Przytrafiło mi się coś, co czasem przytrafia się każdemu z nas - biegunka.
Ostra, bezlitosna, atakująca z zaskoczenia. Istny Blitzkrieg.
Siedziałam na tronie i czekałam aż wyleci sobie to co ma sobie wylecieć, jednocześnie przeglądając internety. Zobaczyłam, że ktoś do mnie dzwoni, i to nie byle kto! Odebrać muszę, wstać i wyjść z łazienki nie mogę... No cóż, odebrałam.
W ten oto sposób umawiałam się na rozmowę kwalifikacyjną - tworząc kupę potwora jednocześnie. Mam nadzieję, że nie było słychać.
A, no tak - pracę dostałam, na rozmowie byłam już po kupie, może to dlatego :)
Mam czwórkę rodzeństwa, jestem z nich wszystkich najstarsza i jako jedyna nie mam zespołu downa. Całe swoje życie spędziłam na ogarnianiu domu, wycieraniu śliny i zmienianiu pieluch, więc postanowiłam, że od razu po 18 urodzinach ucieknę z domu i zacznę żyć swoim życiem, a nie jako pomoc dla moich nieradzących sobie rodziców. Zrobiłam to.
Dzień po urodzinach poinformowałam rodziców, że wychodzę, wzięłam turystyczny plecak ze swoimi rzeczami i poszłam w świat, robić wszystko to, na co miałam ochotę, a czego nie mogłam robić nigdy wcześniej, bo rodzice mnie potrzebowali i mi nie pozwalali.
Zapisałam się więc na dodatkowe zajęcia, zaczęłam uczyć się języków obcych, spędzałam długie wieczory bibliotekach itd... Dziś mam 27 lat, a dzięki wykształceniu naprawdę dobrze zarabiam i z palcem w nosie opłacam pomoc dla młodych, pomagam finansowo rodzicom i jeszcze zostaje mi na naprawdę fajne życie. Gdybym tylko posłuchała rodziców, to wszyscy mielibyśmy dziś gorzej niż obecnie.
W wieku 7 lat uwielbiałam znajdować wklejone pod siedzenia autobusu czy ławki szkolne gumy do żucia. Jeśli nadal były miękkie, odklejałam je i kontynuowałam żucie ich.
(Już tak nie robię)
Zawsze kiedy jem coś, co mi niezbyt smakuje, to wyobrażam sobie, że jestem przetrzymywana przez kilku mężczyzn w piwnicy i dostaję jedzenie bardzo rzadko, więc zjadam wszystko, by nie umrzeć z głodu.
Lubię tak jeść szczególnie zimne spaghetti, które można byłoby odgrzać, ale wolę swój sposób.
Trzy miesiące temu wziąłem ślub. Oczywiście kumple zorganizowali mi kawalerski, wiadomo, tradycja.
Pracuję w dużym korpo, tematy finansowe. Dziś poznałem córkę mojego przełożonego. Wiedziałem, że skądś znam tę twarz... To była jedna ze striptizerek.
Teraz za każdym razem kiedy go widzę zastanawiam się, czy wie.
Jestem Januszem biznesu.
Znalazłam na śmietniku trampki i sprzedałam je na OLX.
Przez kilka miesięcy odkładałam sobie pieniądze z wypłaty, ażeby kupić sobie wymarzonego mastifa tybetańskiego, długowłosego rzecz jasna. Problem jest jeden. I tym problemem są typowi "somsiedzi".
Na szczęście mam zamontowane kamery. Gdy zobaczyłam, że mój pies robi dziwną kupę, zaczęłam podejrzewać otrucia. No i miałam dobre przeczucie. Jeden z sąsiadów dał mojemu psu jakieś dziwne zielone coś, serio nie wiem co to było. Musiało jednak dobrze pachnieć, bo mój pies raczej nie bierze jedzenia od obcych. Oprócz prób otrucia (a było ich wiele) kilkukrotnie ktoś próbował mi ukraść pupilka, ale to gdy jeszcze był szczeniakiem (teraz chyba się go boją (; ).
Stwierdziłam, że nie pójdę z tym na policję. Pokazałam te nagrania sprawcom. Oczywiście wszyscy się zawstydzili i teraz (mieszkam na wsi) jestem tą najbardziej obgadywaną "szmatą". Ależ ile mam satysfakcji, gdy z dostojnym psem przechodzę obok tych zazdrośników, mówiąc z uśmiechem szczere: "Dzień dobry" :)
Związek z moim nowym chłopakiem był świetny i wszystko było pięknie, więc postanowiłam zaprosić go na obiad do mojej mamy. Kiedy się zobaczyli, to stanęli jak wryci, zrobili się biali, potem zieloni, potem purpurowi, a potem znowu biali.
Wyszło na to, że moja mama zerwała z nim dwa miesiące temu. Byliśmy ze sobą od roku...
Myśleliście, że pracownik ma w korporacji jakiekolwiek prawa? Że ktoś go obroni? Ja przez jakiś czas byłam taka naiwna...
Po 1,5 roku mojej pracy w tej firmie odeszła moja bezpośrednia przełożona - cudowna kobieta, bardzo zaangażowana w pracę, ale w końcu nie wytrzymała nerwowo. Po tygodniu pracy z nową przełożoną P. zaliczyłam rozmowę dyscyplinującą, bo... jestem za młoda, by pracować jako samodzielny specjalista i mam poważnie przemyśleć, czy nie chciałabym może spróbować swoich sił jako stażystka w naszym dziale (na zleceniu za 2,5 raza mniejszą stawkę niż aktualna), a obecna przy tym kobieta z kadr w ogóle nie zareagowała na ten tekst. Do P. jakby nie dotarło, że pracowałam jako specjalista od 20 miesięcy. Po tej rozmowie potrafiła mi stać nad głową całymi dniami i co 5 minut pytać co i jak robię, byleby tylko znaleźć jakąś pierdołę, którą ona robi inaczej, a inaczej=lepiej, co dowodzić miało mojej niekompetencji.
Po pół roku, kiedy żadne leki na uspokojenie mi nie pomagały, miarka się przebrała. Zebrałam dowody (kilka czy kilkanaście maili, kilka godzin nagrań dyktafonem) i zwróciłam się z nimi do szefowej działu - usłyszałam, że jestem przewrażliwiona i może faktycznie sobie nie radzę... Z tym samym poszłam do kadr, gdzie z kolei dowiedziałam się, że odnoszenie się do pracownika per "niedouczona gówniara" to widocznie styl kierowniczy szefowej i każdy ma prawo czasem reagować nerwowo. W związkach zawodowych powiedzieli, że nie pomogą, bo przełożona jest protegowaną dyrektora generalnego naszego oddziału i jest nie do ruszenia.
Byłam u prawnika, jutro składam wypowiedzenie wraz z kopią pozwu do sądu pracy. Trzymajcie kciuki.
Kolekcjonuję broń białą. Głównie noże i sztylety, ale w swojej kolekcji mam również m.in. halabardę. I o halabardzie będzie to wyznanie.
Zaznaczę jeszcze, że nie ostrzę mojej broni (chociaż jest to możliwe), po prostu cieszę się ładnymi replikami.
Sytuacja życiowa zmusiła mnie do przeprowadzki na wieś, do domu rodzinnego. To jedna z tych wsi, w których wszyscy wszystkich znają, a drzwi są wiecznie otwarte, bo przecież "kto nas okradnie?".
Rodzice wyszli na jakiegoś grilla - który przeciągnął się do późnych godzin nocnych - a ja zostałam sama. I nagle słyszę, że ktoś wchodzi do domu. W pierwszej chwili pomyślałam oczywiście o rodzicach, ale usłyszałam hałasy (trzask drzwi, przewrócony stolik w korytarzu) i pijacki bełkot, co nie pasowało do moich rodzicieli. Wyjrzałam z pokoju, a tam jakiś obcy, pijany facet! Zobaczył mnie i zaczął iść w moim kierunku, niewyraźnie coś mamrocząc pod nosem. Wystraszyłam się, chwyciłam halabardę i z okrzykiem bojowym wyskoczyłam na korytarz. W pierwszej chwili faceta zamurowało, a potem... posikał się i uciekł.
Rano dowiedziałam się, że to osiedlowy pijaczyna, pan Zdzisiu, który albo się pomylił, albo szukał alkoholu. W każdym razie niegroźny.
Rodzice są na mnie wkurzeni, bo narobiłam im wstydu. Sąsiedzi uważają, że jestem groźną psychopatką (ich dzieci nawet nie mogą przechodzić obok naszego domu). Pan Zdzisiu jest oburzony, że "rzuciłam się na niego z kosą". Wszyscy zgodnie twierdzą, że jestem głupia, bo przecież "kto miałby u nas we wsi kraść?".
Mam nadzieję, że moja sytuacja życiowa szybko się poprawi, bo nie mam tutaj życia...
Dodaj anonimowe wyznanie