#Jw8vU

Nic tak nie wk*rwia człowieka, jak odwieczne pytania pań kasjerek (pracujących w sklepie z zielonym zwierzęciem w logo) "MOGĘ BYĆ WINNA GROSIKA?".

Razu pewnego poszłam właśnie do tego sklepu, cała wku*wiona (nieistotne czemu), podchodzę do kasy, babsztyl kasuje mi zakupy i pada standardowe pytanie. Nie wiem, co mi odpieprzyło, ale powiedziałam NIE. Chciałam tego głupiego grosza. Babę kompletnie zamurowało, po czym zaczęła na mnie najeżdżać, że co ja sobie myślę. Rzucała też wyzwiskami w moją stronę. Koniec końców grosza nie dostałam, ale nie odchodźcie, tu rozkręca się cała historia...

Postanowiłam, że się zemszczę. Dzień i noc przekopywałam dom w poszukiwaniu monet jednogroszowych. Gdy uzbierałam ich pokaźną ilość, poszłam do wcześniej wspomnianego sklepu, chwyciłam za produkt kosztujący dokładnie 9,99 zł i popędziłam do kasy. Oczywiście standardowo pani kasuje i gdy przychodzi do płacenia, kładę na ladę banknot 200-złotowy. Baba przewróciła oczami i pyta: "A DROBNIEJ NIE BĘDZIE?". Tylko na to czekałam. Schowałam banknot, a wyciągnęłam wór jednogroszówek.
Skłamałam, że nie mam pojęcia ile tam jest pieniędzy, chociaż wiedziałam doskonale. W worku znajdowało się dokładnie 9,98 zł, o jeden grosz mniej niż cena produktu, który zamierzałam kupić. I gdy kasjerka skończyła liczyć, a nim zdążyła się odezwać, zapytałam: "MOGĘ BYĆ WINNA GROSIKA?".

Nie mogłam.

#BXbPS

Trochę o dzieciństwie, można powiedzieć przesuniętym o jakieś 20 lat do przodu.

Moje dzieciństwo nie wyglądało kolorowo. Ot, zwykły dzieciak, chcący więcej od życia niż rodzice, którzy wiecznie się kłócili, wszystko mieli gdzieś, było skrajne ubóstwo, każde wakacje w domu.

W trakcie studiów pracowałem sobie w jednej firmie, gdzie miałem zarobki na poziomie poniżej jakiegokolwiek poziomu, bez umowy, praca niewdzięczna. Myślałem, że w sumie chyba to u mnie rodzinne i taki mój los, że po prostu będę takim popychlem egzystującym od pierwszego do pierwszego.

Przyszedł jednak dzień opamiętania, gdy zmieniłem pracę i uwierzyłem w siebie. Obecnie nie brakuje mi można powiedzieć nic, a życie dopiero zaczynam. I nie mówię tu wcale o pieniądzach.

Służbowo czasami podróżuję. Uwierzcie mi, widok gościa przed trzydziestką, który chodzi po lotnisku z uśmiechem od ucha do ucha, który przyklejony razem z jakimiś dziećmi do szyby obserwuje samoloty, był pewnie co najmniej zabawny.
Pierwszy raz w życiu byłem w tym roku na wakacjach nad morzem. Pierwszy raz byłem także w górach. Po powrocie znad morza było mi trochę smutno, bo nie potrafiłem pływać. Nie było na to kasy w dzieciństwie oczywiście - poza tym po co pływać, tylu ludzi się topi. Zapisałem się na kurs pływania dla dorosłych i uczę się wytrwale. Niesamowite emocje towarzyszyły mi w momencie, gdy zacząłem unosić się na wodzie, gdy skoczyłem z trampoliny. Postanowiłem odwiedzić jakiś park wodny. Kurcze, taka frajda na zjeżdżalniach, a w kolejkach chętnych zwykle stoją dzieci... Lubię też wsiąść sobie w polskiego Darta i zajechać do stolicy, pozwiedzać i wieczorem pójść na mecz reprezentacji.

Dlatego mówię o opóźnionym dzieciństwie, bo wiem, że dla większości ludzi wakacje, pływanie czy kolejka górska to w sumie nie nowość. Dla mnie każdemu takiemu małemu wydarzeniu towarzyszy przeogromne przeżycie i można powiedzieć traktuję to jako niezapomniane chwile. Małe rzeczy i pozornie zwyczajne, a sprawiają, że jestem bardzo uradowany. Moje plany zakładają jeszcze grę na gitarze, jazdę na łyżwach i jakiś może koncert. Wiem jedno - jeśli będę miał dzieci, to chciałbym, by nie ominęły ich radości i nie zachowywały się jak ja - stary chłop wypuszczony z jaskini na podbój świata...

#k4XH6

Wydałem ciężko zaoszczędzone 1000 zł na nowy telefon. Kolejnego dnia musiałem wydać 800 zł. Dlaczego? Już tłumaczę: podczas przeglądania internetu telefon spadł mi na ryj, krusząc mi zęba (300 zł) i pękła w nim szybka (500 zł - nowe modele tak mają).

Krótko rzecz ujmując, do następnej wypłaty na kolację, obiad i śniadanie będę miał tynk ze ścian i lakier z paneli.

#yGdYX

Wychowałam się w raczej biednym domu. Nie było może najgorzej, bo do garnka było co włożyć, ale mimo to rodzice zawsze musieli pożyczać pieniądze przed wypłatą. Z tego względu oczywiście zawsze kupowaliśmy najtańsze jedzenie, ubrania w sklepach z używaną odzieżą (albo nosiło się po rodzeństwie). Oczywiście nie mam tego za złe moim rodzicom, bo wiem, że pracowali na pełnych obrotach, żeby było co jeść i co na siebie włożyć, ale musiałam o tym wspomnieć, bo jest to ważne dla wyznania.

Od jakiegoś czasu pracuję i mam już swoje pieniądze, mieszkam dalej z rodzicami, dokładam się do rachunków i jedzenia, ale sporo pieniędzy jeszcze mi zostaje. Mimo to nie umiem ich wydać. Za każdym razem jak chcę kupić sobie coś droższego, to mam wyrzuty sumienia i nie potrafię tego kupić, czy to ma być droższy ciuch z markowego sklepu, czy nawet droższe o złotówkę mleko w sklepie. Dla was to może mały problem, ale czasami przechodzę przez miasto, zobaczę coś, co mi się podoba i wiem, że stać mnie spokojnie, żeby to kupić, a mimo to nie umiem, bo czuję, że nie powinno się tyle wydawać na np. zwykłe spodnie, bo przecież w lumpeksie kupię za o wiele niższą cenę. A jak chcę kupić coś, co nie jest ani jedzeniem, ani ubraniem, to jest jeszcze gorzej, na przykład taka ramka na zdjęcie, w ogóle nie kupię, bo czuję, że to nie jest potrzebne do codziennego funkcjonowania, więc po co wydawać pieniądze na coś zbędnego. Oczywiście nieraz próbowałam się przełamać i kupić coś droższego, ale kończyło się to tym, że po nocach nawet czasami nie mogłam spać z powodu wyrzutów sumienia.

Wiecie co jest jeszcze ciekawsze?
Że moja siostra wychowana w takim samych warunkach jest zakupoholiczką, już kilka dni po wypłacie nie ma pieniędzy, bo wydaje na jakieś bzdety, których nie potrzebuje, mamy na przykład dzięki niej w domu jakieś 50 kubków, po co komu tyle nie wiadomo, ale siostra kupuje, bo mówi, że ładne.
Szczerze: nie wiem, kto ma gorzej, ja czy ona.

#Z9bnI

Prowadzę podwójne życie. Czasem, co kilka tygodni, mam ochotę uciec od swojego normalnego życia i stać się wulgarną suką, nawet jeśli to tylko w internecie. Wchodzę na jakiś czat erotyczny, zakładając sobie prowokacyjny nick, i czekam. Nigdy nie muszę czekać dłużej niż parę minut, zawsze znajdzie się tabun chętnych facetów.
Wiecie, co to jest cyberseks? Niby nic wielkiego, zwykłe rozpisywanie ról, opis fabuły, dialogi, jakby się pisało scenariusz kiepskiego pornola. Jestem w tym wszystkim anonimowa i zupełnie bezpieczna, nie muszę przejmować się, że ten ktoś po drugiej stronie kabla kiedyś mnie namierzy.
A role, w jakie się wcielam? Bardzo różne. Czasem mniej perwersyjne, czasem bardziej. Byłam wierną żoną/narzeczoną/dziewczyną w romantycznych fabułach. Byłam puszczalską siostrą/córką/ciotką/matką z wątkami kazirodztwa. Byłam więźniarką, nauczycielką, pielęgniarką, policjantką, asystentką prezesa. Znajomą, nieznajomą, przyjaciółką i wrogiem. Czasami pytam "partnera" na co ma ochotę i spełniam jego zachcianki, jak prostytutka. Czuję się po wszystkim brudna, bez wartości, zeszmacona, ale jest mi z tym dobrze.

Najciekawsza rzecz?

Jestem mężczyzną. Przedsiębiorcą, ojcem i mężem, który po prostu czasami udaje kobietę. Nie mieliście nigdy fantazji, jak by to było mieć przeciwną płeć? Ja tak mam i od kilku lat co jakiś czas wcielam się w różne role, by sobie to lepiej wyobrazić, zanurzam się na godzinę, dwie w ten świat, uważam to za swoje hobby.
Nie jestem gejem. W realu mam przeciętne upodobania i zainteresowania. Lubię zwykły seks z kobietą, kręcą mnie sportowe bryki, luksusowe zegarki, oglądam mecze z kumplami. Gdyby któryś z nich dowiedział się o mojej skrytej stronie, nie zostawiliby na mnie pewnie suchej nitki. No ale cóż, skąd mogę mieć pewność, czy aby już z którymś z nich nie "pisałam"? Może już znam Twoje najskrytsze fantazje? Nigdy nie wiesz...

#i04T2

Byłam na domówce, organizowanej przez kolegę mojego męża z pracy. Domówka taka raczej z gruntu "rodzinnych" - a więc ludzie z dziećmi przyszli. My z mężem przychówku jeszcze nie mamy (mam za to 22 lata młodszego braciszka, którym większość jego życia się zajmowałam).
Nawiasem mówiąc, trochę nie rozumiem targania dzieci na imprezę, gdzie dudni muzyka, wszyscy piją i palą, a z niepilnowanej flaszki taki spuszczony z oka dwulatek zdrowo sobie golnąć może... ale to tylko moje zdanie. Przyjmuję też do wiadomości fakt, że dziecka nie ma z kim akurat zostawić... z tym, że dalej tego nie rozumiem.
Brata na imprezy nie targałam, gdy nie było go z kim zostawić. Nie chodziłam po prostu. Dodatkowo na takich spędach trzeba mieć oczy dookoła głowy, żeby czyjemuś dziecku krzywdy nie zrobić - i mimowolnie każdy zostaje niańką, czy chce, czy nie. O tym jest ta historia...

Już trochę wstawiony inny kolega (nie gospodarz) postanowił pograć sobie w rzutki, zainstalowane w szerokim korytarzu. Gra sobie, raczej trafia w obitą filcem ścianę niż w tarczę, a pomiędzy fruwającymi ostrzami biega jego pięcioletnia córka...
Myślicie, że się przejął? Gdzie tam. Gra twardo dalej.
Poobserwowaliśmy z mężem sytuację przez minutę czy dwie - nikt nie reagował, ani matka dziecka, zatopiona w plotach, ani inni goście, ani gospodarze. W końcu wstaliśmy. Mąż krzyknął do kolegi, żeby uważał, bo dziecko, ja podchodziłam do dziewczynki. W tym momencie kolega wrzasnął coś w stylu: "Ale spoooko, widzę ją, świeeeży jestem!" i rzucił lotką...

Gdybym nie podbiegła, dziecko straciłoby pewnie oko. A tak tylko wyciągali mi lotkę z uda.
Quo vadis, świecie...?
Dodaj anonimowe wyznanie