#jO0IO

Między mną a moją młodszą siostrą jest 8 lat różnicy. Każdy mi mówił na początku, że rodzice kochają nas tak samo, żadna z nas nie będzie wyróżniana.

Aktualnie moja siostra ma 8 lat i powiem jedno: nienawidzę jej. Dlaczego? Całe zło świata to moja wina. Marta (imię zmienione) uderzyła się w kolano? To moja wina, ponieważ jej nie powiedziałam, że ma tak nie robić, bo się uderzy, ale gdy powiem jej, że ma czegoś nie robić, krzyczą na mnie, że jej rozkazuję. Dotykanie moich rzeczy, niszczenie ich to norma, ale to moja wina, bo powinna się dzielić. Marta ma nadwagę, ale potrafi mi powiedzieć, że jestem gruba (moja waga jest w porządku), a moi rodzice nie reagują albo mówią "bo ona jest dzieckiem".
Mam już dość wszystkiego, że nawet za to, że moja siostra zapomniała o zadaniu domowym i go nie zrobiła, to moja wina...

#GIFjB

Wychowałam się w wielodzietnej rodzinie na wsi, miałam 6 rodzeństwa. Mieszkaliśmy w domu zbudowanym przez pradziadka po wojnie, były tam 2 pokoje i kuchnia. Potem rodzice dobudowali jeszcze 1 pokój. Wodociąg założono w latach 80., mieliśmy szambo. Było bardzo ciężko i biednie, donaszaliśmy ubrania po sobie (młodsi po starszych), po kuzynach. W wakacje zbieraliśmy grzyby i jagody w lesie, później to sprzedawaliśmy. Poza tym oczywiście szkoła i praca na gospodarce u rodziców.

Między najstarszym bratem a najmłodszą siostrą jest różnica 16 lat. Młoda jest rozpieszczana, miała więcej niż inni. Tłumaczyłam sobie to tym, że jest najmłodsza. OK. 1,5 roku - 2 lata przed urodzeniem się młodej mama urodziła braciszka. Po kilku dniach w szpitalu w pobliskim miasteczku wróciła do domu. Sama. Rodzice powiedzieli nam, że brat urodził się bardzo chory. Po 2 dniach pojechali do niego i powiedzieli, że brat zmarł. Zorganizowali już pogrzeb i wszystko jest załatwione, zostanie pogrzebany w grobie prababci. Nie zabrali nas na pogrzeb.

Teraz robimy skok do teraźniejszości. Mama kilka miesięcy temu miała operację - miała raka jajników. Wycięli jej wszystko. Gdy była krótko po operacji, siedziałam przy jej łóżku. Źle się czuła po narkozie. Wymamrotała, że ta choroba to kara za oddanie chorego syna do adopcji. Uspokajałam ją, ale tym bardziej trzymała się swojego. Mówiła, że nie daliby rady opiekować się tak chorym dzieckiem, jeździć po lekarzach, szpitalach, rehabilitować go. W końcu zmęczona przysnęła. Długo myślałam nad słowami mamy. W końcu przy okazji odwiedzin w domu rodzinnym pociągnęłam tatę za język.

Dowiedziałam się, że tak naprawdę brat nie zmarł - oddali go do adopcji. Był bardzo chory, nie daliby rady opiekować się nim i go leczyć. Z powodów finansowych i mieszkaniowych musieli go oddać.

Nie wiem na co był chory. Rozumiem tok myślenia rodziców, ale nie mogę przestać o nim myśleć. Czy żyje, jak wygląda, czy jest bardzo chory i czy trafił do rodziny adopcyjnej. Czasem jak widzę niepełnosprawnego chłopca w mniej więcej wieku brata to myślę: może to on?

#J8XEk

Chciałbym się podzielić z Wami swoim życiowym fatum. Otóż wszystkie moje dziewczyny wracały do swoich byłych. Starałem się jak mogłem, poświęcałem im dużo czasu, co spowodowało, że straciłem dużo kontaktów, bo wolałem dziewczynę niż znajomych.
Czemu o tym piszę? Od pewnego czasu piszę z naprawdę fajną dziewczyną, praktycznie to mój ideał, postanowiłem, że spróbuję, ale... wczoraj napisała mi, że chyba chce wrócić do byłego.
Fatum wciąż trwa.

#1gDTK

Miałam koleżankę Anię. Była bardzo wierzącą osobą. Rozmawiałyśmy na przystanku autobusowym, wkoło pełno dzieciaków - tych młodszych i tych starszych. W pewnym momencie nasunął się temat seksu - opowiadałam jakąś lekko zbereźną sytuację. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

JA: [...] No i wiesz, on wtedy zaczął marszczyć Freda.
ANIA: Marszczyć Freda?
JA: Tak.
ANIA: Co to znaczy?
JA: Ha, ha, Ania, no co ty, walić konia, gruchę.
ANIA: Co?
JA: Trzepać kapucyna?
ANIA: ???
JA: No masturbacja.

Nie byłam zdolna uwierzyć, że jakakolwiek 19-letnia kobieta nie wie co to masturbacja. Przecież każdy "przebywa" ze swoim ciałem, każdy je wcześniej lub później "poznaje", a na pewno choć raz komukolwiek wyskoczyła "brzydka" reklama z nagością. Miała dostęp do internetu i telewizji, nie raz na pewno spotkała się z takim określeniem.

ANIA: Ale co to jest?
JA: Ania, no weź... No to jest jak chłopak lub dziewczyna robi sobie, że jest... no tak dobrze.

Nie miałam pojęcia do tamtej chwili, że wytłumaczenie komuś słowa MASTURBACJA jest takie trudne. Nie należała do osób, które by wkręcały kogokolwiek. Na przystanku niektóre dzieciaki, te, które się przysłuchiwały, zaczęły krzyczeć coś w stylu:
- ANIA, ANIA, CO SIĘ NIGDY NIE RU**AŁA!

Reakcja Ani - "Nie robiłam nigdy czego?".

Byłam bardziej zawstydzona i zmieszana niż ona sama.

#HXnIC

Zdradzę wam pewien sposób wariata.

Kiedy już nie mam siły się ukrywać przed całym światem, kolejna terapia zawodzi i po prostu nie mam już siły psychicznie i fizycznie jakoś się trzymać, chodzę na cmentarz nad moje upatrzone groby obcych mi osób i płaczę. Przynajmniej ludzie myślą, że opłakuję zmarłego i nikt mnie nie zaczepia. To jedyne miejsce, gdzie mogę sobie ulżyć.

Przepraszam wszystkich, nad grobami których wyję. Szczególnie śp. Emilię i śp.Tadeusza, których najczęściej odwiedzam.

#SlgOX

Do napisania tej historii przekonały mnie słowa mojej żony. Ale po kolei.

Od pięciu lat pracuję fizycznie. Wypłata teoretycznie zależy od wykonanego planu narzuconego przez prezesa, w praktyce różnie to bywa.

Mimo że jestem cenionym pracownikiem i wykonuję swoje, to nigdy nie zostałem odpowiednio wynagrodzony, zawsze kierownik tłumaczył się, wykręcał i zwalał winę na innych, dlaczego zarobiłem znowu za mało (mimo obietnic). Dodatkowo też pracowałem wszystkie soboty i przynajmniej jedną niedzielę. Efekt zawsze ten sam, dniówka wychodziła w granicach 100 zł.

Na początku października spotkałem się z dawnym znajomym. Popytał co u mnie, jak sytuacja z robotą. Zaproponował mi pracę u siebie. Okazało się, że jest doradcą finansowym. Ciężki kawałek chleba, ale postanowiłem spróbować. Na rozmowie, którą odbyłem dyrektor przystał na moje warunki i rozpocząłem współpracę. Doznałem szoku, zupełnie inne podejście do pracownika niż do którego ja jestem przyzwyczajony. Owszem, wymagania są, ale pracodawca mobilizuje do działania, a nie wymusza wrzaskiem.

Gdzie piekielność? W moich rodzicach. Usłyszałem od nich, że mam się nie wydurniać, bo robotę mam, i to całkiem niezłą i dobrze płatną, że będę ludzi na kredyty naciągać, że na tym nie zarobię itp.

Dlaczego o tym piszę? Na ich utrzymaniu jest mój brat. Nie pracuje, nie dokłada się do niczego, bez wykształcenia, ale rodzice chodzą dumni, bo niedawno wydał płytę. Rozeszła się w ilości stu sztuk. Oni nigdy nie byli ze mnie dumni. Zawsze słyszałem tylko krytykę, cokolwiek bym nie zrobił i czegokolwiek bym się nie podjął. Teraz mnie to już nie rusza, ale kiedyś bolało jak cholera, mimo twardego charakteru przepłakałem wiele nocy przez nich, bo chciałem żeby choć raz powiedzieli, że są ze mnie dumni.

Żona podsumowała to krótko, "Twoim rodzicom to ty chyba nigdy nie dogodzisz" i niestety ma rację.

#4g5Ms

Zapewne każdy słyszał o przypadkach, kiedy dziewczynie urwał się sznurek od tamponu i miała problem z wyciągnięciem go. Dlatego ja zawsze przed użyciem tamponu porządnie szarpałam za sznurek, żeby temu zapobiec. No ale swojej bezmyślności nie zapobiegłam.

Miałam okres, włożony tampon i poszłam pić z kolegami. Jeden z nich nie bardzo miał jak wrócić do domu, więc zaproponowałam, że może u mnie przenocować. Uprzedzałam, że mam okres, żeby na nic nie liczył, naiwnie myślałam, że to go skutecznie zniechęci. Jak już byliśmy w łóżku okazało się, że mój okres mu nie przeszkadza, ja trochę protestowałam, że okres, że tampon, ale odpowiednio zrobiona procentami dałam się ponieść chwili.

Rano, jak już wytrzeźwiałam, chciałam wyciągnąć ten nieszczęsny tampon, ale sznurek był cały schowany i nie mogłam go dosięgnąć. Próbowałam zgodnie z zaleceniami z ulotki przeć, skończyło się to dużą kupą, a tampon jak siedział, tak siedział.

W końcu, gdy zrozumiałam, że sama go nie wyciągnę, pojechałam do szpitala. Było mi niezmiernie wstyd - gdyby to był urwany sznurek, to bym się tym w ogóle nie przejmowała, ale w mojej sytuacji... Rozłożyłam nogi na fotelu, położna grzebie mi jakimiś narzędziami, aż w końcu pyta, czy jestem pewna, że ten tampon tam jest. Poziom wstydu osiągnął apogeum, nie wiedziałam, co odpowiedzieć, bo prawdę mówiąc poprzedniego wieczoru byłam tak pijana, że niczego już nie byłam pewna. Na szczęście, położna w końcu dostrzegła tampon i kilka chwil później go wyciągnęła. Jestem przekonana, że domyśliła się jak do tego doszło, ale widząc jak jest mi wstyd powstrzymała się od skomentowania mojej głupoty.

Więcej do takich sytuacji nie dopuściłam.
Dodaj anonimowe wyznanie