Gdy miałam ok. 12-13 lat byłam świadkiem czegoś, czego nikomu z Was nie życzę. Nakryłam moją babcie podczas... próby samobójstwa. Moją babcię, która gdy byłam mała zawsze była dla mnie oporą, wsparciem, spokojną oazą, przy której mogłam się wyciszyć. Zmieniła się. Przyczyn nie chciałabym ujawniać, gdyż są zbyt prywatne. Nadal mam ten obraz przed oczami. Ją, z opaską na szyi. Ja krzycząca, wołająca ciocię.
Przez kilka dni byłam w mocnym szoku. Nie umiałam na nią spojrzeć. Zawsze gdy wchodziła do pokoju spuszczałam wzrok.
Sytuacja się z czasem wyprostowała. Na chwilę obecną jest już dobrze. Z babcią nigdy nie rozmawiałam na ten temat, jedynie jej córki. O tym incydencie wiem tylko ja, ciocia i moja mama.
Pewnie powiecie, że powinna zasięgnąć porady psychologa, niestety nie tak łatwo nakłonić człowieka na wizytę, zwłaszcza z takim charakterem jak ona. Natomiast po dziś dzień żyję w strachu, że to może się powtórzyć. W domu zdarza mi się po kryjomu śledzić babcię, czy nie robi jakichś głupot. Nie ufam jej. Jednak kocham nad życie.
Chciałam właśnie podziękować Anonimowym za uratowanie mi domu, zdrowia, a nawet życia.
Zostawiłam olej na palniku dosłownie na sekundę, a ten zajął się ogniem. Przypomniałam sobie wyznanie o tym, jak gasić olej, gdy się zapali (nie dawać pod strumień wody, a przykryć mokrą szmatką, by odciąć dopływ tlenu).
Dziękuję, Anonimowe, za to wyznanie!
Uważajcie na siebie.
Kiedy byłam mała, myślałam, że powiedzenie "w mordę jeża" wzięło się stąd, że był kiedyś święty Wmordejerz, którego wzywa się w różnych beznadziejnych sytuacjach, żeby pomógł.
Z błędu wyprowadziła mnie katechetka, kiedy podczas lekcji o świętych, spytałam kim był święty Wmordejerz.
Kilka (kilkanaście?) lat temu, za czasów pięknej podstawówki byłyśmy z siostrą bardzo zaangażowane w życie naszej parafii. Do tego stopnia, że gdy zmarł nasz proboszcz - naprawdę cudowny człowiek - ustawiłyśmy na komputerze wspaniałą tapetę, dzieło godne najlepszych mistrzów painta: czarne tło, biało-czarna fotografia proboszcza i cudownie jaskrawy zielony podpis: Odszedł Pasterz od nas...
Do dziś podziwiam rodziców, że tego nie skomentowali.
Zdarzyło się Wam kiedyś ślizgać w kabinie prysznicowej? Tak więc ja tydzień temu się tak poślizgnąłem. Wybiłem dwie szyby w kabinie, kawałki szkła weszły mi w pośladek i udo oraz złamałem nogę. Żeby dojechać do szpitala musiałem zadzwonić po rodziców. Usiąść nie mogłem, bo miałem szkło w pośladku. Tak więc mina ludzi widzących mnie wypinającego swoją dupę w oknie – bezcenna.
PS. Pozdrawiam Pana doktora, który szył mi dupę. Bardzo miły facet
Jestem już dawno dorosła, jednak nie posiadam piersi. Jestem kompletną deską i mam chyba jakiś niedorozwój określany nazwą piersi bulwiaste. Miałam kilku chłopaków, każdy z nich, gdy zdjęłam stanik pytał "co to jest", albo komentował jeszcze gorzej.
Nie akceptuję siebie i nigdy nie zaakceptuję, to nie są cycki, tylko jakiś dziwnokształtny wytwór.
Piszę to, ponieważ kobiety często narzekają, że chciałyby mieć większe piersi, a wiecie, co jest najważniejsze? Kształt i jędrność, a nie rozmiar.
Ja, posiadaczka mikroskopijnych bulw, wam to mówię :)
Ja i moja siostra naczytałyśmy się różnych wyznań o bliźniaczkach, które zamieniały się miejscami, żeby zdobyć lepsze oceny i we wrześniu postanowiłyśmy tego spróbować. Akurat idealnie się złożyło - kiedy ja miałam polski, ona miała matematykę. Od tamtej pory zamieniałyśmy się w łazience.
Wszystko pięknie, aż tu nagle w styczniu siostra zaczęła protestować. Nagle zaczęło jej to przeszkadzać. Mówiła, że się boi, bo mogą nas przyłapać itd. W kwietniu moja polonistka wkurzyła się na klasę i oświadczyła, że zrobi sprawdzian ze wszystkich lektur, a pytania ułoży sama.
Ja, spanikowana, lecę do siostry. Mówię jej, co się dzieje i przypominam, że ona ma w tym czasie kartkówkę z matmy. W końcu siostra się zgadza i następnego dnia pisze za mnie sprawdzian, a ja jej kartkówkę.
Po dzwonku nauczyciel od matematyki poprosił, żebym została po lekcji, a kiedy już zostaliśmy sami spytał, czy podobała mi się "nasza" randka.
W ten sposób dowiedziałam się, że siostra sypia z nauczycielem.
Mam 26 lat, fajną pracę i jestem w szczęśliwym związku. Ale jednak gdzieś w życiu się coś poplątało. Wczoraj, będąc z chłopakiem i jego znajomymi w centrum na piwie, spotkałam koleżankę z liceum, która wyskoczyła ze swoimi koleżankami na piwo. I od wczoraj nie mogę przestać płakać, bo uświadomiłam sobie, że ja tak naprawdę nie mam z kim wyjść nawet na takie piwo czy zadzwonić i tak o pogadać o dniu codziennym.
Nie mam ani jednej koleżanki, o przyjaciółkach nie wspominając. I boję się tego, że któregoś dnia, mój chłopak postanowi poruszyć temat ślubu, a ja... nawet nie będę miała kogo poprosić o zostanie starszą... Ewidentnie coś poszło bardzo nie tak.
Przepraszam, ale musiałam się uzewnętrznić.
Niejedna osoba zna ten scenariusz:
Rodzice wychodzą z domu, a dziecko zostaje w domu samo. Wie, że rodziców nie będzie parę godzin. Wpada na pewien pomysł, bo chce, by rodzicom było miło, byli zadowoleni, dziecko te chwalili, komplementowali, przytulali, kochali. Chce być takim dobrym i odpowiedzialnym, dorosłym synem/córką. Postanawia więc trochę w tym domu posprzątać.
Zaczyna więc od swojego pokoju, w którym układa wszystko na swoje miejsce, by było ładnie i schludnie. Później zabiera się za inne pomieszczenia. Myje podłogi na błysk, z których można potem wręcz zjeść. Odkurza, by z dywanów także szło konsumować. W całym domu układa rzeczy, by wyglądało ładnie. Jak starczy czasu, to nawet kurze pościera, ale zdecydowanie najpierw zmyje naczynia. Jeżeli jest zwierzak, to i nim się zająć, wyczesać czy się pobawić. Robi nawet małe czynności jak nalanie wody do konewki, otwiera okna, by się przewietrzyło, psika w mieszkaniu odświeżaczem powietrza. Stara się, nawet jeśli nie wychodzi. Rezultaty muszą zadowalać, a gdy już tak jest, dziecko czmycha do siebie.
Z niecierpliwością siada takie zadowolone, że zdążyło zrobić co zaplanowało i pozostało teraz czekać, kiedy rodzice przyjdą, docenią, pochwalą.
Rodzice się zjawiają i gaszą zadowolenie dziecka, narzekając, że ciągle tylko siedzi i nic nie robi. Że jest takie nieprzykładne i beznadziejne. Że nigdy nie pomoże, a jak to zrobi, to raz na rok... Dziecko staje się smutne, ale myśli, że jak będzie robić tak częściej lub więcej - mama w końcu przytuli do piersi i pogłaska po główce...
Od zawsze staram się przypodobać w szczególności mamie. Staram się jej jakoś pomagać wypełniać domowe obowiązki. Nigdy mnie za to nie pochwaliła. Nigdy nie podziękowała mi za bezinteresowną pomoc. Prawie nigdy nie zauważyła, że ktoś zrobił coś za nią i z czymś ją odciążył. Nigdy nie była ze mnie zadowolona, ba - ciągle mówiła, że ją zawodzę.
Mam 19 lat i ciągle pod nieobecność rodziców robię coś dla nich. Czy to przygotowanie do obiadu, czy to umycie właśnie mieszkania, albo jakaś kawa, herbata...
Nigdy mi nie powiedzieli, że mnie kochają.
Cała rodzina mnie nienawidzi, bo nie zamierzam robić hucznego wesela... W ogóle go nie będzie. Idziemy do urzędu, załatwiamy co trzeba i do widzenia.
Cóż... Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko to, że jestem introwertykiem, a mój narzeczony nienawidzi nawet małych przyjęć i nie zamierzamy się męczyć, by reszta rodziny była szczęśliwa.
Dodaj anonimowe wyznanie