Już jako dziecko stałam się nieufna wobec żebrzących.
Miałam z 10 lat, szłam z mamą ulicą. Stał tam pan o kulach, który mocno się trząsł, był powykręcany, ogólnie obraz nędzy i rozpaczy. Wyciągnęłam z małej kieszonki moje jedyne 2 zł i wrzuciłam panu do kubeczka.
I w sumie zapomniałabym o tym, gdyby nie to, że następnego dnia spotkałam tego pana w sklepie.
Bez kul. Wyprostowanego. Całkiem normalnie się zachowującego. Kupującego papierosy.
Chyba moje 2 zł go uleczyło.
Gdy byłam w podstawówce, moja starsza siostra (chcąc zająć mi czas i pokazać coś fajnego) podpytała koleżankę o strony dla dzieci. Takie typowe z grami dla dzieciaków, kolorowanki, zakreślanie słów itp. Była też gra, w której trzeba było dokończyć związek frazeologiczny. Lubiłam tę grę, a siostra często mi pomagała, nie zawsze poprawnie...
Na lekcji polskiego, bodajże w 3 klasie, mieliśmy właśnie o związkach, powiedzonkach itd. Chcąc zabłysnąć, napisałam pewne powiedzenie na karteczce i podałam koleżance. Jej śmiech rozniósł się po klasie, co nie uszło uwadze pani. Zabrała karteczkę, ja byłam już czerwona ze wstydu. Ku mojemu zaskoczeniu, pani nic nie powiedziała.
Dopiero po jakichś dwóch latach od tego zdarzenia dowiedziałam się, że ową karteczkę dyrektorka pokazała mojemu tacie, kiedy mnie któregoś dnia odbierał ze szkoły. Dzisiaj za każdym razem, gdy jest mowa o „Gdzie kucharek sześć...”, cała rodzina czeka, aż dokończę słowami „Tam cycków dwanaście”. Na siostrę jednak zawsze można liczyć. :)
Chciałabym poruszyć temat, który od pewnego czasu mnie niepokoi, a z osobistych względów ostatnio stał się dla mnie dość ważny. Być może moje poglądy nie spodobają się wielu osobom, ale trudno. Chodzi o aborcję.
Jestem osobą, która zawsze stara się znaleźć złoty środek i tak było także tutaj. Niezwykle drażnią mnie teksty typu „wpadliśmy, ale nie chcemy być rodzicami, kosztowało nas to sporo stresu, ale udało się usunąć, a jakże cudownie byłoby zrobić to ot tak, bez problemu”. No kurczę, nie do końca. Jeśli ktoś świadomie decyduje się na seks, ZAWSZE musi brać pod uwagę, że ciąża może się zdarzyć. To jest branie odpowiedzialności za swoje czyny. Mówią „moje ciało, moja sprawa”, otóż nie do końca. Wtedy to nie jest już tylko twoja sprawa. Jeśli ktoś naprawdę nie ma warunków, jest mnóstwo ludzi, którzy chcą mieć dzieci, a nie mogą. Wtedy da się szansę temu małemu człowiekowi, swojemu dziecku.
Żeby była jasność – nie jestem katoliczką i zawziętą obrończynią życia. Uważam, że w przypadku wystąpienia poważnych wad u płodu rodzice powinni mieć prawo do decyzji. Ale okrutne wydaje mi się podejście na zasadzie „a, zaszłam se w kolejną nieplanowaną ciążę, no nic, umówię się na zabieg na czwartek, będzie po wszystkim”.
To wszystko boli mnie bardziej, bo sama zaszłam kiedyś w nieplanowaną ciążę. Miałam dużo szczęścia, bo pokochałam swoje dziecko praktycznie od momentu, gdy tylko zobaczyłam je na USG. Zaraz powiecie, że nie każdy ma tyle szczęścia. Może nie, ale jeśli kobieta panicznie boi się ciąży czy macierzyństwa, może to potraktować jako fobię i pójść z tym do psychiatry. Może. Ale trzeba chcieć. Trudno chcieć, jeśli każdy przekonuje ją, że w takiej sytuacji najlepiej jest pozbyć się problemu. Gdy ktoś ma fobię społeczną, zalecane jest leczenie, a nie zamknięcie się na cały świat, prawda?
Na koniec, zdaję sobie sprawę, że zaleje mnie fala krytyki po tym wyznaniu, ale moim celem było jedynie przekazanie swoich myśli i być może zwrócenie uwagi na to, że nie wszystko jest czarne albo białe.
Z moim kolegą znamy się od trzeciej klasy szkoły podstawowej, czyli już jakieś 10 lat. Nigdy nie byliśmy tak blisko, by naszą relację nazwać przyjaźnią, ot zwykły kolega, z którym można się było czasem pośmiać. No właśnie, było.
Wszystko zmieniło się, od kiedy poszliśmy do szkoły średniej (ja liceum, on technikum). Prawie od samego początku zaczął mnie podrywać, zapraszać na wypady do kina, do miasta, na spacery, na noce filmowe do niego do domu (!), na jego siedemnastych urodzinach byłam jedynym gościem, w wiadomościach na fb często zwracał się do mnie określeniami „kotek”, „księżniczka”, „skarbie”. Kilka razy zwróciłam mu nawet uwagę, że mi się to nie podoba (tym bardziej że jego matka upatrzyła mnie sobie na swoją synową, Boże uchowaj mnie od tej kobiety). Czasem nie zwracałam uwagi na jego wiadomości, bo już nie miałam do niego siły. Nie miałabym w sumie nic przeciwko rozmowom z nim, gdyby nie jeden mały problem: my nie mamy żadnych wspólnych tematów. Rozmowa kręci się tylko dlatego, że ja coś opowiadam, a z jego strony nie ma co liczyć na coś więcej niż słuchanie mnie i komentarze w stylu „och”, „aha” i tym podobne. Kiedy milknę, rozmowa się urywa. Warto też dodać, że o ile na fb wykazuje się niebywałą odwagą, tak w rzeczywistości jest kompletną ciapą, żeby nie użyć brzydszego określenia. W każdym razie w ciągu tych lat kilka razy mówiłam mu, że nigdy nie będziemy razem. Nie dotarło. Nadal mnie zapraszał i często składał dwuznaczne propozycje. Pewnie zastanawiacie się, dlaczego po prostu nie zerwałam z nim kontaktu. Otóż mieszkamy na tej samej wsi, chodzimy do tej samej szkoły, jeździmy tym samym busem o tej samej godzinie, w dodatku ja na przystanek chodzę pieszo, a on jedzie rowerem i zawsze zatrzymuje się obok mnie, więc nawet nie mam jak go unikać (busy chodzą tak, że gdybym jechała następnym, spóźniałabym się na lekcje).
Na studniówce tańczył ze mną poloneza, jednak nie był moim studniówkowym partnerem. Piszę to dlatego, że wczoraj napisał do mnie, że po studniówce dużo myślał i musimy porozmawiać o przyszłości. Już się boję... Słodki Merlinie, miej mnie w swojej opiece ;_;
Zalogowałam się na Tinderze. Pierwsze „matche” posypały się szybko i zaczęła się kaskada znajomości... tych normalniejszych i tych, dyplomatycznie rzecz ujmując, specyficznych. W tym wyznaniu jednak chciałam skupić się na mojej pierwszej „randce” z Tindera. Miało to miejsce dłuższy czas temu, ale dopiero niedawno dotarło do mnie, że to stało się naprawdę i że chcę się tym podzielić.
Pisanina się kleiła przez kilka dni, więc wymieniliśmy się numerami telefonu. W trakcie rozmowy wydał się lekko specyficzny, ale zrzuciłam to na nerwy. Zaproponował spotkanie, ja zaproponowałam czas i miejsce – samo południe w dość chętnie uczęszczanym przez spacerowiczów parku. Za ten wybór do dziś jestem sobie wdzięczna.
Zjawiam się o wyznaczonej porze, podchodzi do mnie facet, wyglądający na grubo ponad 30 lat... W profilu miał 24, ale stwierdziłam, że co mi tam... jak już przyszłam, to chociaż pogadam. Spytałam o wiek, on kurtuazyjnie odpowiedział: „Wiesz, piwko i papierosy robią swoje, hy, hy”. To był pierwszy raz, kiedy mój mózg dał mi jasny sygnał „UCIEKAJ!”. Zignorowałam jednak mózg, zaczęliśmy spacerować.
Rozmowa szła całkiem normalnie, do momentu, kiedy nagle zaproponował, że puści mi „świetną nutkę”. Nie wiem, czy kojarzycie „Demonologię”, ale jeśli nie, to tylko w skrócie powiem, że teksty dość obrazowo przedstawiają zjawiska takie jak nekrofilia, kanibalizm i gwałty. Kwestia gustu, co się komu podoba, ale dość odważny wybór repertuaru na pierwszą randkę.
Odsłuchałam, lekko mnie zatkało. Popatrzył na mnie z powagą, po czym zaczął się śmiać jak rasowy psychopata. Spoważniał. Po chwili patrząc mi w oczy, spytał: „Masz ochotę na s3ks? Bo ja bardzo”. Dopiero wtedy komunikat „UCIEKAJ!” dotarł, gdzie powinien. Wydukałam tylko: „Źle trafiłeś. Idę w drugą stronę, a jak będziesz za mną szedł, to zacznę krzyczeć”. Jak powiedziałam, tak zrobiłam. Na szczęście iść za mną nie miał odwagi. Wydzwaniał i wypisywał do mnie jeszcze przez kilka tygodni z różnych numerów, aż w końcu odpuścił.
Po tej przygodzie przekonałam się, że gaz pieprzowy to jednak nie fanaberia, a uraz do spotkań z ludźmi poznanymi przez Internet miałam przez kilka miesięcy.
PS Macie jakieś straszne/śmieszne przygody z Tindera albo przemyślenia na temat tej apki? Chętnie poczytam. Myślę, że nie tylko ja ;)
Mój brat ma na imię Mikołaj i jakoś tak się złożyło, że zawsze był jedynym Mikołajem na osiedlu, w przedszkolu, w podstawówce. Jak jeszcze był w przedszkolu, dzieci się z niego śmiały, że ma na imię tak, jak Święty Mikołaj (dla dzieci żart, że boki zrywać).
Jako starsza siostra postanowiłam z niego zażartować i powiedziałam, że to nie jest w ogóle śmieszne, bo on kiedyś faktycznie zostanie Świętym Mikołajem, taką przyszłość wybrali dla niego rodzice, stąd jego imię.
Młody oczywiście to łyknął jak pelikan i aż do wczesnych klas podstawówki wmawiał wszystkim, że kiedyś będzie Świętym Mikołajem i będzie przynosić innym prezenty, a jak będą dla niego niemili, to nic nie dostaną. Nieźle się dzięki temu ustawił, za to jak w końcu dowiedział się, że Święty Mikołaj nie istnieje, to serce pękło mu podwójnie <\3
Pracuję w kameralnym salonie kosmetycznym w centrum miasta. Często klientki wpadają do nas podczas przerwy na lunch, żeby zrobić sobie wąsik lub wyregulować brwi. Mamy też kilka stałych bywalczyń. Jedną z nich jest pani Kasia, elegancka kobietka przed trzydziestką, mówiła, że pracuje w banku. Od jakichś kilku miesięcy pani Kasia regularnie raz w tygodniu przychodzi na zabieg oczyszczania cery i przedłużania z zagęszczeniem rzęs. Od razu się nasuwa, że kobieta bardzo zadbana. I może jej współpracownicy czy postronni przechodnie się zgodzą. Jednakże pani Kasia ma pewien sekret, o którym wie ona, ja i dowiecie się Wy.
Żeby zaoszczędzić czas w tygodniu i dobrze wyglądać, pani Kasia nie zmywa makijażu. Chwaliła się, że w poniedziałek rano zrobi full – podkład, konturowanie, brwi, cienie, rzęsy, usta – i tak tylko po pracy zmyje chusteczką mokrą szminkę, w nocy prześpi się na plecach i rano tylko poprawi odbity tusz, trochę cieni i pudru doda, jak trzeba, to korektora gdzie trzeba, coś na usta i tak do piątku. Podczas kąpieli bardzo uważa, żeby nie zmoczyć twarzy. W piątek przychodzi do nas, a tam ja zakasuję rękawy i dosłownie zdrapuję zaschnięty korektor spod oczu, mieszankę naskórka, pudru, rozświetlacza, fluidu i brązera i odmaczam skorupę tuszu do rzęs. Ogólnie demakijaż klientki statystycznie zajmuje mi 3-6 minut. W przypadku pani Kasi to kwestia 15-20, bo kosmetyki wgryzają się naprawdę mocno w skórę, a muszę to zrobić bardzo dokładnie przed zabiegiem. Po zdjęciu tapety twarz pani Kasi wygląda jak taki tani, szary papier toaletowy – przez wysuszenie, zmatowienie i zarazki. Rzęsy sztuczne i naturalne po pięciu dniach z tuszem zaczynają na nowo odpadać. Musimy je uzupełniać niemalże co tydzień.
Tłumaczyłam już pani Kasi, jaki to ma wpływ na jej zdrowie i urodę, ale jak grochem o ścianę...
Dzisiaj w kościele dosiadła się do mnie taka mała dziewczynka (ok. 3 klasa podstawówki). Zaczęła się Ewangelia. Kiedy panowała grobowa cisza, znienacka usłyszałam jakąś muzykę (klubowy remix), włączoną na full, gdzieś obok mnie. Okazało się, że to tej dziewczynce zadzwonił telefon, a ona jak głupia stała i udawała, że to dzwonek kogoś innego.
W tym momencie wszystkie oczy zwróciły się na mnie (+50 do upokorzenia), nie wspominając już o zabójczych spojrzeniach starszych pań i proboszcza. Stałam jak wryta, czerwieniąc się z zażenowania i złości, bo przecież małe dziecko na pewno nie ma telefoniku, tylko jakaś porypana studentka, i na dodatek go nie wycisza.
Nieźle to rozegrałaś, mała...
Podoba mi się współlokator, niestety z pewnych powodów nie ma szans na happy end. Wiem o tym i nie rozpaczam z tego powodu, traktuję to jako chwilowe zauroczenie i nawet nie chcę niczego próbować, choć pociąga mnie jak nikt nigdy... Zwłaszcza jego zapach.
Kiedy wchodzę do łazienki, wącham jego ręcznik, na przykład siedząc na tronie. Z kolei kiedy wychodzi na zajęcia, a ja akurat nie pracuję, kładę się w jego łóżku i zanurzam twarz w pościeli, rozkoszując się wonią niepranej od miesięcy kołdry, po czym układam wszystko tak, jak było na podstawie wcześniej zrobionego zdjęcia.
Boję się co prawda przyłapania, ale ta cała adrenalina jeszcze bardziej uświetnia moje doznania.
Ot, anonimowa psycholka.
Gdy głośno śpiewam, moja kotka przychodzi i wsadza mi swój pyszczek do ust.
Dodaj anonimowe wyznanie