaleźć brudna pieluchę na stoliku w tonie chusteczek. Ogólnie zostawianie śmieci na stolikach było powszechne, takich niezwiązanych z restauracją, ktoś przyszedł zjeść i wyładowywał chyba cała torbę odpadów zbieranych w ciągu dnia. Najczęściej paczki po fajkach albo opakowania po dziecięcych soczkach, batonikach itd. Albo ludzie którzy przechodzili i zobaczyli na podłodze pasażu plastikowa butelkę np. i bohatersko ja podnosili.... żeby potem z miłym uśmiechem rzucić mi ją na tace albo podać koleżance przez ładę "wyrzuci to pani". Zawsze odpowiadalismy "wyglądamy jak śmietnik??". Btw wielki śmietnik "pasażowy" stał że 2 m od nas.