Myśleliście kiedyś, że jesteście złymi sąsiadami? Ja pewnie jestem gorszym, bo na jednej z imprez w mojej kawalerce kolega wyrzucił na balkon sąsiadów... sztuczną waginę. Była obrzydliwa, oślizgła, lepiąca się i wściekle różowa. Dalej nie mogę im spojrzeć w oczy, jak ich mijam, bo absolutnie nigdy nie przyznam się, że pozwoliłam na taki wybryk.
PS Leżała tam dwa tygodnie.
Podobają mi się tylko starzy faceci. Nigdy nie miałam chłopaka-rówieśnika, nigdy na takich nie zwracałam uwagi w sposób, w który robiły to moje koleżanki. Zawsze widziałam i widzę w nich mojego brata. Katowanego przez ojca alkoholika, nałogowego palacza i choleryka. Brata, którego mimo tego, że jest starszy ode mnie o kilka lat, całe dzieciństwo przed tyranem broniłam ja. Mojego braciszka. Na widok takich chłopaczków po prostu uruchamia mi się jakiś instynkt kreowany przez lata. Chcę podświadomie im pomagać, a nie tworzyć związki romantyczne. W dojrzałych mężczyznach widzę natomiast pewien spokój. Tę stabilność, której nigdy nie zaznałam. Wzór faceta, którego ojciec znęcający się psychicznie nad całą rodziną mi nie dał. Ani nie dali dziadkowie, bo szybko zmarli. Ani nie dali wujkowe, bo wszyscy są podobnymi ziółkami do ojca. Nie dał nikt. Jak umawiam się z takim mężczyzną czy jestem z nim w związku, to czuję, że ktoś w końcu mnie słucha. Ktoś daje mi wolność, ktoś rozumie. A nie, tak jak ojciec, ciągle krzyczy mi w twarz, że nie mam nawet prawa do własnego zdania.
Chciałabym mieć odwagę powiedzieć o tym ludziom z mojego środowiska. Nie wiem czemu, ale bardzo się tego boję. Niedawno nawet wpadłam w oko znajomemu z roku, ale na propozycję randki usłyszał ode mnie, że wolę dziewczyny. Spanikowałam. Ale ludzie chyba prędzej zaakceptują to niż młodą dziewczynę w ramionach 50-latka.
Chciałabym po prostu być normalna i jak wszystkie dziewczyny na luzie rozmawiać o swoich drugich połówkach, a nie kryć się z miłością, bo ktoś jeszcze stwierdzi, że jestem jakąś utrzymanką.
Pochwalę się, w jaki sposób wyhodowałam otyłość, a nuż komuś pomoże?
W gimnazjum wstydziłam się jeść drugiego śniadania na szkolnym korytarzu. Jakoś tak peszyła mnie obecność osób ze starszych klas gimnazjum i liceum (szkoła łączona). Teraz wydaje mi się to głupie, ale wtedy? Dramat. Wyciągnąć kanapkę i zjeść przy tak dużej grupie ludzi, chociaż wściekle burczało mi w brzuchu? A w życiu. Co zabawne, ani w podstawówce, ani w liceum takiego problemu już nie miałam – tak że nie była to raczej fobia jedzenia publicznie. Nie pomagało też moje towarzystwo. Miałam kilka koleżanek i wszystkie były szczuplutkie (ja zawsze byłam tłuściejsza, ale tragedii nie było). Zwłaszcza jedna chełpiła się, że prawie wcale nie je. Była z tego cholernie dumna, a ja się czułam gorzej. No bo jak to tak – miałabym przy niej zjeść bułkę, kiedy tamta była dumna ze swojej całodniowej głodówki? A w życiu. Dlatego jadłam w domu na zapas, żeby nie zgłodnieć w szkole. Na śniadanie miska płatków śniadaniowych z prawie połowy paczki? Kanapki z dwóch bułek + parówka z majonezem przed wyjściem? A jak! Idiotyczne, wiem, ale wtedy nie miałam pojęcia na temat odżywiania czy składników odżywczych, a kalorie? Wiedziałam, że istnieją i dobre rzeczy mają ich dużo.
Jak wracałam ze szkoły, byłam strasznie głodna, często do tego stopnia, że aż bolała mnie głowa. Ja już nie jadłam, ja wręcz żarłam jak wściekła – taka porcja obiadowa, jaką jadał tata, batonik na deser, kanapka itd., bo nie mogłam się najeść. I bęc! +25 do wagi, które ciążą mi do dziś. ;)
Teraz, próbując już na poważnie ogarnąć swój sposób odżywiania (Hashimoto pozdrawia), widzę, jaką krzywdę zrobiłam swojemu organizmowi i nie dziwię się, że tarczyca się zbuntowała. Powolutku zmieniam dietę i patrzę, jak powolutku wagi ubywa. W najgorszym okresie obżarstwa miałam II stopień otyłości, a teraz mam „tylko” nadwagę i staram się dalej.
Pewnie kojarzycie tak zwane biedronki azjatyckie, które chodzą po murach i pchają się do mieszkań? Są wstrętną podróbką prawdziwych, przyjaznych biedroneczek. Gryzą i zakładają w domach gromady. I tak próbowały zrobić i u mnie w pokoju.
Mimo że mam moskitiery, jakimś cudem te brzydactwa sukcesywnie właziły mi przez okno. Zaczęłam je zabijać, a potem zbierać. A to tak z ciekawości, licząc, ile ich jest. Nazbierałam ich kilkanaście i wrzuciłam do butelki po wodzie, która stała na biurku. Karma za chęć zabijania jednak powróciła do mnie bardzo szybko, bo podczas pracy, nie patrząc, wzięłam szybki haust wody z tej oto butelki. Dopiero gdy coś zaswędziało mnie w gardle, zorientowałam się, co jest grane. Poczułam ich strukturę i zapach.
Tak szybkiego „zwrotu” nie zaliczyłam nawet na najlepszych imprezach i od tej pory już się nie znęcam – zabijam od razu!
Moja historia będzie taka, jaką niewielu lubi. Czyli bez happy endu i z morałem. Przeczytajcie jednak, może komuś się otworzą oczy, nim będzie za późno.
Miałem dziewczynę. Poznałem ją parę lat temu, zakochałem się znacznie wcześniej, niż miałem odwagę jej to wyznać. Dość wysoka, ale i tak niższa ode mnie akurat na tyle, że gdy stała przede mną, mogłem pocałować ją w czoło. Drobnej budowy, ale gdy trzeba było, zaskakująco silna, o uśmiechu i ognikach w oczach, które powodowały, że od razu i ja się uśmiechałem. Miała pasje, które rozwijała i była w nich naprawdę dobra. „Zeszliśmy się”, gdy zaczynałem trzeci rok studiów, ona pierwszy. Dla nas obojga była to wielka radość, spędzaliśmy ze sobą dużo czasu. Troszczyła się o mnie, ale nie jak matka, tylko jak dziewczyna właśnie. Gdy mogła, pomagała mi przy projektach, bo chociaż zbyt wielkiego pojęcia o tym nie miała (ona medycyna, ja informatyka), to była na tyle inteligentna, że dawała mi dobre pomysły.
Sielanka trwała rok. Gdy zaczynaliśmy kolejny rok akademicki, ona przeniosła się dosłowni na drugi koniec Polski. Wynikało to z tego, że dostała się na studia stacjonarne, wcześniej była na niestacjonarnych. Nie przyjęli jej w naszym rodzinnym mieście, najbliższe było 400 km od domu. Obiecaliśmy sobie, że będziemy się widywać co tydzień, dzwonić co parę dni. Ja w tym czasie oprócz studiowania pracowałem.
Jak być może się domyślacie, niezbyt długo udało mi się dotrzymać obietnicę. Wracałem wykończony z pracy wieczorem, nie miałem siły się przygotowywać nawet na zajęcia, ani tym bardziej myśleć o niej. W weekendy coraz częściej spędzałem czas z kumplami, zamiast z nią (nie zabraniała mi się z nimi spotykać, nic z tych rzeczy), rozmowy też stawały się krótsze. Nie zauważałem, że ją tracę, ważniejsze było dla mnie zarabianie pieniędzy. Mówiłem sobie, że to na przyszłość, na nasz wspólny dom. Gdy ona zwracała mi uwagę na to, że się od siebie oddalamy, denerwowałem się, kilka razy wręcz ją wyzywałem. Pamiętam do dziś ten wielki smutek w jej oczach, wówczas nie obchodziło mnie to. Nie potrafiła na mnie nakrzyczeć, a logiczne argumenty nie docierały do mnie.
Aż pewnego dnia, gdy się spotkaliśmy na parę godzin (ona więcej spędziła na jechaniu do mnie, teraz dopiero to widzę) powiedziała, że nie może tak żyć i kończy ten związek i znajomość, bo sprawia jej znacznie więcej bólu niż radości. Najpierw oniemiałem, potem znów ją obraziłem, a na koniec myślą było „teraz mam więcej czasu na pracę”. Tak, na pracę, która przestała mieć dla mnie sens poza zdobyciem kwalifikacji.
Panowie i panie, uważajcie na swoje drugie połówki. Być może właśnie teraz pracujecie na to, żeby je stracić, nie widząc tego. A tak wyjątkowych ludzi, z jakimi jesteście, możecie już nigdy więcej nie spotkać.
Od roku mieszkam w dużym mieście na zachodzie Polski, ale do tego czasu wychowywałam, uczyłam się i pracowałam w małej miejscowości, gdzie cztery lata temu wzięłam ślub – i o nim ta historia.
Mam kuzynkę, która od zawsze była wobec mnie złośliwa, ale gdy dowiedziała się o ślubie, z niewiadomych dla mnie przyczyn sądziła, że będzie jedną z moich druhen. Ja jednak na druhnę wybrałam moja młodszą siostrę i najlepszą przyjaciółkę. Siostra ostrzegała mnie, że kuzynka coś odwali – i miała rację.
Moi rodzice mieszkali dosłownie pięć minut od kościoła, dlatego szykowałam się do ostatniej chwili, kiedy goście zaczęli już zbierać się w kościele. W domu ja, siostra i moja przyjaciółka, gdy nagle do siostry przyszła wiadomość i zdjęcie, jak Aśka w białej, długiej sukience wchodzi do kościoła... Ja w płacz – to nie była sukienka z białymi dodatkami czy np. do kolan, ja miałam skromniejszą sukienkę ślubną. Mamy wychodzić, a tu takie coś... Wtedy moja kochana siostrzyczka wpadła na pomysł, abym ja ubrała sukienkę niebieską. Była piękna, ale na ślub? W końcu mnie przekonała, a ona i przyjaciółka przebrały się w białe sukienki.
Powiem tak: zdjęcia wyszły pięknie, a mina kuzynki warta wszystkiego :)
Parę tygodni temu zamówiłam mamie prezent na Dzień Matki. Odkładałam na niego kilka miesięcy, bo nie pracuję. Dałam mamie prezent, a jedyne co usłyszałam, to że kupiłam jej taki prezent, bo chciałam zabłysnąć przed rodziną... A ja po prostu chciałam jej zrobić przyjemność, bo wiem, że się nie dogadujemy, ale ja ją bardzo kocham.
Moja najlepsza przyjaciółka, taka od przedszkola, odcięła się ode mnie i od wszystkich naszych wspólnych znajomych, bo dostała w pracy awans i uważa, że nie dosięgamy do jej poziomu.
Jest kierowniczką sali w jakiejś sieciowej odzieżówce.
Kierowniczką...
To wyznanie zmieni Twoje spojrzenie na gołębie.
Mam psa, dziś rano jak co dzień udałam się z nim na spacer. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że stanę się świadkiem niecodziennego wydarzenia. Miłą przechadzkę przerwał nam bowiem przykry widok martwego gołębia. W międzyczasie, gdy rozmyślałam nad kruchością naszego żywota, do tego trupa podszedł żywy przedstawiciel jego gatunku. Zrobiło mi się podwójnie przykro, gdy zobaczyłam, jak biedny ptak przygląda się martwemu gołębiowi, a raczej jak się później okazało – gołębicy... I wiecie co? Ów gołąb zaczął namiętnie posuwać zwłoki, które de facto rozkładały się na trawniku już od kilku dni... Na szczęście mój pies po chwili odgonił tego chorego napaleńca.
Będąc w jednym ze sklepów odzieżowych, zapłaciłam gotówką za ubranie i jedna z pań, która miała mi wydać fakturę, poprosiła mnie o dane, a druga pani, która mnie obsługiwała, nie wydała mi reszty, i to nie takiej małej sumki. Nie zorientowałam się, dopóki ze dwie godziny późnej nie przeliczyłam gotówki i nic mi się nie zgadzało, brakowało mi pieniędzy. Robiłam zakupy w innym sklepie, ale płaciłam tylko kartą, więc wróciłam do tego pierwszego. Obie panie tłumaczyły, że w kasie im się wszystko zgadza, poprosiłam o to, by sprawdziły sytuację na kamerkach. Od razu dziwnie zaczęły się zachowywać i widać było, że były zdenerwowane, lecz nagrań mi nie pokazały.
Nie wiem, co zrobić, bo pieniądze zapewne nie trafiły do kasy, tylko pod ladę.
Dodaj anonimowe wyznanie