Jestem uczciwa - nie łamię prawa, płacę podatki, nawet mandatu nigdy nie dostałam.
Aż do niedawna.
W sklepie zobaczyłam sukienkę. Najgenialniejszą, najpiękniejszą, dokładnie taką, zawsze chciałam mieć. Niestety, nie było mnie stać. Wrodzona niechęć do długów nie pozwoliła mi się zapożyczyć. Ale, cholera, za tę sukienkę dałabym sobie odciąć rękę. Zamroczyło mnie, musiałam ją mieć.
Opracowałam plan. Znalazłam wszystkie kamery w sklepie, rozrysowałam ich rozkład. Wiedziałam, gdzie nie iść.
Przebrałam się w ciuchy, których nigdy nie noszę, zrobiłam zupełnie inny makijaż niż zwykle, przefarbowałam sobie włosy, żeby nikt mnie nie rozpoznał.
W sklepie wzięłam całe naręcze ubrań. Moja sukienka wisiała jednak w zasięgu kamer. Nie chciałam, żeby był dowód, że ją wzięłam. Poza kamerami spytałam zmienionym głosem nową sprzedawczynię, czy jest sukienka, którą jej opisałam. Udało się, przyniosła mi ją.
Schowałam ją pod naręczem ubrań. W przymierzalni był tłum, prześlizgnęłam się bez brania numerka. Sukienkę składam, chowam pod kurtkę. Resztę ciuchów odkładam na miejsca.
Moment prawdy - bramki z alarmem. Udaję, że coś oglądam, czekam, aż będzie wychodził ktoś z mnóstwem zakupów. Takim często nie rozmagnesują czegoś. Przechodzę przez bramki jednocześnie z obładowaną kobietą. Włącza się alarm, ona się zatrzymuje, czeka na ochronę. Ja spokojnie idę dalej, przecież nic nie kupiłam. Udało się, nikt mnie nie goni.
Serce mi wali, idę do autobusu. Przekonana, że śledzą mnie wszystkie satelity i służby porządkowe świata, przesiadam się 4 razy i dojeżdżam do lasku pod miastem. Chowam się w krzakach. Narzędziami zdejmuję zabezpieczenia z sukienki i rozbijam na kawałki. Rozrzucam je po okolicy. Pewnie rozwalając ten plastik uruchomiłam wszystkie alarmy świata, więc łapię szybko autobus i wracam do domu. Zdejmuję przebranie. Miałam moją sukienkę.
Tamtego wieczora, pewna, że zaraz zapuka do mnie policja, wypiłam pół litra czystej. Przez tydzień bałam się własnego cienia. Ale uszło mi to na sucho.
Raz w życiu coś zwędziłam, minęło pół roku, a nadal o tym myślę.
Gdy mój tato dowiedział się, że mój wujek mnie molestuje, nie zastanawiając się długo rozwalił wujkowi głowę, po czym uciekł za granicę.
Minęło dwadzieścia lat, a ja nadal nie zebrałem się na odwagę by powiedzieć komukolwiek, że wujek nigdy mnie nie molestował, a ja powiedziałem tak w ramach zemsty za to, że nie chciał mi kupić loda.
Rodzina jest ze mnie dumna.
Ostatnio wychwalali mnie przy stole, że w końcu zacząłem panować nad dwu biegunówką, zmieniam pracę na coraz to lepszą i ogólnie radzę sobie w życiu jak nigdy dotąd.
Jakoś nie potrafię im powiedzieć, że przez moje nagłe impulsy już po raz kolejny wyrzucili mnie z roboty, a moje natrętne myśli doprowadzają mnie do skrajnego szaleństwa.
W liceum miałem trądzik młodzieńczy, dość silny, rzucający się w oczy... No w skrócie przypominałem pizzę pepperoni zarówno kolorem, jak i fakturą.
Pewnego pięknego dnia, zaraz po zajęciach, szedłem na przystanek z moim przyjacielem. Przechodziliśmy właśnie przez parking pobliskiego supermarketu, gdy nagle zaczepił mnie starszy jegomość, który z zatroskaną miną poprosił, żebym zaczekał chwilę. Stanąłem, lekko zdziwiony patrząc jak pan idzie swojego samochodu i po chwili wraca z wizytownikiem. Następnie wręczył mi wizytówkę reklamującą jakieś soki i warzywno- owocowe preparaty witaminowe, jednocześnie racząc mnie mniej więcej taką przemową: "Proszę pana, pańska twarz jest w poważnym stanie. Ja zajmuję się sprzedażą takich właśnie preparatów zdrowotnych i one bardzo pomagają w takich sytuacjach. Naprawdę, proszę się w to zaopatrzyć, bo wygląda naprawdę źle".
Ja, będąc wtedy młodzieńcem kulturalnym, nauczonym szacunku do starszych, potakiwałem, dziękując za troskę, jednocześnie starając się grzecznie wywinąć z tej dość niezręcznej sytuacji. Kolega przystanął trzy kroki od nas i generalnie miał niezłą bekę. Ja już niemal zdołałem się wywinąć od troskliwego pana, jednak zdążył on jeszcze (na moje nieszczęście) rzucić na odchodnym "Naprawdę polecam te preparaty, bo pan ma bardzo poważny przypadek grzybicy twarzy!". W tamtej chwili nie wiedziałem czy się śmiać, czy płakać ze śmiechu, więc ulotniłem się czym prędzej.
Cóż, później jeszcze długo znosiłem żarty znajomych, ze wspomnianym przyjacielem na czele, z mojej "grzybicy twarzy" ;)
Będzie krótko i na temat.
Ostatnio uświadomiłam swoją mamę, że męski punkt G, lub inaczej nazywana prostata jest w odbycie. Powiedziała mi, że całe życie żyła w kłamstwie.
Jej miny nie zapomnę.
- Uszanowanko, kierowniku! - zarzęził do mnie menel stojący jak zwykle pod drzwiami TESCO. - Dej, no dwa zeta na szczęście.
Nie dałem. Zrobiłem zakupy świąteczne i obładowany siatami ruszyłem ku wyjściu. Kiedy jednak przechodziłem koło kiosku, pomyślałem o biednym, zziębniętym pijaczku i postanowiłem kupić mu… zdrapkę za dwa złote.
- Proszę bardzo! - rzekłem wręczając kloszardowi mój „prezent”. - Życzę szczęścia!
Menel łypnął na mnie ozięble, ale po chwili wyszczerzył dwa ostatnie zęby w promiennym uśmiechu i ładnie podziękował.
Parę dni temu idę sobie do sklepu po bułki i będąc już przy samych drzwiach słyszę: „O, to on! To on!”. I już podtaczają się do mnie dwaj mocno nietrzeźwi żule.
- Panie, kup nam pan po zdrapce! No, kupże pan, szefie!
Zapytałem o co chodzi i skąd ten entuzjazm. Co się okazało? Ano Wiesiek, bo tak zwał się oblejmurek, któremu zasponsorowałem zdrapkę, dzięki mnie wygrał 18 tysięcy złotych! Gdybym mu tego prezentu nie dał, to pewnie pisałbym to wyznanie z ultra-drogiego komputera chłodzonego płynnym azotem. Pan Wiesław miał jednak inny plan. Poszedł do komisu samochodowego, nabył Golfa III, zaopatrzył się w świeże ciuchy i… złożył CV w sklepie, pod którym zawsze żulił kasę. Jako że wszyscy tam go znali i mieli o nim dobre zdanie (pan Wiesiek czasem pomagał w inwentaryzacji), to szef marketu zaryzykował i przyjął go na próbę.
Dziś znowu robiłem jakieś zakupy w TESCO i akurat obsługiwał mnie świeżo wyglądający, gładko ogolony pan Wiesław. Podziękował mi wylewnie wśród oklasków chyba wszystkich pracowników sklepu, a na koniec wyjął z tylnej kieszeni spodni nową, aczkolwiek nieco wymiętą, zdrapkę.
- Masz, kierowniku. Na szczęście! - rzekł łypnąwszy okiem.
Wygrałem dwa złote.
Jestem tak słaby w robieniu wrażenia na dziewczynach, że ostatnio postanowiłem popracować nad swoim romantyzmem, więc teraz rozpalam świeczki przed włączeniem strony z porno.
Mieszkam za granicą w takim jakby domu dwurodzinnym, który jest podzielony na cztery (właściwie 5) części. W każdej z tych części mieszka jedna rodzina, ściany są bardzo cienkie i ogólnie można powiedzieć, że wszyscy mieszkamy jakby w jednym domu (11 osób). Mieszkałam w wielu miejscach, ale takich cyrków jeszcze nigdy nie widziałam. Gdyby ktoś mi o ty opowiedział, uznałabym go za wariata. Ale wszystko po kolei, opiszę parę bardziej pamiętnych sytuacji i mieszkańców tej zacnej rezydencji.
1. Starsza kobieta, ok. 60 lat, Rosjanka. Kobieta ma świra na punkcie Sowieckiej Rosji, w pokoju ma ołtarzyk Lenina, a sowieckie piosenki słychać od rana do wieczora. Owa babeczka jest bardzo pozytywnie nastawiona do Polaków i wielokrotnie mnie upominała, żeby wyjść za mąż tylko za Słowianina (najlepiej Rosjanina oczywiście). Kobieta nie lubi pewnego również starszego Ukraińca, który nielegalnie mieszka w piwnicy (ma tam bardzo fajne mieszkanko). W prawie każdą niedzielę obydwoje wybierają się do tej samej cerkwi i prawie co tydzień muszą zrobić awanturę. Drą się niemiłosiernie w swoich językach. Dziadek raz się tak wkurzył, że zaczął rzucać ziemniakami w ową kobietę. Tak, ziemniakami. Podobno podczas głodu na Ukrainie jego rodzina jadła tylko ziemniaki i stąd ten pomysł.
2. Kolejna "para" wrogów to moja współlokatorka i dziewczyna z dołu. I tu już niestety jest poważniej, ponieważ moja K jest Żydówką, a dziewczyna z dołu ma ojca z Palestyny. Pomyślicie, że to tylko stereotypy, dlaczego takie młode osoby miałaby się kłócić? Mogą. I to bardzo. Krótko przed Chanuką K zaczęła puszczać bardziej "świąteczne" piosenki. Po 10 minutach dziewczyna z dołu (M) podbiegła pod nasze drzwi i puka. Powiedziała, że nie życzy sobie puszczania tych "piosenek morderców". K nic sobie z tego nie robiła i kazała M wyjść, ale ta zaczęła jej pokazywać zdjęcia z Palestyny, nazywając ją mordercą.
Po paru dniach usłyszałam szuranie przy drzwiach, podeszłam więc bliżej, a tu list do K. K po powrocie z pracy otworzyła ów list. W nim były wydrukowane zdjęcia dzieci z Palestyny, ofiary wojny, karykatury żydowskie oraz artykuły, które twierdziły, że Holokaust nigdy się nie wydarzył. K oczywiście musiała się zemścić, bo przecież racjonalnie myślenie jest przereklamowane. Następnego dnia wydrukowała parę stron "dowodów" na to, że Izrael jest starożytnym krajem i że Palestyna nigdy nie istniała. M za to przebiła K oponę w samochodzie, a K w akcie zemsty (znowu) przebiła oponę M w rowerze.
Jest jeszcze parę innych sytuacji, ale bardziej poważnych, a limit znaków nie pozwala. Za 2 miesiące kończy mi się umowa i choć wiem, że nie chcę tu mieszkać, to będzie brakowało mi tych stukniętych ludzi. Przynajmniej mam rozrywkę :D
Kiedy byłam w pierwszej klasie podstawówki, po lekcjach zawsze zostawałam na świetlicy. Pewnego razu musiałam wyjść do toalety za grubszą sprawą. Grzecznie się spytałam, czy mogę wyjść i po otrzymaniu pozwolenia udałam się do łazienki.
Kiedy zakończyłam proces wydalania zorientowałam się, że nie ma rzeczy niezbędnej do opuszczenia kabiny. Papieru toaletowego.
Niby mogłam po prostu podciągnąć majtki, w końcu byłam tylko dzieckiem, ale wtedy miałam inny plan. Tego dnia miałam na sobie sukienkę i rajstopy. Co zrobiłam? Podciągnęłam rajstopy do takiej wysokości, aby nie było widać kroku i właśnie tak, z gołą, uwaloną gównem, śmierdzącą dupą udałam się na świetlicę po papier.
(dla tych, co nie lubią niedokończonych wyznań: papier dostałam i dokończyłam co zaczęłam :))
Mam poparzoną rękę i od niedawna pracuję w miejscu, gdzie muszę nosić koszulkę z krótkim rękawem, co ani dla mnie, ani dla przełożonych nie stanowi problemu.
W naszym zespole jest Monika, która ma podobny defekt do mojego. Pewnego dnia przed rozpoczęciem zmiany siedziałyśmy w pokoju wypoczynkowym i wymieniałyśmy się doświadczeniami związanymi z bliznami. Rozmowie przysłuchiwał się kolega, Tomek, który postanowił pocieszyć Monikę, opowiadającą o tym, jak w wieku nastoletnim chodziła w upalne dni w swetrach, bo wstydziła się swojego wyglądu; miałam dokładnie tak samo, czym się z nią zresztą podzieliłam. Tomek powiedział jej coś, co sama bardzo chciałabym kiedyś usłyszeć – żeby się nie przejmowała, bo pomimo tych blizn wygląda świetnie. Trochę poczułam żal, że tylko jej tak dodał otuchy, ale jako posiadaczka supermocy bycia niewidzialną dla mężczyzn nie ubolewałam nad tym jakoś bardzo – zdążyłam się przyzwyczaić, a zresztą dopiero się poznaliśmy. Prawdziwą przykrość sprawiło mi to, co zdarzyło się parę dni później.
Spędzałam przerwę z tym samym kolegą. Najpierw uświadomił mnie, że zapomniał jak mam na imię – w sumie to moja codzienność, mężczyźni nie zawracają sobie głowy zapamiętywaniem mnie. Po chwili zauważył, że moja ręka wygląda nietypowo, zapytał co mi się stało, opowiedziałam więc skrótowo jak doszło do wypadku.
Czy usłyszałam standardowo wypowiadane w takiej sytuacji przez ludzi słowa, że ojej, jak to przykro, musiało bardzo boleć, albo cokolwiek neutralnego? Nie. Popatrzył z obrzydzeniem, zaczął wodzić palcem tuż nad moimi bliznami, po czym powiedział: „Boże, ta rana wygląda okropnie... Nawet mnie przebijasz pod względem ran, he, he” [pracujemy w gastronomii, gdzie łatwo o oparzenia] i pokazał mi swoje praktycznie gładkie ręce. Zbił mnie z tropu, po chwili zbierania myśli powiedziałam, że to trochę chamsko powiedzieć coś takiego kobiecie, ale chyba nawet mnie nie usłyszał, po prostu się odwrócił i poszedł.
Teksty koleżanek, że powinnam zakryć blizny tatuażem, nie zabolały tak bardzo jak to. Do tej pory jakoś akceptowałam tę swoją cechę, postanowiłam nie wykonywać już więcej żadnych zabiegów poprawiających wygląd skóry, byłam z siebie bardzo dumna na studniówce, kiedy zrzuciłam bolerko i zatańczyłam poloneza bez niego (swoją drogą, i tak wycięto fragmenty, gdzie widać tę gorszą połowę mojego ciała). A takie słowa od mężczyzny sprawiły, że ta moja budowana latami samoakceptacja porządnie się zachwiała.
Za chwilę wychodzę do pracy i zastanawiam się, czy wszyscy mężczyźni – koledzy z pracy i goście, których obsługuję – czy oni myślą tak samo, że wyglądam obrzydliwie... I wątpię, że w ogóle spotkam kiedyś takiego księcia, który powie, że pomimo tych blizn jestem fajną dziewczyną.
Dodaj anonimowe wyznanie