#QoTr7

Jestem biegaczem, często biorę udział w imprezach biegowych, traktuję to jako pasję. Jednak moja wytrzymałość szybkościowa (sprinterska) jest na gorszym poziomie od długodystansowej, dlatego staram się nad nią pracować. Przed treningami czytam różne cytaty, inspiruję się różnymi motywatorami i rozpisuję własną mowę motywacyjną. Włączam dyktafon w telefonie i na początek mówię spokojnym tonem coś typu „uspokój swojego ducha, rozluźnij się”, potem zaczynam coraz głośniej i szybciej wymawiać przygotowane cytaty. Całe nagrywanie trwa niedługo, puszczam je zaraz przed biegiem w słuchawkach, zamiast muzyki. Pod koniec mojego sprintu, kiedy już nie daję rady, pomaga mi mój własny wrzask, przekleństwa i rady, żebym się nie poddawał. Nagrania później usuwam.
Ot, takie moje anonimowe.

#OaETc

Kiedy miałem 13 lat, uwielbiałem grać w Counter-Strike'a.
Siedziałem w domu, akurat trenowałem do turnieju mojej ulubionej gry. Matka powiedziała, że muszę iść do sklepu po mleko, ponieważ przychodzi do niej moja ciotka na kawę. Mówiłem, że pójdę za 20 minut, akurat tyle trwa czas jednej planszy w CS-a. Moja matka pod pretekstem wyłączenia korków w całym domu i wywaleniu routera od Internetu zmusiła mnie, bym poszedł do sklepu natychmiast. Wkurzony oczywiście wyruszyłem, jednak za daleko nie zawędrowałem.
Kiedy się wkurwiam albo stresuję, mam manię puszczania bąków. Ten jednak odmienił los mojego wyjścia.
Wkurwiony na maksa przeszedłem 100 metrów i poczułem, jak w jelitach zaczyna kręcić się jadowity balon gazowy, który nalega, by wypuścić go pomiędzy pośladkami i zderzyć go ze ścianą moich bokserek. Wypuściłem tego gazowego giganta, ale nie wyszedł sam. Jak to się mówi, dupa mnie oszukała i za ścianą metanowego kolosa skrył się jeszcze wodospad ciekłego gówna. Oczywiście nie byłem w stanie zatrzymać tej powodzi, gdyż jak wcześniej mówiłem, dupa oszukała. Zasrałem całe gacie i pół prawej nogawki. Wróciłem jak najszybciej do domu, by nikt nie widział mojego gównianego doświadczenia. Nieuchwycony przez matkę wzrokiem wbiegłem do łazienki, chciałem jak najszybciej wyczyścić odzież z fekaliów, no i dokończyć, co zacząłem. Matka załapała, że wróciłem i pytała się, czy już kupiłem mleko, burknąłem tylko do niej wkurwiony na całego: „Nie! Bo gówno!”. Myślała, że drażnię się z nią i oczywiście zaczęliśmy drzeć koty przez drzwi od kibla.
Niespodziewanie przyszła moja ciotka i akurat gdy weszła i zrobiło się idealnie cicho, wydarłem się na cały regulator: „Nie kupiłem cholernego mleka, bo zesrałem się w gacie!”.
Mina mojej ciotki, która do dziś drze ze mnie łacha o zasrane gacie, to twarz, której wolałbym już nie ujrzeć.

#1fpy2

Mam 25 lat i dwoje starszego rodzeństwa. Każde z nas ma własne rodziny i mieszkanie. Od zawsze byłam blisko mojej mamy, która od początku wmawiała mi, że jak starsze rodzeństwo już się ustatkuje, to ja zostanę z rodzicami i zaopiekuję się nimi na starość. Prawdę mówiąc, czułam się jak zwierzę prowadzone na rzeź. Kocham rodziców, ale nigdy nie przewidywali, że mogłabym znaleźć sobie chociażby chłopaka. Do tego mama zawsze była pracowita, nie potrafiła usiedzieć w miejscu. Zawsze miała kilka rzeczy do zrobienia, ale nigdy nie pozwalała sobie pomóc. W wyniku przepracowania nabawiła się bardzo wcześnie kilku poważnych i bolesnych chorób, oczywiście oskarżając wszystkich wokół, twierdząc: „wszystko muszę robić sama, nikt mi w tym domu nie pomaga”.

Od zawsze słyszałam od mamy, że jest poważnie chora i umiera. Jako małe kilkuletnie dziecko nic z tego nie rozumiałam, bo przecież była w domu, a nie w szpitalu. Płakałam każdego dnia i każdej nocy. Jak tylko ktoś znajomy zachorował albo coś ją zabolało, od razu słyszałam, że ma raka albo jakieś inne choróbsko. Starsze rodzeństwo albo nie reagowało w taki sam sposób, albo się z tym kryli. Do teraz pamiętam ten strach związany z niby „chorobą” mamy i tym, że niedługo jej nie będzie i zostanę sama z ojcem, z którym miałam zawsze słaby kontakt. Mama oczywiście chorowała, ale nigdy na nic zagrażającego jej życiu.

Nieoczekiwanie (przynajmniej dla mojej mamy) się zaręczyłam, w zeszłym roku wzięliśmy ślub, a w tym roku urodziłam dziecko. No i tu pojawia się problem. Mojej mamie zdiagnozowano guz mózgu. Niedługo będzie poddana leczeniu. A ja NIC. Żadnego strachu, bólu ani gniewu. Mam mętlik w głowie. Już sama nie wiem, czy jestem złą córką, czy może przez te litry wylanych w dzieciństwie łez jestem bardziej zahartowana. Albo sama do końca w to nie wierzę. Wiem, że jak przyjdą cięższe dni i będę musiała jeździć do mamy do szpitala, to wrócą łzy i bezsenne noce. Ale teraz siedzę i myślę tylko o tym, co ze mną nie tak i kiedy stałam się taka gruboskórna.

#XcQG6

Jechałam tramwajem, jak zwykle spóźniona, gdy nagle z tyłu w oknie zobaczyłam ostatnią deskę ratunku – tramwaj o numerze osiem, o korzystniejszym przebiegu trasy.
W zasadzie wystarczyło tylko wysiąść na najbliższym przystanku i zgrabnie przesiąść się do tramwaju za nami.
Do startu, gotowi, start! Jak dzika kuna pognałam w stronę obiektu pożądania.
Co mogło pójść nie tak?
Będąc już w środku, zauważyłam, że z nami znowu jedzie ósemka...

Okazało się, że przesiadłam się z przedniego do tylnego wagonu tego samego tramwaju...

#IGhIJ

Córkę rodziłam w zeszłym roku w jednym z dolnośląskich szpitali – nie polecam tego miejsca.

Wszystko zaczęło się chwilę przed północą, kiedy to wody mi odeszły, w drodze do szpitala dostałam skurczy. Dojechaliśmy na SOR i tam podczas badań pielęgniarki były wyjątkowo niemiłe. Dopiero gdy zwróciłam uwagę ginekolog, że ona to w przeciwieństwie do reszty personelu pomimo późnej godziny nadal jest przyjemna dla pacjentów, one zmieniły zachowanie.

Koszmar trwał 11h z kawałkiem. Bez znieczulenia, bo źle mi założyli pas od skurczów i wykazywało, że ich prawie nie mam. Jak prosiłam o znieczulenie, to usłyszałam: „Pani, skurczy prawie nie ma, nie powinno boleć”. Jasne, człowiek zwija się z bólu, nie może mówić, ale co tam, wcale nie boli. Poród przebiegał bardzo powoli, w końcu córka się zaklinowała, nie dała rady już i ja też opadałam z sił. Tętno jej zaczęło spadać do 60, później przy każdym parciu oscylowało między 40 a 60 (norma to 110-150). Położna czy lekarz – nie wiem, kazała rodzić dalej. Zebrał się cały personel z ordynatorem na czele. Obrócili mnie tyłem i tak gapiąc się na mój tyłek, debatowali, czy robić cesarkę, czy nie. W końcu tętno utrzymywało się przy 40 i stwierdzili, że już ani ja nie dam rady, ani ona. Wzięli mnie na stół, pokroili i na szczęście córkę uratowali.
Po porodzie dochodziłam do siebie 2 miesiące. Pierwsze doby nie byłam w stanie ustać pod prysznicem przez cale mycie. Mył mnie mąż – przez około 2 tyg., bo nie byłam w stanie sama tego zrobić. Ponad miesiąc leżałam tylko i wstawałam do WC. Córkę przewijałam obok siebie na łóżku. Szkoda, że nikt nie powiedział nam ani w pracy, ani w szpitalu, że jest coś takiego jak L4 na żonę po porodzie (również dla par niebędących w małżeństwie). Bardzo przydałaby mi się jego pomoc przez cały dzień, a nie tylko jak wrócił z pracy.

Ogólnie mówiąc, po porodzie czułam się, jakby ktoś mnie wskrzesił i zapomniał uzdrowić. Znajomi mówili, że wyglądałam jak ledwo żywa. Zazdroszczę kobietom, które na drugi dzień normalnie śmigały po oddziale. Każdy organizm jest inny, inaczej znosi ból i w innym czasie dochodzi do siebie. Jednak z tego co było widać w szpitalu, położne/pielęgniarki o tym zapominały i nie raz słyszałam, podczas mojego krótkiego pobytu tam, że powinnam już dawno chodzić sama i wyprostowana, nie mówiąc już o tym, że powinnam normalnie nosić dziecko na rękach.

Przykre.

#td1Jm

Nie znoszę chodzić do kościoła. Pochodzę z katolickiej rodziny. Rodzice jak i dalsza rodzina nie mają problemu z uczęszczaniem. Zdarza mi się modlić, ale robię to na swój własny sposób. Nie jest to również związane z wszystkimi aferami, o których się tyle mówi. Można w końcu trafić na księdza z powołania, z którym da się porozmawiać.
Problem leży gdzieś indziej. W dzieciństwie, gdy rodzice prowadzali nas do kościoła, to przed wyjściem ojciec zawsze przygotowywał pas lub kabel, na wypadek gdybyśmy się źle zachowywali w kościele. 
Jestem teraz dorosłą kobietą, ale do tej pory pamiętam, jak nieraz po powrocie obrywaliśmy od ojca tak, że zwijaliśmy się na podłodze z bólu i płaczu. Trwało to przez jakiś czas, gdy byliśmy dziećmi.
Obecnie chodzę do kościoła praktycznie tylko od święta lub gdy jest jakaś uroczystość rodzinna. Wiem, że moja niechęć to następstwo tego, co się działo w dzieciństwie, ale obecnie nawet nie chce mi się z tym walczyć.
A co w tym najgorsze... Rodzice, jak nie chcę iść do kościoła, to od razu zaczynają swoje wywody, że co mi nie pasuje, że cała rodzina chodzi, a ja staję okoniem. Na stwierdzenie, że trzeba było częściej w dzieciństwie pasem bić, twierdzą oboje, że nic takiego nie pamiętają. Kocham ich, niejeden raz udowodnili przez te wszystkie lata, że mogę na nich polegać, ale co się stało, to się nie odstanie, a w pamięci pozostało.

#d3p1j

Jestem ministrantem i służę w kościele, zazwyczaj w godzinach 10:30 lub12:00, kiedy świeci najbardziej słońce. Nie lubię robić większości rzeczy, ale jest jedna rzecz, która mi sprawia frajdę.

Zawsze gdy ludzie podchodzą do komunii, chodzę z pateną (to złote coś, co ministranci trzymają, żeby hostia nie spadła) i specjalnie ustawiam się w takim miejscu, żeby móc świecić ludziom po oczach.
Sprawia mi to niezwykłą frajdę, a zwłaszcza lubię, gdy mrużąc oczy, robią dziwne miny do księdza :)

#oPdYO

Zawsze byłem muzykalny, jednak moja nieśmiałość nie pozwalała mi robić tego, co chcę. W domu, gdy mi się nudziło, pisałem piosenki – gorsze, lepsze, ale coś tam wychodziło.

Pewnego dnia, gdy dziewczyna, która mi się podobała, powiedziała, żebym sobie darował, bo nic z tego nie wyjdzie, byłem w rozpaczy i miałem wenę. Napisałem naprawdę bardzo dobrą piosenkę, miała sens i się rymowała. Aż sam siebie zadziwiłem, że takie coś udało mi się stworzyć, postanowiłem się nią pochwalić i wysłałem do jednej z bardziej znanych osób, która miała już znane piosenki i dość często leciały w radio. Jednak żadnej odpowiedzi nie dostałem – nie byłem tym wielce zdziwiony.

Około 4 miesiące po mojej wiadomości ta osoba wypuściła nową piosenkę, Z MOIMI SŁOWAMI, tylko muzykę sama stworzyła. Chciałem zareagować, ale zablokowała mnie na Facebooku, a jak powiedziałem o tym zaufanej osobie, to wyśmiała mnie, co ja sobie wymyślam.
Piosenka ma już parę milionów wyświetleń, a ja nadal nie wiem, co robić.
Dodaj anonimowe wyznanie