#kVOJK

Gdy byłam dzieckiem, bardzo bałam się, że zatkam toaletę i woda wyleje się na podłogę. Zwłaszcza przy robieniu kupy. I tak po zrzuceniu balastu, papier brudny po wytarciu pupy wyrzucałam za kibelek. Regularnie.

Niestety po jakimś czasie zaprzestałam tej praktyki, bo zwoje obsranego papieru znalazła mama. Nie przyznałam się i powiedziałam, że to pewnie babcia.
Chyba nie uwierzyła.

#0ZJU4

Jak byłam w czwartej klasie podstawówki, to bardzo stresowały mnie kartkówki z historii. Zawsze było mnóstwo pytań i mało czasu, i bałam się, że zwyczajnie nie zdążę na wszystko odpowiedzieć, bo nie potrafiłam szybko pisać. Pamiętam, że ze stresu napinałam wszystkie mięśnie i zakładałam nogę na nogę, czasami lekko nimi o siebie ocierając. I tak po paru minutach dostawałam orgazmu.

Jako że mam już dwadzieścia parę lat, to będąc dzieciakiem nie wiedziałam za bardzo co to jest orgazm (bo nie miałam takiego dostępu do internetu, jak teraz mają dzieciaki), dlatego mój mały, lekko dziwny umysł ubzdurał sobie, że ta "fala rozluźnienia" jest wybuchem geniuszu i oznacza to, że nachodzi mnie właśnie fala olśnienia. Nie wiem, czy ktoś zrozumie o co mi chodzi. W sumie sama tego do końca nie ogarniam. Ale działało jak placebo! Wiedziałam, że jestem geniuszem, bo dostałam "fali olśnienia" i pisałam kartkówki na 5+.
Tak że tego...

#8sHNZ

Jako gówniarz popijałem w domu alkohol, z puszki, taki najtańszy. Incognito oczywiście, żeby się czasem rodzicielka nie dowiedziała. Miałem nawet patent na otworzenie puszki, taki, żeby nikt nic nie słyszał.
Zakładałem wtedy słuchawki na uszy, ustawiałem pokrętło głośności na maksymalny poziom i dopiero wtedy zabierałem się do roboty.

Do dziś nie jestem w stanie pojąć tamtej mojej logiki.

#EI2Vb

Gdy byłam brzdącem, 4-5 lat, bawiłam się ziarnami kukurydzy i do dzisiaj nie wiem jak, ale włożyłam sobie jedno do nosa. Mama próbowała jakoś temu zaradzić, ale wyciągnąć się nie dało, a wydmuchanie w chusteczkę też nie wchodziło w grę, bo cholera głęboko weszła. Więc co dalej? Zostawimy, poczekamy, może samo wyjdzie.

I tak dzięki odpowiednim warunkom i wilgotności z mojego malutkiego noska wyszedł zielony zarodek kukurydzy.
No cóż... przynajmniej tym razem udało się go wyciągnąć :D

#MjRgT

Czasem kiedy potrzebuję atencji, mam zły dzień i czuję się do dupy, podłączam sobie tablet graficzny do komputera, wchodzę na kurnik i gram w kalambury.

Czuję niezwykłą satysfakcję widząc, że moje rysunki są lepsze od innych i już nie czuję się jak gruba buła z parą lewych dłoni.

#2j7KQ

Kocham Indie i moim największym marzeniem zawsze była podróż do tego kraju. Czytałem sporo książek o Indiach, a nawet nauczyłem się trochę języka... W końcu - stało się. Kupiłem bilet, wsiadłem w samolot i ruszyłem na poszukiwanie przygody. Podróż minęła mi dobrze, chociaż całą drogę bałem się, żeby gdzieś przypadkiem nie zaginął mi bagaż (słyszałem, że przewoźnicy często miewają takie wpadki). Na szczęście nic takiego się nie stało.

Na lotnisku w Delhi czekał na mnie mój serdeczny przyjaciel Abhi - Hindus, którego poznałem, gdy ten był w Polsce na wymianie studenckiej. Złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy do domu mojego gospodarza. Abhi chciał zapłacić za kurs, ale kategorycznie mu tego zabroniłem.
Zapytałem taksówkarza, ile się należy. Ten podał cenę równą ok. 30 polskich złotych. Szybko odliczyłem hajs i chciałem mu go wręczyć, lecz wtedy do akcji wszedł Abhi.

Okazało się, że ceny są tam znacznie niższe i taryfiarz usiłował mnie oszukać. Mój przyjaciel nawrzeszczał na niego, wyzywając od cwaniaków, naciągaczy i kutasiarzy, którzy sprawiają, że turyści wyrabiają sobie złą opinię o Hindusach. Na koniec burcząc, rzucił taksówkarzowi połowę odliczonej kwoty i dosłownie wyciągnął mnie z pojazdu, na odchodnym rzucając kierowcy kwiecistą wiązankę na temat złego prowadzenia się jego matki.
Kiedy zrozpaczony patrzyłem, jak taksówka znikała gdzieś na linii horyzontu, Abhi przyjacielsko klepnął mnie w plecy pytając:

- No i jak ci minęła podróż, stary druhu?
- Dobrze - odrzekłem zgodnie z prawdą. - Aż do momentu, kiedy przegoniłeś w trzy diabły taksówkę z całym moim dobytkiem w bagażniku...

#kI1gf

Kilka lat temu zostałam wraz z mężem zaproszona na wesele. Teściowa zgodziła się zaopiekować naszym 4-miesięcznym wówczas synkiem.

Bawiliśmy się świetnie, ale koło godziny 20.00 zaczęło doskwierać mi nieprzyjemne uczucie przepełnienia w piersiach - karmiące mamy wiedzą, o czym mówię. Uwiadomiłam sobie, że laktator został w domu, czyli jakieś 150 km od miejsca imprezy, musiałam więc poradzić sobie ręcznie. Zamknięta (tak przynajmniej wtedy mi się wydawało) w kabinie przystąpiłam do "dojenia". A że cały proces był bardzo powolny, wpadłam na genialny pomysł. Postanowiłam własnoustnie wyssać pokarm z piersi.
Gdy byłam w trakcie, do kabiny wparowała 8-9-letnia dziewczynka.

Mam nadzieję, że widok dorosłej kobiety nagiej od pasa w górę, trzymającej własną pierś w ustach, nie zostawił trwałego śladu w psychice tego dziecka.

#09ZA8

Jakiś czas temu przygarnęłam psa ze schroniska. Pieseł chyba był nietrafionym prezentem pod choinkę, albo właściciele uświadomili sobie, że wyrośnie z niego sporych rozmiarów pieseł, bo pozbyli się go nadzwyczaj szybko, zostawiając go w transporterze pod bramą schroniska.

Archimedes jest czekoladowej maści labradorem, ale nie było przy nim nic, oprócz jego miski i smyczy, ciężko więc powiedzieć jakich miał przodków i gdzie został kupiony. Jak to pies ze schroniska.

Kilka dni później, kiedy zostaliśmy już najlepszymi kumplami ever, zrobiłam piękną fotę i wrzuciłam na Twarzoksiążkę.

Kiedy mój telefon oznajmił, że mam kilkanaście nowych komentarzy, byłam zachwycona. Dopóki nie zaczęłam czytać. Oto kilka z nich:

- adoptuj, nie kupuj!
- pewnie z pseudohodowli!
- tyle niekochanych psów czeka w schroniskach, a ty kupujesz!
- a papiery masz?!

Lawina hejtu, jaka się na mnie posypała, była ogromna. Zarzucono mnie linkami dot. kwestii prawnej, związków hodowców, kar itp.
Zabolało, zwłaszcza że byli to moi prywatni znajomi, a przy tym nikt tak naprawdę nie interesował się tym, skąd go mam. Zainteresowanie wzbudził tylko "rasowy" wygląd Archimedesa.

Odczekałam jeszcze trochę, po czym wrzuciłam w komentarz zdjęcie dokumentu z pieczątką schroniska, które dostałam (od schroniskowego weterynarza). A potem znacznie zredukowałam sobie listę znajomych.

Kampanie społeczne to dobra rzecz, ale cieszę się, że Archimedes jednak nie umie czytać, bo jak nic wpadłaby psina w kompleksy :D

#50Ko3

Siedem lat temu miałam bardzo pechowy rok - najpierw wypadek samochodowy i kalectwo, potem zostałam napadnięta trzy razy (dwa razy w nocy i raz za dnia). Pod koniec roku prawie doszło do włamania - włamywacze byli już w ogrodzie, ale zdążyłam zadzwonić po policję (a to wcale nie było takie łatwe, bo jeszcze wtedy mieliśmy telefon stacjonarny na parterze, a ja byłam nieogarniętym dzieckiem i kaleką, mającą swój pokój na piętrze). Włamywacze zdążyli zabić nam psa, ale zostali schwytani.
Od tamtej pory nie wychodzę z domu (mam nauczanie indywidualne).
Nawet psycholog przychodzi do domu i od siedmiu lat leczy mnie z traumy, której nie mam. Prawda jest taka, że siedzenie w domu jest po prostu wygodne i nagle wszyscy zrobili się mili - rodzice, którzy wcześniej traktowali mnie jak powietrze, nagle poświęcają mi czas, patologiczna siostrzyczka nagle obsypuje prezentami, przyjaciele nagle mili. Nagle każdy mnie kocha i życzy "wyleczenia traumy", chociaż wcześniej byłam niechcianym dzieckiem do bicia.
Dodaj anonimowe wyznanie