Dwa dni temu do mojego mieszkania wleciała osa. Jako że panicznie boję się wszelkich latających owadów, oczywiście spanikowałam i w pierwszym momencie uciekłam do drugiego pokoju.
Mimo strachu zdołałam się przełamać, w końcu nie chciałam siedzieć pół dnia zamknięta w pokoju, więc odważyłam się i ostatecznie zabiłam wroga kapciem mojego taty. Dumna z siebie wzięłam zwłoki w chusteczkę, by spuścić je w toalecie i świętować triumf.
Tak złapałam, że wbiłam sobie żądło w palca.
Podpisano, życiowa kaleka.
Wiele lat temu, jako dziecko zaczęłam interesować się horoskopami. Nudziło mi się, więc zaczęłam dokładnie o nich czytać, potem próbowałam wychodzenia duszą z ciała i paru innych rzeczy w temacie ezoteryki. Po kilku tygodniach znudziło mi się to i olałam temat. Temat jednak nie olał mnie. Gdy zaprzestałam, zaczęły się dziać dziwne rzeczy w moim domu. Pierwszą sytuacją było, gdy siedząc sama w pokoju i czytając książkę, poczułam nagle chłód i spojrzałam w bok pomieszczenia. Zobaczyłam, jak z góry (okolice sufitu) zlatuje postać, przypominająca człowieka. Ta twarz... nigdy jej nie zapomnę. Zarazem piękna, jak i przerażająca. Po chwili zniknęła, a ja wybiegłam z krzykiem z pokoju. Potem się już zaczęło na dobre. Potworne koszmary w nocy, uczucie ciągłego obserwowania, kroki w środku nocy, głosy mówiące jakby łaciną, uczucie, jakby ktoś bił mnie po głowie, gdy już zasypiałam. Gdy którejś nocy nie wytrzymałam i wybiegłam na korytarz (słyszałam, jak ktoś po nim jakby biegał) to poczułam, że coś obok mnie przeleciało i moje ciało jakby stanęło w płomieniach, aż krzyknęłam z bólu. Spanie ze świętymi obrazkami pod poduszką kończyło się tym, że rano znajdowałam te obrazki na podłodze, a wizerunki osób, które pierwotnie się na nich znajdowały, miały oderwane głowy. Medalik został zerwany przez sen.
Rok, nawet więcej to trwało, zanim powiedziałam rodzicom, co się dzieje i egzorcysta musiał wypędzać to coś. Chciałabym tylko ostrzec innych przed tym, że naprawdę nie ma się co interesować tematami, które są tymi zakazanymi. Z jakiegoś powodu są dla nas właśnie zakazane i tego należy się trzymać. Dla jasności – za dziecka nie oglądałam horrorów, nie wmawiałam nic sobie, jedyną rzeczą, jaką sobie powtarzałam przez rok, było: „wydaje ci się, to tylko twoja wyobraźnia”.
Czemu o tym teraz wspominam? Bo zeszłej nocy znowu widziałam tamtą twarz, gdy spojrzałam w lustro, to coś przez ułamek sekundy stało za mną.
Od roku mieszkam i pracuję w jednym z większych miast w Polsce. Niestety nie stać mnie na wynajem mieszkania, a cenię sobie prywatność, więc żeby nie wylądować na bruku, kupiłem sobie przyczepę kempingową na kredyt, do tego wynająłem garaż z kanalizą i podłączeniem do prądu, w którym jest zaparkowana przyczepa. Za rok spłacę kredyt, a przyczepa zostanie i koszt życia praktycznie w centrum miasta będzie mnie wynosić poniżej kilkuset złotych miesięcznie.
A mówią, że życie w mieście jest drogie :D
Żona wypiła za dużo wina do komedii romantycznej, której morałem było, iż kluczowa w związku jest szczerość. No to ją wzięło na szczerość... Fascynujących rzeczy o niej się dowiedziałem. Np. to, że nie ma pewności, czy kilku byłych z czasów studiów nadal nie ma jej nagich zdjęć, ale to nie problem, większości jasno mówiła, że jest z nimi tylko na chwilę i nie mają żalu. Oraz to, że jak widzi, że się stresuję, to wrzuca mi do kawy tabletki uspokajające, bo „stres jest zły na krążenie”. A przy przyjaciółkach mówi o mnie tylko „mój piesek”. Bo pracuję w policji...
Chyba wolałbym tego nie wiedzieć.
Właśnie chłopak, który pracuje w przychodni w rejestracji, opowiedział mi fajną historię.
Pewnego razu zadzwoniła do nich jakaś kobietka z pytaniem, czy na USG jamy brzusznej musi przyjść osobiście.
Ręce opadają xd
Zorganizowałem mojej dziewczynie trójkącik, ponieważ bardzo tego chciała, po czym ona rozstała się ze mną, tłumacząc, że mimo że nam obojgu bardzo się podobało, to jednak może nie powinienem na to się zgadzać, bo „prawdziwemu mężczyźnie” nie wypada.
Uważam, że prawdziwy mężczyzna robi to, na co ma ochotę i nie przejmuje się zdaniem innych. Nawet jeśli mielibyśmy uprawiać seks tylko w takich trójkącikach, to uważam, że nie sprawia to, że będę gorszym mężczyzną.
A tak w ogóle to zależało mi tylko na tym, by była zadowolona...
Zniszczyłem swoje życie. Nie chodzi o to, że jestem alkoholikiem i wylądowałem pod mostem albo przegrałem pieniądze. Chodzi o to, że źle pokierowałem życiem, doszedłem do momentu, w którym wiem, że w najważniejszych momentach życia zawaliłem, podjąłem złe decyzje. Wybór szkoły, wybór studiów, wybór partnerki, budowa domu, praca. Zapędziłem się w kozi róg i przez zobowiązania nie ma odwrotu.
Zastanawiam się, dlaczego nikt mi w tych ważnych momentach nie pomógł, nie było żadnej rady, mentora, przyjaciela, który powiedziałby „co ty robisz?”. Rodzice, dziadkowie albo mieli to gdzieś, albo źle doradzali, nauczyciele tylko uczą, a nie wychowują, przyjaciele byli tak samo głupi albo głupsi. Na kogo może liczyć młody człowiek? Nic dziwnego, że jest tyle nieszczęśliwych ludzi dookoła, tyle rozwodów, tyle wypalonych zawodowo kolegów i tyle depresji. Człowiek tak naprawdę w najważniejszych chwilach nie ma obok siebie nikogo mądrego, kto mógłby z nim obgadać jego decyzje.
Powiecie, że to moje decyzje i nikt nie będzie brał za mnie odpowiedzialności. OK, ale ja mówię o rozmowie, o dyskusji, o pokazaniu tematu z innej perspektywy, a nie o wybieraniu za mnie.
Od parunastu lat zmagam się z depresją. Zaczęło się chyba, jak mój tata wyjechał za granicę. Mama i tak miała mnie gdzieś, więc opiekował się mną dziadek, a raczej pełnił funkcję opieki. Był ciągle zajęty pracą, miał ciężki charakter, ale pomimo sprzeczek był dla mnie najważniejszy. Pracował, by zapewnić mi wszystko, abym, broń Boże, nie odstawał od reszty. Nieraz nie było wody, odcinali nam prąd czy przez tydzień nie było co jeść. I tak dał mi więcej, niż mógłbym chcieć. Pomimo tego od lat byłem gnębiony w szkole i poza nią – ja, mały, pulchny dzieciak z kręconymi włosami i nadwrażliwością... Nieraz słyszałem, że jestem śmieciem czy bezwartościowym człowiekiem. Nauczyciele nazywali mnie sierotą, gdy sobie z czymś nie radziłem, a przecież byłem tylko dzieckiem. Jednak najbardziej zabolały mnie słowa mojego (jak myślałem) przyjaciela – powiedział mi, że jestem ku#wą, nie człowiekiem, i te słowa powtarzam sobie aż do teraz.
Kiedy miałem 17 lat, dziadek zmarł na moich oczach. Miał raka... odszedł, trzymając mnie za rękę. To był chyba najgorszy dzień w moim życiu. Po osiemnastce stwierdziłem, że pojadę do taty za granicę, za lepszym życiem. Myślałem, że będzie tam lepiej. Niestety, jego partnerka była alkoholiczką, robiła awantury, groziła tacie i mi, wyskakiwała z łapami i wyzwiskami (ale to raczej temat na inną historię). Tata i tak zawsze jej bronił. Ona szalała – przyjeżdżała policja – szpital i wracała do nas... i tak ciągle... Teraz od dłuższego czasu jest spokój, ale ja i tak cały czas się boję. Boję się, że to wróci.
Z tatą mamy dziwne relacje, bardziej przyjacielskie. Nie wiedziałem, czy mogę mu się zwierzać ze swoich problemów. W końcu nadszedł czas, że postanowiłem z nim porozmawiać. Płacząc, opowiedziałem mu wszystko: o szkole, o prześladowaniu, o tym, że byłem molestowany, o tym, że każdego dnia myślę o samobójstwie... o tym, że chciałbym już umrzeć. Jedyne, co usłyszałem od niego, to że... bywa, takie jest życie, przecież inni mają gorzej. Szczerze liczyłem na coś więcej, na jakąś rozmowę, wsparcie.
Pewnie myślcie, dlaczego nie poszedłem do psychologa, cóż, każdy to lekceważył, więc i jak tak robiłem, uznałem, że nie ma sensu nikomu zawracać tym głowy, po tylu latach nadal boję się tam iść, ale to uczucie, kiedy płacząc, sięgasz po telefon, by z kimś porozmawiać, zdajesz sobie sprawę, że jesteś sam... Po nieudanej próbie zdajesz siebie sprawę, że ci wszyscy ludzie mieli rację, jesteś do niczego, nigdy niczego nie osiągniesz, i zawsze będziesz nikim.
Miałam przyjaciółkę. No właśnie, miałam.
Zaprzyjaźniłyśmy się w podstawówce i trzymałyśmy razem aż do końcówki pierwszej klasy liceum. Byłyśmy skrajnie różne i miałyśmy skrajnie różne zainteresowania i znajomych, ale jakoś tak wychodziło, że zawsze byłyśmy blisko. A poróżniło nas zauroczenie, czy nawet można powiedzieć miłość.
Moja przyjaciółka zakochała się w starszym trzy lata chłopaku z drużyny siatkarskiej – czyli sportu, który zaczęłam uprawiać jeszcze w podstawówce. W liceum dołączyłam do żeńskiej drużyny siatkarskiej. On na trzecim roku był kapitanem męskiej. Mieliśmy łączone treningi. Od razu zaproponowałam mojej przyjaciółce, aby zaczęła się na nich zjawiać jako „wsparcie” dla mnie. Była to oczywiście przykrywka, aby mogła spędzać z nim więcej czasu. Ja sama czasami z nim gadałam i starałam się przy każdej okazji podpowiedzieć mu o niej dobre słowo. Z czasem zaczął podchodzić do nas na korytarzu, zagadywać, zapraszać na jakieś imprezy. No po prostu bajka, byłam przekonana, że w końcu jej się uda. A tu nagle złapał mnie po treningu w szatni (mieliśmy wspólną, dziewczyny przebierały się zawsze drugie, czyli czekał) i zaprosił mnie na randkę. Mnie. Koleżanka stała pod drzwiami i wszystko słyszała... Oczywiście odmówiłam, to nie tak, że mi się nie podobał, po prostu nie umiałabym tak postąpić. Mimo wszystko nie zaprzestał adorowania mnie i ciągłego zapraszania gdzieś, nawet z przyjaciółką, bylebym przyszła. Ona była załamana. I to nie tak, że mnie znienawidziła, po prostu za każdym razem, gdy na mnie patrzyła, łzy same pojawiały się w jej oczach. Była zazdrosna i smutna. A ja nic nie mogłam na to poradzić. Nie mogłam kolesiowi powiedzieć, że ona go lubi, to byłoby nie fair z mojej strony, gdy obiecałam, że tego nie zrobię. Poza tym byłyśmy obie nastolatkami i traktowałyśmy takie rzeczy naprawdę poważnie. Skończyło się na tym, że nasz kontakt się urwał. Nie zrobiłam nic złego, ale przyjaźń się skończyła.
Najlepsze, że sama w tym czasie byłam mocno zauroczona w koledze tamtego kolesia, ale nie chciał nawet słyszeć o umówieniu się ze mną (zapraszałam go), bo to byłoby „nie fair w stosunku do kumpla”. Potem znalazł sobie dziewczynę.
PS Tego chłopaka odrzucałam, aż nie skończył szkoły i dłużej, bo potem wpadaliśmy na siebie czasami na mieście.
Mam taką dziwną fobię: nie znoszę być mokra. To nie tak, że boję się wody, nie. Myję się regularnie, z tej strony wszystko jest w porządku. Panicznie boję się mokrego ubrania. Nie wiem, dlaczego tak mam, ale jest tak, odkąd pamiętam. Po wyjściu z wanny muszę bardzo dokładnie się osuszyć, żeby się ubrać. Do szału doprowadza mnie mąż, który przeleci tylko lekko ręcznikiem po ciele i zakłada bieliznę.
Powiecie, że to pikuś i są gorsze schizy? Z pewnością, ale też wyobraźcie sobie dziecko czy nastolatkę np. w lany poniedziałek. To był dla mnie koszmar, a wokół słyszałam tylko, że wymyślam. Nigdy nie pójdę na basen, bo nie będę się przecież kąpać nago, a mokry kostium nie wchodzi w grę.
Ot, takie niegroźne wyznanie, prawie anonimowe (mało kto o tym wie). Chciałam po prostu się wygadać, no i jestem ciekawa, czy jest na świecie ktoś jeszcze taki? Pozdrawiam anonimową rodzinkę!
Dodaj anonimowe wyznanie