Gdy chodziłem do zerówki, razem z rówieśnikami zauważyliśmy, że są różne wzorki na sztućcach. Niby nic, ale średnio na 25 osób tylko 3 miały z małą koroną. W związku z czym ten kto ma akurat np. widelec z koroną jest królem! Chęć posiadania właśnie widelca z koroną przerodziła się w rywalizację o miejsce właśnie z tym widelcem, więc gdy już stół był nakryty, a jakaś zabawa jeszcze trwała, to każdy patrzył kątem oka gdzie jest ten królewski widelec lub łyżka i chciał tak się ustawić, aby na słowa "siadamy do stołu" zająć wymarzone miejsce. I było tak za każdym :).
Ja jednak chciałem mieć królewski widelec tylko dla siebie, więc wyczekałem momentu, gdy nikt nie będzie patrzył, zabrałem widelec i schowałem między zabawki. Później usiadłem na innym miejscu, a tam ktoś zgłosił, że brakuje jednego widelca, co każdy wziął za błąd pani kucharki. Gdy już miałem jechać do domu szybkim ruchem wsunąłem widelec w spodnie, tak aby gumka od spodni go dociskała i żeby nie wypadł. Już w trakcie drogi z zerówki do samochodu babcia zauważyła, że idę jakoś skrzywiony (a to dlatego, że widelec się poluzował). Babci powiedziałem, że to dlatego, że mnie brzuch boli, i jakoś do domu dojechałem.
Później nikt nie wiedział skąd się wziął zupełnie inny widelec w domu, a ja mogłem być królem codziennie.
Dwa lata temu byłyśmy z przyjaciółką na cmentarzu i znalazłyśmy mój nagrobek.
To był grób dziecięcy. Było na nim moje nazwisko i data urodzenia, a data śmierci z tego samego dnia, tego samego roku.
Do dziś zastawiam się nad sensem tego co widziałyśmy. To małe miasteczko. Jakie jest prawdopodobieństwo, że tego samego dnia co ja urodziła się i zmarła jakaś dziewczynka, nazywająca się tak jak ja? Mam dreszcze.
Dwie osobowości.
Trzeźwo: miły, pomocny i kochany. Do rany przyłóż.
Pijany: agresywny, wulgarny i bezczelny.
Dopóki nie przesadzał z piciem jakoś to wytrzymywałam. Dzisiaj przerósł sam siebie.
Pijany zaczął płakać i przepraszać mnie, że jest takim zerem i że w ogóle na mnie nie zasługuje. Przytuliłam go, pocieszałam. Za 5 minut stwierdził, że mam spier*alać, że mam wyjść z naszego domu, bo on nie chce mnie widzieć.
Gdy powiedziałam mu, że nie wyjdę z domu, bo też tu mieszkam, rzucił się na mnie. Zaczął mnie popychać. Popychał mnie do drzwi bym wyszła z domu. Gdy postawiłam mu się podszedł do ściany i walnął głową w ścianę w taki sposób, że zaczął krwawić.
Zamknęłam się w łazience i siedzę tutaj od około pół godziny. Pomimo wirującej pralki słyszę jak płacze i skomle. Boję się stąd wyjść, bo zaczął się odgrażać, że jak będzie mnie widzieć to podetnie sobie żyły.
Kiedyś wyśmiewałam się z kobiet, które pozwalają sobą pomiatać. Powtarzałam, że to ich wina, bo mogły odejść i po co tkwiły w tym gównie. Dzisiaj sama jestem w tym syfie po uszy.
Karmo, musiałaś?
Znacie kogoś, kto wyszedł kiedyś z legendarnej strefy friendzone? Nie? No, to teraz znacie. Udało mi się! No, przynajmniej na moment…
Agnieszka. Prawdopodobnie najpiękniejsza dziewczyna na naszym roku. Zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia. Szybko znaleźliśmy wiele wspólnych tematów, chodziliśmy na piwo, gadaliśmy o wszystkim. Byliśmy przyjaciółmi. Klasyczna sytuacja – facet ugania się za laską, ta daje nadzieję, ale jednocześnie odsuwa się, kiedy przyjdzie do zalotów.
Czasem rzuci jakiś komplement, tylko po to, aby uzyskać z tego jakąś korzyść, np. pomoc we wniesieniu szafki na trzecie piętro, gdzie ma mieszkanie.
Wypłacze się w ramię po rozstaniu z kolejnym facetem i wyszepcze ci w ucho „Szkoda, że na świecie nie ma takich facetów jak ty...” No, jak to nie ma? No tak, ale ty to nie facet, ty jesteś przyjacielem – pieskiem mającym nadzieję na kąsek wędlinki z pańskiego stołu.
Był wieczór. Siedziałem sobie w domu, kiedy zadzwonił telefon. Tak jak myślałem – Agnieszka upiła się z koleżankami i pilnie potrzebuje łosia, który zawiezie ją do domu. A ja, łoś, zawsze gotowy na najmniejsze skinienie palcem, już po 15 minutach byłem pod klubem. Wrzuciłem półprzytomną Agę na tylne siedzenie i zawiozłem pod jej klatkę. Dziewczyna była tak pijana, że musiałem pomóc jej wejść po schodach. Potem poprosiła mnie, żebym pomógł jej się umyć, przebrać w piżamę...
Zaczęliśmy uprawiać seks już pod prysznicem. Kontynuowaliśmy w łóżku. Zasnąłem wtulony w nią z uśmiechem zwycięstwa. Udało się, wreszcie się udało!
Rano obudziła mnie buziakiem. W policzek. „Dziękuję, że jesteś tak wspaniałym przyjacielem i pomogłeś mi w chwili, gdy cię potrzebowałam. Jesteś mi jak brat, wiesz?” - te słowa były jak wiadro zimnej wody wylanej na łeb. Ba, może lepiej powiedzieć, że woda była już tak zimna, że zdążyła zamienić się w wielką bryłę lodu, która z potężnym impetem uderzyła mnie w czachę.
Tak, Agnieszka była tak bardzo pijana, że w ogóle nie pamiętała tego, co miało miejsce parę godzin wcześniej. A może tylko udawała, że nie pamięta?
Bez słowa ubrałem się i wyszedłem z domu. Przestałem odbierać jej telefony. Tydzień później znalazła sobie nowego miniona. Dokładnie takiego samego jak ja – beznadziejnie zakochanego podnóżka żywiącego się rzucanymi z rzadka skrawkami nadziei. Ja już nigdy nie dałem się w ten sposób traktować przez żadną dziewczynę.
"Leczyłem się" z homoseksualizmu w pewnym ośrodku. To słowem wstępu. O tym, ze jestem gejem wiedziałem od zawsze. Pierwsze moje zauroczenia zawsze były w kolegach, potem pierwsze fascynacje seksualnością oraz pierwsze zakochania. Nigdy nie mówiłem otwarcie o swojej orientacji, wiedzieli tylko przyjaciele. Jednak pewnego dnia postanowiłem, że chciałbym poinformować o tym rodziców. Powodów było kilka, miałem dość ciągłego meczenia mnie w stylu "kiedy dziewczynę przyprowadzisz", chciałem po prostu, żeby wiedzieli oraz miałem wspaniałego partnera, z którym nawet mieszkałem, jednak musiałem utrzymywać, że to tylko współlokator.
Moja rodzina zawsze była zgrana i dobrze się rozumieliśmy. Nie sądziłem, że tak zareagują na wieść o mojej orientacji. Mama wpadła w panikę, tata był skrajnie oburzony. Gdy emocje lekko opadły, oboje stwierdzili, że ich to przeraza i chyba nie chcą mieć ze mną już nic więcej wspólnego. Płakałem jak dziecko. Byliśmy naprawdę świetną, kochającą się rodziną, więc tym bardziej nie mogłem pojąc jak taki szczegół mógł zmienić ich nastawienie do własnego dziecka. Jednak horror dopiero miał się zacząć. Rodzice uznali, że mam zacząć się leczyć jeśli chce, abyśmy dalej żyli w zgodzie. Nie chciałem żadnego leczenia, czułem się dobrze będąc gejem, ale czułem się tak potwornie zraniony, że zgodziłem się. Po prostu nie chciałem ich tracić. Dziś wiem, że to był błąd. Znalazłem pewne miejsce zajmujące się owym leczeniem. Wyglądało to trochę jak terapia grupowa. Było nas kilku, siadaliśmy w kółku i każdy przedstawiał swoja historie. Dostawaliśmy też zadania typu umówienie się z jakaś kobieta, a potem zdanie relacji ze spotkania i tego, co nam się w owej kobiecie podobało. Zaczynało się niegroźnie, jednak z czasem miałem wrażenie, że nie chcą z nas robić hetero, a homofobów.
Przede wszystkim straszyli nas jak ta orientacja złe na nas wpływa, że my niby cierpimy podświadomie, że od gejowskiego seksu pojawiają się problemy z potencją, że człowiek homo nie rozwija się prawidłowo, że prawdziwe szczęście jest tylko z kobietą. Do tego w sporej mierze opierano wszystko na religii (jestem ateistą), co również mi się nie podobało. Zaczęło nas straszyć jak źle skończymy, jeśli nie przestaniemy żyć w tym grzechu. Miałem tego dość. Ciągle wpajanie mi, jaki jestem zły, że jestem problemem dla społeczeństwa, że ja niby cierpię. Zacząłem się wtedy załamywać, w końcu sam zacząłem postrzegać siebie jako ten obrzydliwy błąd. Mimo wszystko dalej pociągali mnie mężczyźni, a tylko wmawiałem sobie, że podoba mi się jakaś kobieta.
Ogółem czułem się tak poniżony i wycieńczony, że po prostu zrezygnowałem. Uznałem, że moje cierpienie nie jest tego warte, nawet, gdy stracę rodziców. Tak tez się stało. Ówczesnego partnera tez straciłem przez to leczenie. I tak zostałem wrakiem człowieka, bez rodziny i miłości. Aż pewnego dnia spotkałem Kacpra. To największe szczęście w moim życiu. Wyciągnął mnie z tego stanu, dał mi wsparcie, zrozumienie i miłość. Już 5 lat jesteśmy razem.
Jestem prostytutką. Lubię swoją prace. Zawsze bardzo lubiłam seks, był dla mnie odprężający, uszczęśliwiał mnie i po prostu dobrze się bawiłam. Co prawda nigdy nie decydowałam się na szybkie numerki z obcymi, nowopoznanymi facetami, bo bałabym się czymś zarazić albo, że facet okaże się psycholem. Z początku umawiałam się przez internet na swoich zasadach. Najpierw spotkanie zapoznawcze, gdzie dowiadujemy się czegoś o sobie i wymieniamy się oczekiwaniami, a następnie jak się sobie spodobamy, to można zacząć spotykać się w docelowym celu. Oczywiście nie płaciliśmy sobie wzajemnie, chodziło jedynie o obustronna przyjemność. Tak poznałam wielu fajnych facetów, kilku z nich jest nawet moimi kolegami dzisiaj, ale już tylko kolegami, bo maja już swoje drugie polówki. Za to ja w ostatnim czasie zaczęłam potrzebować pieniędzy.
Studiuję medycynę i potrzebowałam więcej czasu na naukę, a praca pochłaniała go zbyt dużo, więc musiałam się zwolnic, bo nie utrzymałabym studiów. Wtedy zdecydowałam się na agencje towarzyską, jednak tam również praca wymagała większych ilości czasu. Ostatecznie wróciłam do umawiania się przez internet, tylko że już za pieniądze. Również najpierw chciałam poznać klienta i nie na wszystkie propozycje się zgadzałam. Obecnie pracuje tak już jakiś czas, umawiam się wtedy, gdy mam na to czas, dzięki czemu spokojnie zdążam z nauką, a pieniądze wystarczają. Ogółem czuję się szczęśliwa, naprawdę lubię taki przygodny seks, a do tego poznaje nawet bardzo fajnych facetów, z którymi mogę się nawet spotkać na zwykłą rozmowę przy kawie. I zawsze się zastanawiam, dlaczego kobiety takie jak ja są aż tak potępiane.
Nikomu nic złego nie robię, mi nikt tez nie. Również nie rozumiem jakoby moja praca była brakiem szacunku do samego siebie. Dla mnie taki brak szacunku jest wtedy, gdy robi się cos wbrew sobie, samemu zadaje się sobie ból lub dobrowolnie robi się cos, co odczuwa się jako poniżenie. Ja się tak w ogóle nie czuje. Nie robię niczego wbrew sobie, wręcz odwrotnie, sprawiam sobie przyjemność i jeszcze zarabiam. Także zupełnie nie czuję, abym robiła cos złego. A jakby kogoś ciekawiło czy miewam żonatych klientów to tak, ale odmawiam takim spotkań.
Co prawda to nie moja sprawa, co się dzieje w ich małżeństwie i nie jestem od umoralniania żonatych facetów, ale nie zgadzam się tylko dlatego, żeby uniknąć ewentualnych problemów z małżonkami owych panów. A raz się tak zdarzyło, że pan rzekomo w trakcie rozwodu zafundował mi później nękanie telefonami od jego żony. Dlatego dla własnego bezpieczeństwa unikam. I na koniec warto dodać, że mi nie chodzi o promowanie prostytucji ani nic z tych rzeczy. Dziele się tylko moim sposobem na prace, który jest dość anonimowy. Wiedza tylko najbliżsi przyjaciele i rodzice (nie podoba im się to, ale uszanowali mój wybór).
Pewnego razu w niedzielę handlową wybrałam się na szybkie zakupki. Jak się domyślić można kolejki do kasy były olbrzymie, a ludzie mieli zakupów na pół taśmy. Kiedy zajęłam miejsce i dzielnie czekałam na swoją kolej do skasowania, usłyszałam taki dialog starszego małżeństwa (mężczyzna ogólnie cały czas marudził):
- Ja nie wiem ileż można czekać! Jakie łosie robią zakupy w niedzielę o tej godzinie!
- No my.
I tak kolejne 10 minut nie usłyszałam już ani słówka z ust dziadziusia. :) Chyba go zatkało.
Historia o tym, jak poznałam mojego chłopaka, jest chyba najbardziej upokarzającą w moim życiu. Do tej pory nikt, oprócz nas, nie wie, jak naprawdę się poznaliśmy.
Rano, w dzień pierwszej randki z chłopakiem, z którym wtedy pisałam, dostałam potwornej biegunki. Nie będę opisywać więcej, ale lało się ze mnie co 5 minut. Za późno już jednak na odwołanie randki, więc szybko do apteki po stoperan i, myślę, jakoś to będzie. Umówiliśmy się w kawiarni, ja wyszykowana, w krótkiej sukience (było lato), koleś sympatyczny, gadka się kleiła, skowronki śpiewały, gdy nagle poczułam niebezpieczne kręcenie w brzuchu.
Wiedząc, co się święci, przeprosiłam chłopaka i szybkim krokiem udałam się do łazienki. Siedzieliśmy na zewnątrz przed lokalem, więc do pokonania miałam 3 małe schodki i drzwi. Już miałam sięgać za klamkę, gdy nagle drzwi się otworzyły i dosłownie wypadł z nich kelner. Ja, śpiesząc się do łazienki, chciałam go wyminąć, ale zrobiłam to tak nieudolnie, że potrąciłam jego tacę. Koleś się potknął i wywalił tacę na mnie, a mi w tym momencie niestety puściły zwieracze.
Wyobraźcie sobie, jak żałośnie wyglądałam, siedząc na schodach, po nogach cieknie mi rzadkie gówno, zostawiając ładną plamę zarówno na sukience, jak i stopniach, a dodatkowo moje włosy i ubranie są oblane kawą i lodami. Kelner w szoku, randkowicz dosłownie uciekł, ludzie patrzą z obrzydzeniem, ja bliska płaczu, ogólnie katastrofa. Kelner najszybciej się opamiętał, pomógł mi wstać, zaprowadził do łazienki, przyniósł z kuchni ręczniki i umył całe schody. Kiedy wyszłam z łazienki, poprosił mnie o numer, następnego dnia napisał, zaczęliśmy się spotykać i od dwóch lat jesteśmy w szczęśliwym związku. :) Teraz z całej sytuacji się śmiejemy, żartując, że widział mnie już w takim stanie, że nic go już nie przerazi, ale wtedy nie marzyłam o niczym innym, niż zapaść się pod ziemię.
Zdradzę Wam mój sekret, o którym do tej pory wie tylko kot.
Za każdym razem, gdy mam pewność, że przez dłuższy czas będę sama w domu - np. gdy mój mąż i synek urządzają sobie męski wyjazd na ryby - ubieram się w intensywnie kolorowe ciuchy, czeszę sobie kitki jak mała dziewczynka i zamykam w sypialni.
Tam przed lustrem tańczę i śpiewam na głos piosenki Arki Noego.
Nigdy oficjalnie się do tego nie przyznam.
Mam 32 lata i na co dzień pracuję jako księgowa.
Wolałem uratować moją dziewczynę niż czyjeś dziecko, a ludzie mnie za to potępiają. Mieszkamy w stanach i tu doszło do całego zdarzenia. Stałem na przystanku autobusowym z moją kobietą, obok stało dziecko (chłopiec, z 10 lat może), a kilka metrów dalej jego matka, która odeszła na bok, bo kłóciła się z kimś przez telefon. Ja stałem przodem do ulicy, moja dziewczyna przodem do mnie, wiec nie widziała co dzieje się na drodze.
Ważne jest, że przystanek był tuż obok zakrętu, który zasłaniał budynek, więc nie było widać co nadjeżdża. Wracając do wydarzenia, rozmawiałem z dziewczyną i pewnej chwili zobaczyłem tira jadącego tuż na nas, wyglądało jakby kierowca stracił panowanie nad kierownicą. To były dosłownie ułamki sekund, automatycznie rzuciłem się na dziewczynę i razem upadliśmy dosłownie 10 centymetrów obok kół. Tir uderzył w przystanek, praktycznie po nim przejechał. Natomiast dziecko nie miało tyle szczęścia, tir przejechał dokładnie pomiędzy mną i dziewczyną, a tym dzieckiem, jednak w dziecko trafiły części zmasakrowanego przystanku (taka budka). Byliśmy w takim szoku, że przez chwile nie docierało do nas, co się wydarzyło.
Ocknąłem się, gdy usłyszałem krzyki matki tego dziecka (ono samo przeżyło, choć było poturbowane). Chwile później była już tam policja, pogotowie, zabrano nas do szpitala. Kwintesencją tego wydarzenia jest to, ze o tym incydencie pisano w internecie, nie była to może głośna sprawa, ale w mediach informujących o aktualnych wydarzeniach się pojawiła. Było również nagranie z monitoringu. Z różnych źródeł dowiedziałem się, że kierowca był pod wpływem narkotyków oraz jakim jestem złym człowiekiem, bo zamiast ratować dziecko, wolałem ratować siebie i dziewczynę.
Czytałem wiele komentarzy, że przecież dzieci są najważniejsze, im należałoby pomoc w pierwszej kolejności. No tak, ale to było zupełnie obce mi dziecko. Ja nawet nie zwróciłem na nie uwagi podczas całego wydarzenia. W tak niebezpiecznych sytuacjach odruchowo chce się samemu uniknąć niebezpieczeństwa oraz uchronić bliskich, a nie myśli się o ludziach dookoła. Wiec nie rozumiem, dlaczego zostałem potępiony przez wielu ludzi.
Jeśli mógłbym decydować jeszcze raz, ponownie odciągnąłbym moja ukochana kobietę, zamiast obce dziecko, za co nawet mógłbym zapłacić życiem (rzucając się w stronę dziecka byłbym na środku toru przejazdu tira). I jest mi po prostu przykro, gdy spotykam się z komentarzami w internecie, że nie mam honoru, ze zdaniem "ekspertów" z internetu, którzy obejrzeli nagranie z wypadku, mógłbym i odepchnąć dziewczynę i rzucić się na dziecko. Albo stwierdzenia, że nie uratowałem dziecka, bo jestem obcokrajowcem (?). Jestem ciekaw ja ci ludzie sami, by się zachowali na moim miejscu. I przepraszam za ewentualne błędy językowe, ale już coraz rzadziej posługuje się tym językiem.
Dodaj anonimowe wyznanie