Gdy rozpoczęłam kurs na prawo jazdy, bardzo stresowałam się swoją pierwszą jazdą. Być może wynikało to z tego, że nigdy w życiu nie siedziałam za kierownicą. Nadszedł w końcu ten dzień, dostałam ze szkoły informację gdzie i jakie auto przyjedzie. Szybko nauczyłam się ruszać, nie było to wcale takie trudne. Gdy wyjechaliśmy na ulicę, nie mogłam opanować zerkania na skrzynię biegów, za co dostawałam co chwilę upomnienia od swojego instruktora, więc chcąc nie chcąc, musiałam w końcu okiełznać mój zły nawyk.
Jechaliśmy dalej w terenie niezabudowanym, szło mi coraz lepiej i w pewnym momencie nadszedł czas, żeby wrzucić „piątkę”. Noga na sprzęgło, ręka na... No właśnie. Ręka w emocjach zamiast na drążek poszła na... instruktora, który podsumował to: „Przecież się prawie nie znamy, poza tym mam żonę” :D
Chodzę do liceum, które połączone jest ze szkołą podstawową, co równoznaczne jest z dzieleniem korytarzy, toalet, sklepiku itp. Tym ostatnim się dziś zajmiemy.
Jakoś od 2-3 lat dzieciarnia jest straszna i okropnie rozpycha się w sklepiku, nie znając słów typu „kolejka”. Nikomu z liceum nie chce się walczyć z bachorami, więc uczęszczamy tam jak najrzadziej. Niestety dziś zapomniałam kanapek do szkoły, a lekcje od 8.00 do 17.05 sprawiają, że człowiek musi zjeść. Wygrzebałam jakieś drobniaki z plecaka i ruszyłam do sklepiku w oczekiwaniu na najgorsze. Po 10 min użerania się z dziećmi (była to długa przerwa), oberwania parę razy po żebrach i wyzwania od szmat wkurzyłam się. Wyciągnęłam za koszulkę najbardziej agresywnego dzieciaka i całej gromadce zaczęłam tłumaczyć, na czym polega kolejka, nie szczędząc niecenzuralnych słów.
Najpierw zostałam wyśmiana przez wadę wymowy (nie mówię r), a potem jedna z dziewczynek powiedziała, że mam uważać, bo nauczyciele i tak staną po ich stronie. I wiecie co? Miała rację. Moi rodzice zostali wezwani do szkoły, ocena z zachowania o jedną obniżona, oraz miałam przeprosić tego chłopca. Rodzice stanęli po mojej stronie, ale niestety jedyne co się udało, to nie muszę się poniżać przed tym chłopakiem.
Właśnie się dowiedziałam, że gdy tylko ludzie z rocznika dowiedzieli się o mojej karze, uznali, że zorganizują protest. Każdy ma dość, że te dzieciaki mogą wszystko (ostatnio jakieś dziewczynki z 5 klasy kompletnie zdewastowały łazienkę i jedyne, co im się dostało, to uwaga za złe zachowanie), a my obrywamy nawet za to, że się źle uśmiechniesz (ja nie żartuję). Może to coś zmieni.
Mam 25 lat, mój narzeczony jest alkoholikiem. Od 6 lat jesteśmy razem i przez ten czas cały czas pije, no może nie cały, bo chodzi do pracy, dobrze zarabia, ale jak ma wolne, to załapuje takie ciągi po kilka dni. Dużo osób mi mówi, żebym go zostawiła, ale nie potrafię, za bardzo go kocham i chciałabym mu pomóc, ale nie potrafię. Koleżanki z pracy mi mówią, żebym go zostawiła, a ja nie potrafię. Nie wiem co robić.
„Zmień towarzystwo! Poznaj nowych znajomych!” To jedne z najczęstszych rad, jakie Wy, Anonimowi dajecie. I wszystko super, tylko... jak? Ja wiem, że od toksycznych ludzi powinniśmy się odcinać i tak dalej, ale co jeżeli faktycznie (fizycznie) nie mamy takiej możliwości, bo np. chodzi o ludzi w naszej pracy, na studiach, o rodzinę? Studia zmienić, pracę rzucić, wyprowadzić się pod most? Okej, można iść na swoje, czyli w młodym wieku do akademika albo na stancję, ale później? Zmieniać pracę co pół roku albo częściej ze względu na środowisko? Bo gdzie WY znaleźliście to super tolerancyjne, akceptujące środowisko, które nie ocenia was przez pryzmat związku czy sukcesów zawodowych?
Pracuję w małej firmie, w której pracodawca wpadł w poważne kłopoty kadrowe, które spowodowały może jeszcze nie kłopoty finansowe, ale wyraźny spadek dochodów. Zmierzam do tego, że zrozumiałem, iż to idealny moment do wykorzystania problemów szefa i zażądania podwyżki. A jednak się boję, bo to wiąże się z poważną rozmową i zapamięta mnie jako tego, który wykorzystał jego ciężki czas. Moralność takiego zachowania to druga strona medalu, bo to trochę jak kopanie leżącego. Dodatkowo gdzieś z tyłu głowy jest cień szansy, że może mnie jednak w przypływie złości zwolnić.
Ciężko mi zaakceptować, że jestem takim tchórzem i nie potrafię wykorzystać czyjejś słabości jako sprzyjających okoliczności. Czuję się trochę jak taki nikt.
Jest w pobliżu mnie taki jeden pirat drogowy, który myśli, że dzięki sportowemu samochodowi za 200 tys. będzie fruwał, a nie jeździł. Nagrywa czasem relacje na Instagram i pokazuje, z jaką prędkością jedzie. Nie zważa, czy to teren zabudowany czy nie, zawsze powyżej 120 km/h. Niestety nie wiem jakimi trasami się dokładnie porusza, bo mieszka jakieś 30 km ode mnie. Chciałabym gdzieś to zgłosić, coś zrobić, ale nie wiem co. Codziennie tylko myślę, żeby mu jakieś dziecko czy zwierzę na drogę nie wyskoczyło, bo na pewno nie przeżyje tego starcia.
W ramach mojej pracy bywam w miejscu, gdzie studentki mają praktyki. Jest tam ogólnodostępny korytarz ze stolikami i krzesłami, żeby sobie usiąść na przerwie, odpocząć itp. Często zostawiają tam swoje rzeczy, bo i tak praktycznie nikt tam nie zagląda. No właśnie...
Kiedy tam jestem i wiem, że nikogo nie ma w pobliżu, przeglądam zawartość ich torebek i portfeli. Dreszcz emocji i adrenalina, jakie temu towarzyszą, trudno opisać. Zaznaczyć chcę, że NIGDY niczego nie zabrałem. Przypuszczam, że to bardziej z obawy, że łatwo mogłyby się domyślić, kto jest winowajcą niż przez sumienie. Zdarzyło się nawet, że oglądałem zawartości telefonów, ale najdłużej kilkanaście sekund, bo oprócz dokładnego zapamiętania układu przedmiotów w torebce musiałem jeszcze pamiętać, na jakiej aplikacji zostawiony był telefon.
Jeszcze mnie nie przyłapano.
Moja 5-letnia siostrzenica dostała na urodziny świetne gadżety: poduszkę z brokatem, puchaty różowy notes, plecak w jednorożce, pidżamę w świecące flamingi, skarpetki z kolorowymi jednorożcami.
Popatrzyłam na to i uświadomiłam sobie, że wyglądają dokładnie jak prezenty, które dostałam na swoje ostatnie urodziny i z których cieszyłam się jak nienormalna.
Mam 35 lat.
Mam ją córkę, dziewczę 11-letnie. Młoda nie jest złym dzieckiem, dobrze się uczy, a jedyne, na co mogłabym narzekać, to że zanim coś powie, w ogóle się nie zastanawia. Jako że jajcarz jest z niej niesamowity, to i ja postanowiłam troszkę ja wkręcić.
Jakieś dwa dni temu poszliśmy do restauracji na obiad. Młoda zadowolona pałaszuje, aż uszy się jej trzęsą. Na jednej z zamówionych sałatek znajdowały się chipsy. Ponieważ to z czego powstały nie było oczywiste i zastanawiałyśmy się, z czego są zrobione, postanowiłam dopytać kelnera. Gdy młoda udała się do toalety, a kelner zjawił się, pytając, czy wszystko w porządku, zapytałam, z czego one są. Po uzyskaniu odpowiedzi postanowiłam z młodej zażartować...
Młoda wróciła, przyszło do płacenia rachunku. Kelner przyszedł, a młoda zadała mu pytanie, z czego były te chipsy. Gdy usłyszała odpowiedź, trochę zrzedła jej mina, ale jadła dalej, bo dobre było.
I nigdy, ale to nigdy się nie dowie, że chipsy z sałatki to nie opalana świńska skóra, a jedynie uprażony chlebek pita. :D
PS Kelner miał ubaw po pachy, ale ukłony w jego stronę za poczucie humoru. ;)
Moim pragnieniem jest ostry numerek z dwoma mężczyznami naraz. Jestem przykładną panią nauczyciel, matką dwójki dzieci, a mój mąż w tej sferze jest hmm... Wstydzi się poprosić nawet o seks oralny...
Dodaj anonimowe wyznanie