Moje dzieciństwo przypadało na lata 80., więc nie było internetu, smartfonów i Wujka Google. A ja byłam bardzo dociekliwym i żądnym wiedzy dzieckiem, zadającym setki pytań. Domownicy odganiali się ode mnie jak od natrętnej muchy, mówiąc: „nie wiem”, „bo tak już jest” czy „zapytaj w szkole”. Co więc robiłam jako pomysłowa 9-latka, która chciała wiedzieć, dlaczego ludzie mają różne kolory oczu albo co to jest miłość francuska? Brałam książkę telefoniczną i jak spodobało mi się czyjeś nazwisko, oryginalne imię albo adres zamieszkania, to dzwoniłam do tej osoby z moimi pytaniami. Reakcje były różne – często krótkie „pomyłka” i odkładanie słuchawki. Ale niektórzy wdawali się ze mną w dłuższe pogawędki. A niektórzy chcieli wyciągnąć ode mnie zbyt dużo szczegółów na mój temat – wtedy szybko odkładałam słuchawkę.
Do tej pory wiem o tym tylko ja i ludzie, do których wydzwaniałam. No i teraz Anonimowi.
Kompletnie nie wiem, co robić. Jestem w rozsypce.
Studiuję, mieszkam w jednym z większych miast. Na mój kierunek wymagany był egzamin praktyczny i do ostatnich chwil nie wiedziałem, czy jestem zakwalifikowany. Dostałem się i wynająłem pokój z kolegą w okazyjnej cenie. W jednym pokoju mieszkam z kolegą, w drugim mieszka dwudziestoletnia właścicielka mieszkania, która dostała je od rodziców. Jest ona, że tak to ujmę, odmienna – goli włosy jedynie na głowie, ubiera się specyficznie i prowadzi rygorystyczną dietę. Celowo doprowadza się do wychudzenia, aby zatuszować „cechy płciowe”. Wylewnie o tym opowiada. Nie pozwala nam jeść w swojej obecności, a jak zjemy, to zaczyna płakać i ma atak paniki. Prowadzi prywatne konto na Instagramie z nagimi zdjęciami, które bez skrępowania obrabia przy nas, sugestie skutkują długim wykładem o ruchu body positivity. Chodzi nago po mieszkaniu i kompletnie nie przejmuje się tym, że dla nas to krępujące. Kiedy jest deszcz, wychodzi tak na balkon, kładzie się na kaflach i leży. Mówi do różnych obiektów bardzo emocjonalnie, potrafi kłócić się z łóżkiem itp. Gdy przyszła do mnie koleżanka, ona potajemnie ukradła jej papierosy, a w ich miejsce włożyła do paczki ołówki z IKEI i starą gumę. Ostatnio zaprosiliśmy ziomka, gotowaliśmy coś i nagle przyszła, wzięła nasz garnek, postała chwilę i wylała wodę z garnka na ziemię. Po incydencie powiedziała kilka wyrwanych z kontekstu słów i poszła spać. Na korytarzu...
Takich dziwacznych zachowań jest dużo, dużo więcej. Jest tak dziwnie, że czasem nie chcemy wracać do mieszkania, a nie stać nas na inne. Boimy się o jej zdrowie, kiedyś zapytaliśmy ją o psychiatrę, a ona szybko zmieniła temat. Mieszkanie jest w świetnej cenie, ale najzwyczajniej w świecie czuję, że powoli sam wariuję. Kumpel tak samo. Długo tam nie wytrzymam.
Jestem onlyfansiarą. Zdecydowałam się napisać to wyznanie, bo od dłuższego czasu zauważam totalne niezrozumienie tematu i umniejszanie młodym dziewczynom z powodu ich pracy. Również na tej stronie wielokrotnie spotkałam się z hejtem, chociaż nie robię nic złego.
Przede wszystkim, nie jestem złodziejką. Ustalam cenę którą użytkownik dobrowolnie płaci. Średnio miesięcznie zarabiam więcej niż większość ludzi na etacie, jest to kontrowersyjne ale nie moja wina że firmy słabo płacą. Blame the game, not the player. Oprócz tego normalnie płacę podatki, teoretycznie pewnie mogłabym to ominąć ale nie chcę.
Wielu z was pewnie utożsamia tą pracę z sutenerstwem. Mam kontakt z dziewięcioma koleżankami po fachu, każda z nas robi to dobrowolnie. Być może gdyby koszty życia nie były tak wysokie, niektóre poszłyby do "normalnej pracy" ale nie stać nas na to. Wbrew niektórym opiniom nie czuję się "szmatą bez godności", na większości streamów siedzę w bikini i głównie odpowiadam na komentarze widzów. Serio, może akurat ja trafiam na specyficznych fanów, ale tylko niektórzy z nich chcą ode mnie czegoś więcej niż zdjęcia stóp. Oczywiście w ostateczności mogę odmówić, przecież jestem wolnym człowiekiem.
No i najważniejsze: ja traktuję tą pracę jak misję. Mam około 10000 subskrybentów, z czego streamy ogląda zwykle jakieś 2000. Oczywiście większość z nich to żonaci faceci po czterdziestce. Ale jest też grupa około 250 stałych bywalców którzy codziennie punktualnie o 20 odpalają stream i czekają na mnie żeby zacząć pisać komentarze. Tak, dobrze myślicie - to incele którzy w realnym życiu nie mają szans na żadną relację, bo są albo skrajnie brzydcy albo toksyczni a najczęściej jedno i drugie. I to nie jest mój wymysł, oni sami mi to mówią, tytułując mnie królową (xd) zwierzają mi się ze swoich problemów. Poza codziennymi streamami wysyłam oczywiście zdjęcia wszelkiego rodzaju, ale również prowadzę indywidualne rozmowy na których powtarzam takim ludziom że są wartościowi, że ich problemy są ważne i nie są sami na świecie. Oczywiście to kosztuje ale zawsze mam tłumy chętnych.
I teraz taka refleksja na koniec: gdyby nie ja to gdzie ci chłopacy dostaliby chociaż namiastkę bliskości? Nigdzie. Rozmowa ze mną jest droga ale i tak tańsza niż profesjonalna terapia. A większość z nich jest tak zradykalizowana że nawet gdyby jakaś kobieta ich pokochała to i tak traktowaliby ją jak przedmiot. Tylko mi ufają, w sumie nie wiem dlaczego, chociaż mówią mi że wyglądam trochę jak postać z anime (mam różowe włosy i delikatne rysy twarzy). Wiele razy słyszałam że rozmowa ze mną to ich sens życia, że gdyby nie ja to już nie mieliby nic do stracenia i zaczęliby gwa*cić randomowe kobiety. To tyle. Oczywiście czasem rozbieram się na żywo, ale większość mojej pracy to właśnie takie słuchanie ludzi.
Pod wpływem alkoholu napisałem długą wiadomość do mojej żony, że przepraszam, bo ponownie nawalony w trupa siedzę w jakimś barze.
Obudziłem się rano, skacowany poszedłem do kuchni, wyjąłem z lodówki resztkę wódki i nalałem sobie klina.
Przeczytałem tę wiadomość, którą wysłałem. Miała status nieodczytany.
Nieodczytany, bo moja żona nie żyła wtedy już od pół roku.
Po tej akcji poddałem się i poszedłem po pomoc, najpierw na odwyk, potem do szpitala dla osób z problemami psychicznymi.
Obecnie żyję. Funkcjonuję... I płaczę częściej niż kiedykolwiek.
Chciałam się podzielić moją historią i poradzić bo chodzi o miłość mojego życia. Mam 16 lat właściwie to 17 w grudniu i jestem zakochana jak jeszcze nigdy wcześniej.
Od początku: mam starszego kuzyna i on ma takiego kolegę który często do niego przychodzi, bo robią razem jakiś biznes zresztą nieważne nie znam się na tym. Generalnie mieszkamy z tym kuzynem w jednym dużym domu i z naszymi rodzicami, więc ja też często u niego jestem. No ale do rzeczy ten kolega, czyli Michał ma 32 lata i jest po prostu boski, zresztą dorabia sobie jako model więc to o czymś świadczy. No naprawdę ma prawie dwa metry wzrostu, muskulaturę, brodę, długie włosy i taki cudowny niski głos jak Fronczewski. Jak go pierwszy raz zobaczyłam to poczułam że to ten jedyny na całe życie.
No niestety jak on przychodzi to ja najczęściej jestem w szkole, chociaż ostatnio jak chorowałam to trochę pogadaliśmy. On mi opowiadał o swojej pracy - jest managerem w polskim oddziale TikToka, rozumiecie? Nie dość że prestiżowa praca to jeszcze w aplikacji której ja codziennie używam. To musi być przeznaczenie, na pewno widział moje filmiki. No i mówił że się przeprowadza do takiego apartamentowca niedaleko mnie - kolejny znak. I jeszcze pokazał mi swojego Lexusa i powiedział że jak zdam prawko to da mi się przejechać. Niby w żartach, ale to jakby sugestia że będziemy razem.
I tutaj niestety dochodzimy do smutnej części. Po tym co napisałam pewnie pomyśleliście że ja i Michał jesteśmy dla siebie stworzeni, niestety to bardziej skomplikowane. Dziś podsłuchałam jak rozmawiał z moim kuzynem że rozstał się ze swoją dziewczyną, no po prostu nie do wiary że ona go nie chciała skoro jest idealny. Ale pomyślałam że trudno - jak jest głupia to ja spróbuję szczęścia. Trochę się wstydziłam tak prosto w oczy mu mówić o moim uczuciu, zresztą ktoś nas mógł usłyszeć. Wieczorem napisałam do niego (bo mnie dodał do znajomych) i postarałam się, naprawdę zapewniłam go że pasujemy do siebie.
Wiecie co odpisał? Cytuję "Lubię Cię ale jesteś zdecydowanie za młoda. To nie byłby zdrowy związek - jesteśmy na różnych etapach życiowych i mógłbym Cię tym skrzywdzić. Ale jest wielu wartościowych chłopaków w Twoim wieku, na pewno kogoś znajdziesz". Cały wieczór przepłakałam, przecież mogło być tak pięknie a on nie chce. Nie rozumiem jego oporów, oczywiście wiem co to pe*ofilia ale przecież nie jestem już dzieckiem. Byłoby w pełni legalnie. A on jest o niebo lepszy od kogokolwiek w moim wieku, dużo bardziej dojrzały. Czuję że jestem skazana na samotność.
To wyznanie będzie może kontrowersyjne dla niektórych. Długo się zastanawiałam, czy je wrzucać, ale w sumie widziałam tu już gorsze rzeczy.
Słowem wstępu: mam 25 lat, niedawno skończyłam studia i pracuję jako kierowniczka w oddziale korporacji w moim mieście (typowe biuro). Mam pod sobą kilkanaście osób, głównie studentów, jestem sprawiedliwa, ale wymagająca i mimo młodego wieku wzbudzam respekt. Mam chłopaka rok młodszego, on też pracuje, ale zarabia mniej. Mogłoby się wydawać, że to ja w tym związku „noszę spodnie”.
Prawda jest taka, że oboje od lat siedzimy w klimatach BDSM. Jesteśmy razem już czwarty rok i mamy układ, w którym jestem mu całkowicie posłuszna. W domu chodzę na czworaka, służę mu za podnóżek, przynoszę jedzenie do łóżka... Mamy kilka „swoich” ról, gdzie przebieram się np. za sukę, uczennicę albo pokojówkę, ale też cały czas eksperymentujemy z czymś nowym. Nauczyłam się prawie przez cały dzień nosić korek analny, a po powrocie do domu on zakłada mi obrożę z jego inicjałami. Często jem i piję z psich misek. Oprócz tego on ma pełną swobodę w dymaniu mnie, nie musi pytać, tylko od razu mnie rozbiera. A jak mu się nie chce, to zamyka mnie na całą noc w klatce. No i dyscyplinowanie. Może mnie ukarać właściwie za wszystko, a nawet bez powodu. Ostatnio byłam kilkanaście minut bita za to, że polajkowałam zdjęcie kolegi. Do tego różne sztuczki z ciężarkami (mam piercing w miejscach intymnych). Oczywiście rzeczy typu klamerki na sutkach, kaganiec czy pas cnoty stale są u nas w użyciu.
Po tym wszystkim może wyjaśnię wątpliwości: tak, jestem traktowana jak szmata, ale dzieje się to za moją dobrowolną zgodą. Po prostu tak lubię i cieszę się, że znalazłam drugą połówką z takim samym podejściem. Oczywiście wprowadziliśmy słowo bezpieczeństwa i on zawsze je respektuje. Ograniczeniem w jego władzy jest to, że nie ma prawa mnie zdradzić – wierność jest dla nas obojga najważniejsza. Mamy też przerwy w naszej zabawie – jeżeli co najmniej jedno z nas uzna, że jest tym przytłoczone, wracamy na jakiś czas do zwykłego związku. On po „wyjściu z roli” jest naprawdę czuły i troskliwy, przytulamy się i rozmawiamy jak typowa para. Dla ciekawych: tak, próbowaliśmy „odwrócić” naszą relację, ale nie wyszło. Paradoksalnie w łóżku nie potrafię rozkazywać, chociaż w pracy radzę sobie świetnie.
No i najważniejsze – nie wynosimy naszych upodobań na ulicę. Jestem bita tak, żeby ewentualne ślady były zawsze pod ubraniem. Jak ktoś do nas przychodzi, chowamy wszystkie gadżety. Mówię o tym tylko tutaj, nawet nasi najbliżsi znajomi nie mają pojęcia, że żyjemy inaczej niż wszyscy.
Trzy lata temu mój ojciec po raz pierwszy podniósł rękę na mnie i na moją mamę. Był pod wpływem alkoholu. Zadzwoniłam na policję, żeby go zabrali. Myślałam, że wszyscy będą mówić, że dobrze zrobiłam, w końcu może coś zrozumie i otrząśnie się, ale niestety, pomyliłam się. Nie miałam u nikogo wsparcia, zostałam sama. Babcia zrobiła mi awanturę, dlaczego zadzwoniłam na policję, przecież on jest dobrym facetem, a ja jestem niewdzięczna. Mówiła mi też, że przyniosłam wstyd rodzinie, bo przyjechała policja, pewnie coś się stało i będą gadać.
Moja mama z kolei miała gdzieś to, czy będzie bita, poniżana, ważne, żeby mieć gdzie mieszkać i nie kłócić się z teściową (babcią).
W tamtym roku miałam już skończone 18 lat. Spokojnie siedziałam w swoim pokoju odcięta od tej „kochającej się” rodzinki, grałam w grę i rozmawiałam ze znajomymi. Nagle ojciec (pijany oczywiście) wpadł mi do pokoju i zaczął mnie obrażać. Zapytałam tylko, czy ma jakiś problem. Pierwsze co, to wykręcił mi rękę i uderzył z pięści w głowę. Kiedy się podnosiłam, dostałam jeszcze z pięści w twarz. W tym momencie dla mnie to był koniec. Spakowałam rzeczy do plecaka, wzięłam laptopa i sprawdziłam, że brakuje mi pieniędzy do biletu. Otworzyłam torebkę mamy i wzięłam 20 zł. Zapłakana pojechałam do mojego chłopaka.
Jakiś czas później o wszystkim dowiedziała się moja wychowawczyni ze szkoły i postanowiła, że ona rozwiąże tę sprawę.
I tak dzisiaj, po paru latach walki, mój ojciec jest na odwyku, a ja skończyłam szkołę z bardzo dobrymi wynikami oraz zdaną maturą. W przyszłym roku chciałabym w końcu złożyć papiery na studia i całkowicie odciąć się od przeszłości i nigdy więcej o tym nie wspominać.
Mam dylemat i chciałem zapytać, jak to wygląda u innych, szczególnie u osób w związkach mieszanych albo mieszkających za granicą.
Od ponad 4 lat mieszkam w Danii. Duński znam raczej na poziomie podstawowym. Na co dzień spokojnie wystarcza angielski – praca, sklepy, lekarz, urzędy, wszystko da się ogarnąć. Przez te lata głównie na nim się opierałem.
Próbowałem uczyć się duńskiego, byłem nawet chwilę na kursie, ale szybko się zniechęciłem. Na piśmie jeszcze pół biedy, bo znając angielski czy niemiecki, część słów da się skojarzyć. Problem zaczyna się przy mówieniu – wymowa jest kompletnie nieintuicyjna, połowa liter znika, a całość brzmi bardzo gardłowo. Do dziś zdarza się, że zaczynam po duńsku, a rozmowa i tak przechodzi na angielski, bo szybciej się dogadać.
Rok temu poznałem dziewczynę, Dunkę. Od początku rozmawiamy po angielsku i działa to bez problemów. Od około 3 miesięcy mieszkamy razem i coraz częściej wraca temat wzajemnej nauki języków i to głównie ona tak delikatnie na to naciska.
Zabrałem ją też do Polski — Dania i Polska to w końcu prawie sąsiedzi, więc przy odrobinie wolnego można często przyjeżdżać. Chciałem, żeby poznała moją rodzinę i zobaczyła, jak wygląda moje życie.
I tu wyszło, że polski jest dla niej tak samo trudny jak duński dla mnie, a może nawet trudniejszy. Dla mnie duński to głównie wymowa, a dla niej polski to wszystkie „sz, cz, rz, ś, ć”. W ruchliwych miejscach mówiła, że wszystko brzmi jak jedno ciągłe szeleszczenie i nawet znane słowa trudno jej wyłapać.
Byliśmy też razem w sklepie – stałem obok, ale spróbowała sama zrobić zakupy po polsku. Wyszła z tego zestresowana, bo szybka mowa, dużo końcówek i presja kolejki były dla niej sporym wyzwaniem. Przy rodzinnych spotkaniach, gdy kilka osób mówi naraz, po chwili była po prostu zmęczona, bo zamiast rozmów słyszała jeden duży szum.
Trzeba jednak przyznać, że bardzo się stara. W sylwestra próbowała z pamięci powiedzieć mi „szczęśliwego nowego roku” po polsku, na święta napisała kartkę z prostymi zdaniami, a na urodziny dorzuciła kilka polskich słów. Dla niej to coś ważnego, a nie tylko gest.
Różnica między nami jest taka, że ona się tym nie zniechęca i cieszy się z małych postępów. Trochę jednak oczekuje podobnego zaangażowania ode mnie, a ja mam z tym problem, bo szczerze wolę angielski – to język, który znamy oboje dobrze i bez napięcia. Jak ona mówi po polsku, wychodzi to źle; jak ja po duńsku, nie jest lepiej.
No i pytanie: czy w takim związku nauka języka partnera naprawdę jest konieczna? Czy wystarczą podstawy i wspólny język, który działa? Gdzie jest granica między fajnym gestem a uczeniem się czegoś trochę na siłę?
Pracowałam jeszcze niedawno w sklepie. Nigdy już nie wrócę do pracy z ludźmi.
Czy tak ciężko zrozumieć, że czasem nie mamy drobnych albo że nie mamy jak rozmienić pieniędzy?! „Klient nasz pan!”, „Klient płaci – klient wymaga!”, „Jest to pani obowiązkiem, aby wydać resztę!”.
Przyszła kobieta, która chciała, abym rozmieniła jej 100 zł na jakieś drobniaki. Spokojnie tłumaczyłam jej, że niestety, ale mam bardzo mało drobnych, a firma mi ich nie daje i z dnia na dzień muszę sama je uzbierać. W rozmowę weszła wielka dama i mówi do tej kobiety: „Chce pani drobne? To niech pani chwilę poczeka!” i mówi do mnie: „Pani mi da ten produkt za 4,59 zł!” i kładzie mi banknot 200 zł na ladę. I złożyła na mnie skargę, bo nie miałam jak jej wydać... Kolejna dama chciała kupić coś za ok. 7 zł i kładzie mi na ladę 200 zł. Nie biorąc ich do ręki, zapytałam, czy nie ma drobniej. Obraziła się, zabrała pieniądze i wyszła. Na następny dzień złożyła skargę, że ukradłam jej te pieniądze. Na moje szczęście mieliśmy kamery, które były dowodem na moją niewinność. Ale to, ile ta baba narobiła mi wstydu przy wszystkich, wyzywając mnie od złodziejek, idiotek etc., to już moje...
Gdy klient wchodzi, to moim obowiązkiem jest rzucić wszystko i czekać na jego pytania itd. NIE MAM PRAWA USIĄŚĆ. Raz zdarzyło się, że po trzech dniach po 14 h dziennie byłam strasznie zmęczona. Musiałam zastąpić koleżankę. Wszedł klient, na to ja wstaję automatycznie. Pan powiedział, żebym się nie przejmowała i siedziała dalej, bo on musi się zastanowić. Następnego dnia dostaję wiadomość, że zostanie mi potrącone z pensji 300 zł za nieodpowiednią obsługę klienta... Kulturalny pan uprzejmie doniósł, że nie raczyłam ruszyć dupy, jak czegoś potrzebował. Kamery są bez dźwięku i na nic moje tłumaczenia. Zresztą skargi były z byle powodu. A to, że niechcący ubrudziłam opakowanie, z którego coś się wylało, że nie wytarowałam takiej siateczki „śniadaniowej”, która nie ważyła nic, że za drogo (przecież to nie ja ustalam ceny), że za cicho powiedziałam „dzień dobry” itd. Takich sytuacji było o wiele więcej.
Czy naprawdę klienci myślą, że ludzie, którzy pracują w sklepie, to niewolnicy albo jakieś maszyny?! Większość ludzi rżnie bogaczy i ekspertów w każdej dziedzinie. I wszyscy ci ukazują się brakiem szacunku dla innych. Jest to bardzo przykra postawa, bo nawet jak stawałam na rzęsach, żeby być „pracownikiem miesiąca” i dostać premię, to zawsze znalazły się powody, przez które potrafili mi uciąć pensję.
Zawsze oceniałam negatywnie zarówno zdradzających mężczyzn, jak i kobiety, które wiedziały, że sypiają z żonatym. A jednak sama się w taką sytuację wpakowałam. Miałam romans z żonatym.
Zakochaliśmy się sobie w pracy, wręcz błyskawicznie. Już po dwóch tygodniach od naszego poznania on zdecydował się zostawić żonę (nic wtedy między nami jeszcze nie było, nawet buziaka), mówiąc, że żona wrobiła go w dzieci, że ze sobą nie sypiają od lat, ba, nawet nie rozmawiają ze sobą, że na pewno żona też uważa, że lepiej się rozstać. Cóż, nie uważała tak. Zaczęła się ciąć, grozić, że coś sobie zrobi... więc zdecydował zostać z nią. Po miesiącu jednak stwierdził, że jej nie kocha i to małżeństwo nie ma sensu, że kocha mnie. Wyprowadził się, powiedział jej, że chce rozwodu. Wtedy dopiero zaczęliśmy ze sobą sypiać, byłam zakochana i pewna, że tak będzie lepiej dla wszystkich, że skoro ich małżeństwo nie istnieje od kilku lat, że małżeństwo to nie więzienie, że był uczciwy wobec niej i mnie i się wyprowadził...
Po dwóch tygodniach wrócił do domu, mówiąc, że go to przerosło. Że nie ma sumienia zostawiać dzieci, że żona zaczęła go szantażować, że nie będzie ich widywać, jego rodzice powiedzieli, że jeśli nie wróci do domu, to cała rodzina się od niego odwróci i nigdy się do niego nie odezwą. Wrócił. Kolejne dwa tygodnie później poprosił, żebym na niego poczekała. Że wysłał żonę do psychologa, kazał jej znaleźć pracę (nigdy nie pracowała), że z nią nie sypia i nie będzie, że potrzebuje tylko trochę czasu, żeby ją przygotować na swoje odejście, żeby to wszystko przebiegło delikatnie i żeby ona się na rozwód zgodziła. Miesiąc później ona się poddała i zaproponowała rozwód, miał tylko podpisać papiery, które ona już przygotowała. A on... odmówił, mówiąc, że się przestraszył. Że potrzebuje tylko trochę więcej czasu, że chce wszystko zrobić powoli, jak należy, przygotować na to dzieci. Więc ja czekałam, mówiąc, że boję się, że nigdy tego nie zrobi, że może lepiej skończyć, że muszę się zastanowić, ale sypialiśmy dalej razem. Cały czas utrzymywał, że przygotowują się z żoną do rozwodu, że ona wie i się przygotowuje i on robi wszystko, żeby się rozwieść.
Kilka dni temu odebrał od niej telefon w pracy i niechcący włączył głośnik na początku rozmowy. Rozmowa brzmiała: „Kochanie, co ci dzisiaj zrobić na obiad?”. Zapytałam, że jak to, ona do niego zwraca się „kochanie”, skoro są prawie w trakcie rozwodu?! Powiedział, że to tylko z przyzwyczajenia. Że nadal stara się z nią rozwieść i ona o tym wie. Nie uwierzyłam. Skontaktowałam się z nią. Ona o niczym nie wiedziała. Sypiają ze sobą, jest normalnie...
Pracujemy razem, on się do mnie nie odzywa, uważając, że zrobiłam mu świństwo. Ja. Jemu. A on tak mnie kochał... Potrzebował tylko więcej czasu.
Dodaj anonimowe wyznanie