Pracuję jako hostessa już około 5 lat, spotykałam wielu różnych klientów, ich humorki i nieraz szurnięte zachowania, ale ostatnio jeden chłopak przeszedł samego siebie.
Otóż stoję sobie na akcji promocyjnej, zapraszam owego pana do zakupu, a ten się zaczyna patrzeć na mnie, jakbym stała tam naga. Powiedział, że się tylko patrzy i poszedł dalej. Niestety wrócił po paru minutach, prosił, żebym więcej jednak opowiedziała o promocji, ja mu mówię raz jeszcze, a ten zaczyna wydawać dziwne dźwięki. Pytam się, czy wszystko w porządku, a ten mnie zaczął w pewnym momencie przepraszać i pytać, czy jestem zła. Pytam się o co, a jak się okazało, typ po prostu zrobił sobie dobrze na środku alejki w hipermarkecie i jeszcze bez mrugnięcia okiem przyznał się, że skończył w spodnie... Psychol.
Jedziemy z narzeczonym na zakupy do galerii – potrzeba kupienia nowych spodni dla lubego, przy okazji market i obok zoologiczny, gdzie chcieliśmy kupić dla naszego małego diabła (kota) co nieco.
Jadę „główną” drogą parkingu i chcę skręcić w prawo na drogę „podporządkowaną” na jakieś miejsce parkingowe. Z naprzeciwka kobietka samochodem chce skręcić w tę samą drogę. Ja mam pierwszeństwo, jako że muszę wykonać krótszy manewr, więc kobietka staje, by mnie przepuścić. Wjeżdżamy na tę drogę i patrzymy – jest! Jedno miejsce przy wejściu do galerii. Ja daję kierunek i parkuję sobie tyłem. I tu się zaczyna historia właściwa.
Kobieta z samochodu z naprzeciwka trąbi, podczas gdy ja parkuję. Myślę sobie – niecierpliwa, więc szybko sobie stanę i kobieta przejedzie. Ale nie! Z narzeczonym wysiadamy z samochodu, a ona staje przed naszym samochodem, blokuje ruch na drodze (piątek po 15, samochody zaczynają się do galerii zjeżdżać), wychodzi z samochodu i pyta, czy wiemy, co to jest kultura na drodze. Ja zdębiałam, luby pyta, o co chodzi. To ta zaczyna, że ŁASKAWIE nas przepuściła na drodze (gdzie mieliśmy pierwszeństwo) i zajęliśmy JEJ miejsce, które ona pierwsza ZOBACZYŁA. Mnie się włączyły kurwiki w oczach, luby nie chcąc się kłócić, wymownie ucisza mnie wzrokiem i przeprasza kobietę, by sobie jak najszybciej iść. Ale nie! Kobieta wymaga, byśmy wyjechali i jej miejsca ustąpili. I tu się włączam ja z moim wkurzonym już: „No chyba nie”. Zamykam samochód i chcę już iść do galerii, więc biorę narzeczonego za rączkę, ten mówi do kobietki: „Miłego dnia” (niestety nie odwzajemniła) i idziemy parę kroków dalej.
Na drodze korek, kobieta nie odjeżdża, narzeczony mówi, żebyśmy stanęli, on sobie zapali i popatrzymy, czy nam kobietka ze złości samochodu nie porysuje.
Ludzie z innych samochodów wyszli źli, że korek. Ona opowiada swoją wersję i jeszcze pokazuje nas palcami. My jako spokojni ludzie nic nie odpowiadamy, a niech sobie gada. Ale nie! Znowu do nas zaczęła krzyczeć, że zostawi swój samochód przed naszym na drodze. Na to ja wkurzona zakłóceniem spokoju odpowiadam, że proszę bardzo, ale drożej jej wyjdzie laweta i parking policyjny. Więc kobietka nie wiedząc, co zrobić, ROZKAZUJE nam, by się przedstawić z imienia i nazwiska. Na co mój luby mówi, że nie mamy takiego obowiązku. Znowu kobietka się zacięła, ludzie czekają na rozwój wydarzeń. Nagle mówi, że ładnie na zdjęciach wyszliśmy, na co grzecznie podziękowaliśmy, a kobieta za namową innych kierowców w końcu odjeżdża.
Jednego tylko nie rozumiem. Parking ma cztery piętra i jeszcze dużo innych miejsc na placu. Ja nigdy bym nie pomyślała, by coś takiego zrobić. Nawet gdybym już tyłem zaczęła parkować, a ta kobieta by przodem szybko w to miejsce wjechała, to ja bym się tylko zdenerwowała i pojechała szukać dalej.
Ktoś mi powie, po co to wszystko? Bo ja nie rozumiem.
Będąc na studiach, miałam taką czteroosobową paczkę, prawie jak Atomówki. Kierunek był techniczny, więc było trzy chłopa i ja. Wszyscy byliśmy z daleka, tak że większość czasu wolnego spędzaliśmy razem. Sprawę ułatwiał fakt, że dwóch chłopaków (na potrzeby historii Kamil i Rafał) wynajmowało razem mikroskopijną kawalerkę. Zawsze było gdzie pograć w planszówki, obejrzeć film na laptopie. Jednak to wyznanie poświęcę (powiedzmy) Tomkowi.
Studiowałam z nim razem na roku, szybko wkręcił się do wówczas trzyosobowej paczki. Na początku przymrużaliśmy na większość rzeczy oko. Określaliśmy go jako „chętnie korzystającego z uprzejmości”. Mieszkał w akademiku, więc głównie przesiadywaliśmy w weekendy wieczorem w mieszkaniu Kamila i Rafała lub u mnie, gdy nie było współlokatorek. Normą były zrzutki. Wszyscy finansowo mieliśmy się podobnie, czyli po studencku. Tak że zazwyczaj wysyłaliśmy jedną osobę po dość stałą listę zakupów – kilka piwerek, jakieś przekąski, napoje. Zazwyczaj wychodziła podobna kwota, czyli 10-15 złotych.
Pewnego dnia przyszła kolej na wyprawienie Tomka. Nie było go długo, ale wreszcie wrócił. Zwrotu wyszło mu 20. Niestety paragonu nie zabrał. Olaliśmy sprawę, bo kupił lepsze piwo, Guinnessa. Niestety dwie puszki. Swoją szybko zawinął, jedno zostało, takie współdzielone. Reszta jakieś Harnasie. Dobra. Przełkniemy. Innym razem zamówił pizze. Nas czworo, tak że standardem są trzy duże pizze. Tomuś zainkasował naszą stałą stawkę pizzową (jakieś 20 zł od osoby) i poszedł odebrać naszą zdobycz. Mieszkanie małe, więc jak dostawca rzucił koło 60 dyszek należności, to nawet sąsiad pewnie usłyszał. Okazało się, że nasz król biznesu zamówił pizzę w promocji 3 za 2, o której nie raczył nas poinformować. W ten sposób zjadł na nasz koszt. Czemu nie podzielimy na cztery mniejszej kwoty? Bo zapłacilibyśmy tyle samo i przecież on znalazł tę promocję, a nie my. Trochę coś zgrzytało.
Nasze wspólne studenckie bajlanda zakończyły się bardzo nieprzyjemnie. Tomek z czasem zaczął coraz częściej nocować się u chłopaków. Kamil i Rafał to naprawdę dobre chłopy były, więc jak Tomek mówił, że współlokator nie daje mu spać, a on jutro ma na rano, to drzwi mu nie zamknęli przed nosem. Nasz lisek chytrusek korzystał oczywiście z gościnności pełną parą. Długie prysznice, śniadanka, zimne piwko, gra na konsoli.
Przyszedł czas egzaminów i koniec miesiąca. Dwie zmory. Trzeba się uczyć i brak kasy. Lodówka pusta, pozostały tylko słoiki przywiezione przez mamę Kamila. Miały starczyć na tydzień. Tomeczek zapukał, koledzy w książkach, no i dopiero rano zorientowali się, że z 8 słoików zrobiło się 4. Powiedzieli, że ma odkupić. Nawet marketowe. Nie, nie odkupi. Czemu? Bo dostali za darmo. Czemu on ma płacić? Wywalili go za drzwi, jak stał. Na szczęście ruskie mojej mamy zostały :,)
Chciałem się z Wami podzielić moją fascynacją na punkcie mojej kuzynki... Jest starsza ode mnie o 12 lat i odkąd pamiętam, bardzo mi się podoba. Już jako dzieciak miałem fantazje z nią w roli głównej. Najbardziej jestem zafiksowany na jej stopy... ma je cudowne, małe i smukłe, bardzo zadbane, do tego kuzynka bardzo lubi ubierać rajstopy, co jeszcze bardziej mnie podnieca. Pewnego razu miałem szczęście, żeby być u niej w mieszkaniu samemu, otworzyłem szafę w jej sypialni i obmacywałem jej biustonosze, majtki, no i oczywiście rajstopy... a na koniec zabrałem jedną parę. Wiem, że to złe co robię, ale nic na to nie mogę poradzić, moja fascynacja na jej punkcie pojawiła się jakoś tak sama z siebie...
O tym, dlaczego nigdy nie zrobię pierwszego kroku.
Mój poprzedni związek zaczął się z mojej inicjatywy. Na początku było super, jak w jakimś romkomie. Później niestety wszystko zaczęło się psuć. Zazdrość z mojej strony o jego byłą, okłamywanie mnie co do relacji. Finalnie okazało się, że ta relacja to nasza dwójka i jego była, nawet prezenty dla mnie były robione z myślą o niej. I długa rozkmina, dlaczego to tyle trwało i właściwie po co byliśmy razem. Sam mówił, że bał się, jak zareaguję na odmowę. Ja uważam, że prawdopodobnie była to nuda, jakaś chęć podbudowania własnego ego.
Do zerwania doszło w sylwestra, na szczęście w końcu się to stało, wcześniej niby nie miało to sensu, bo przecież nasz związek był taki jak każdy inny i coś wymyślam.
Od tego wydarzenia minęło już sporo czasu, jestem w końcu w normalnym związku, w którego wejście nie było dla mnie łatwe. Ale wk*rwia mnie to, że po tylu latach nadal nie mogę normalnie się cieszyć, podczas gdy cała planeta świętuje koniec roku. Ta osoba podczas trwania związku wyniszczyła mnie psychicznie. Do dziś żałuję, że ten związek nie zakończył się prędzej. I tak wyszło, że wszystko to przeze mnie i takie tam... W sumie tak, bo gdyby nie ja, to wszystko by się nie zaczęło... Dlatego teraz pierwszy ruch zostawiam drugiej osobie, bo potrafię odpowiedzieć „tak” lub „nie” naprawdę szczere, a nie chcę wplątywać się w kolejne dziwne akcje. Chcę wiedzieć, że komuś też na mnie zależy.
O tym, dlaczego uważam, że nauczyciele powinni przechodzić okresowe badania psychologiczne.
Skończyłam studia, mam dobrą pracę i mieszkam w jednym z większych miast w Polsce. Mam szczęście. Na swojej drodze spotkałam szereg nauczycieli. Sporej ilości z nich po prostu nie pamiętam, ale są też tacy, których nie zapomnę do końca życia.
W gimnazjum miałam nauczyciela, który molestował dziewczyny. Początkiem roku upatrzył sobie kilka nowych dziewczyn i regularnie zaglądał im w biust. Ponieważ była to szkoła w wiejskiej społeczności i znaczna liczb dziewczyn w szkole zrobiłaby wszystko, byle na swoim świadectwie zobaczyć marną tróję, to godziły się na to i jeszcze prowokowały miłego pana. Fizyk dawał lepsze stopnie, jeśli na koniec roku przeczyta się książkę, którą polecił. Do tej pory pamiętam pytania na kartkówce w stylu: „Napisz, jaka książka z okresu dzieciństwa wzruszyła bohatera najbardziej”.
Byłam bardzo dobrą uczennicą. Na pierwszej lekcji z nim, zapoznawaliśmy się z programem nauczania. Dawał nam jasno do zrozumienia, że piątki u nas raczej nie będzie, chyba że trafi mu się w końcu olimpijczyk. Podniosłam rękę do góry, chcąc zadać jakieś głupie pytanie, oczywiście związane z lekcją. Zerknął na mnie i powiedział: „Jeśli twoje pytanie dotyczy lekcji, możesz je zadać, natomiast jeśli chcesz pogadać o seksie, to może później”. Cała klasa wybuchnęła śmiechem. Zerknął na mnie z wyraźną satysfakcją i puścił mi oko.
Wiedziałam, że będę miała przechlapane. Nie myliłam się. Głupie docinki przy całej klasie to była norma. Inni nauczyciele dobrze zdawali sobie sprawę z jego zboczenia, ale nie zwracali specjalnej uwagi. Na technice, którą niestety również mieliśmy z nim, gnębił mnie równie mocno. Pod koniec roku szkolnego, szczęśliwa, że mam czwórkę, chciałam wyjść z sali. Zatrzymał mnie, zmierzył wzrokiem i powiedział, że jak chcę mieć wyższą ocenę, to mogę pojawić się u niego po lekcjach, to mi pomoże. Nie pojawiłam się. Na świadectwie miałam 4.
Kiedy lato dawało o sobie znać, większość uczniów spędzała wolny czas na imprezach organizowanych w jednej ze świetlic w sąsiedniej miejscowości. Co działo się na tych zabawach, jest historią na inne wyznanie. Nie chodziłam tam, raczej nie byłam typem imprezowiczki i wolałam zostać w domu. Nauczyciele oczywiście zdawali sobie sprawę z tego, co dzieje się na dyskotekach, ale nikt nic nie mówił.
Na jednej z ostatnich lekcji fizyk powiedział przy całej klasie, że widział, jak wracałam pijana z tej imprezy i zapytał, czy dobrze się dzisiaj czuję. Nikt nie wierzył, że w tym czasie siedziałam pod kocem w domu i czytałam Harry'ego Pottera.
Dopiero po 4 latach od skończenia szkoły powiedziałam mamie, co się działo – tylko dlatego, że mój brat miał iść do tej samej szkoły.
PS On dalej uczy...
Zmęczona po pracy, udałam się do kiosku, żeby kupić sobie bilet na autobus. Pani w kiosku miała zamknięte okienko, widziałam, że mnie dostrzegła, ale coś tam jeszcze robiła, więc cierpliwie czekałam. Po chwili otwarła okienko, ja mówię, czego chcę, wyciągam drobne i w mojej znużonej głowie pojawił się problem. Otóż „podkładka”, na której kładzie się pieniądze, jest daleko od okienka, i pani z kiosku musiałaby się sporo wychylić, żeby je zgarnąć i jeszcze jest tak zimno... więc położyłam owe pieniądze trochę bliżej niej, zamiast na podkładce, coby pani nie musiała się nie wiadomo jak gimnastykować. Babka zgarnęła drobne i zwróciła się do mnie: „Pieniądze kładzie się TUTAJ” i wskazała palcem na podkładkę. Może tak to teraz nie wygląda, ale powiedziała to dosyć chamsko i wskazując na podkładkę, złośliwie się uśmiechnęła, jakby chciała zaznaczyć, jaka to ja durna nie jestem. Wiem, że podkładka jest po to, żeby na niej pieniądze kłaść, ale wtedy byłam lekko nieprzytomna i zwyczajnie chciałam być uprzejma, w żaden sposób nie utrudniłam jej tym życia. Sama pracuję z ludźmi i zawsze staram się być sympatyczna wobec każdego i nigdy nikomu nie dokuczam, gdy popełni jakąś gafę.
Babka po chwili wyciągnęła rękę z drobnymi i chciała mi je wcisnąć w rękę, na to ja odezwałam się głośno: „Pieniądze kładzie się tutaj”, wskazując przy tym na podkładkę i uśmiechając się również złośliwie. Babeczkę zamurowało.
Poszłam sobie i w duchu triumfowałam. Nie była to nie wiadomo jaka riposta, ale w końcu po blisko 20 latach przebywania na tej ziemi, w nareszcie udało mi się napyskować komuś starszemu ode mnie! Zawsze byłam uprzejma, słuchałam z uwagą i traktowałam z szacunkiem każdego, ale tak często spotykałam się ze zwykłym chamstwem, że ostatnio obiecałam sobie, że jeżeli ktoś mi sprawi przykrość, to odpowiem tym samym. Nie chcę być więcej „posłuszna” i zaciskać zęby, przemilczając, gdy ktoś starszy ode mnie będzie próbował sprawić mi przykrość czy będzie nieuprzejmy. Trzeba walczyć o swoje. Gdy starałam się być ponad takie sytuacje i nie zaprzątać sobie głowy „pierdołami”, to potem miałam wyrzuty sumienia, że czasem jednak trzeba trochę odpyskować. No i się udało, jestem z siebie dumna.
Nie znoszę ludzi, którzy kościół przekładają nade wszystko. Nawet nie wiarę, bo z wiarą to nie ma nic wspólnego. Nikogo w mym domu nie obchodzi, czy mam następnego dnia ważny egzamin, czy to ósma rano w nowy rok, a ja poszłam spać o szóstej. Nieważne, że źle się czuję czy po prostu nie chcę. I tu nie chodzi o tę standardową mszę raz w niedzielę, nie. Wszystkie drogi krzyżowe, różańce, roraty. W wielkim poście msza o ósmej rano, potem gorzkie żale o siedemnastej. I bez protestów, zamknij się, jesteś chrześcijanką i masz chodzić. Jeszcze jedno słowo i oberwiesz. Skoro musisz się uczyć, nie wyjdziesz z domu przez tydzień, podczas kiedy my będziemy jeździć sobie po sklepach, ale w kościele masz być, to przecież najważniejsze.
Mój starszy brat przestał chodzić do kościoła, jak tylko skończył dwadzieścia lat, wyprowadził się i znalazł sobie pracę. Dalej jest zmuszany co jakiś czas, ale jego to już nie obchodzi; jest odważny, dorosły. Nie ma powodów się bać. Rodzice nie mają pojęcia, dlaczego on jest taką porażką wychowawczą. Co zrobili nie tak, że on nie wierzy. Obwiniają jego towarzystwo, charakter, wszystko – a nawet nie pomyślą o najprostszym. O tym, że sami są winni.
Mam siedemnaście lat. Nie mam nic do chrześcijan, to wszystko ich wybór. Nie czuję nienawiści do samej instytucji kościoła, nie przeszkadzają mi bardzo wierzący znajomi, którzy bywają w kościele nawet częściej niż ja. Problem w tym, że oni robią to z własnej woli. Rodzice myślą, że tu zostanę, skończę jakieś kiepskie studia na regionalnej uczelni i będę z nimi mieszkać przez cały czas. Niestety, wiem, że kiedy tylko mi się uda, ucieknę jak najdalej, żeby móc w końcu decydować o własnych przekonaniach. Wiem, że prawdopodobnie zrezygnuję z kościoła. Bywanie w nim kojarzy mi się wyłącznie z czymś, czego nienawidzę, ze zmuszaniem, z krzykami i wiecznym narzekaniem na brata. Nie czuję żadnego przywiązania. Dokładnie tak wychowaliście mnie w duchu katolickim, pieprzeni hipokryci.
W gimnazjum miałem bardzo dobrego kolegę, z którym to siedziałem zawsze w ławce. Na którejś lekcji mieliśmy coś tam o drzewach genealogicznych i mieliśmy przygotować nasze własne, rodzinne. W dniu oddawania prac każdy chwali się swoim, jeden komentuje pracę drugiego, standard. I tak patrzymy z Grzegorzem, że nasze drzewa w pewnym miejscu zaczynają się pokrywać. W ten sposób dowiedziałem się, że najlepszy kolega z klasy jest moim kuzynem.
Moja mama ma raka płuc. Paliła od czasów szkoły (sama wspominała, jak się dostawało kluczami przez plecy, jak nauczyciel złapał w kiblu na paleniu). No dobrze, ale dlaczego w takim razie jestem bezduszny? Bo nie czuję się zaskoczony. Owszem, jest mi smutno, ale mam taką myśl mocną „no kto by się spodziewał, że paląc całe życie, dostanie się raka płuc?”.
Tak, wiem, że raka można dostać nawet nie paląc, ale zawsze śmieszy mnie, że mówi się o „babci Krysi, która pali, pije i żyje 100 lat”, a nie mówi się o tych wszystkich ludziach w szpitalach.
Dodaj anonimowe wyznanie