Mam dylemat i chciałem zapytać, jak to wygląda u innych, szczególnie u osób w związkach mieszanych albo mieszkających za granicą.
Od ponad 4 lat mieszkam w Danii. Duński znam raczej na poziomie podstawowym. Na co dzień spokojnie wystarcza angielski – praca, sklepy, lekarz, urzędy, wszystko da się ogarnąć. Przez te lata głównie na nim się opierałem.
Próbowałem uczyć się duńskiego, byłem nawet chwilę na kursie, ale szybko się zniechęciłem. Na piśmie jeszcze pół biedy, bo znając angielski czy niemiecki, część słów da się skojarzyć. Problem zaczyna się przy mówieniu – wymowa jest kompletnie nieintuicyjna, połowa liter znika, a całość brzmi bardzo gardłowo. Do dziś zdarza się, że zaczynam po duńsku, a rozmowa i tak przechodzi na angielski, bo szybciej się dogadać.
Rok temu poznałem dziewczynę, Dunkę. Od początku rozmawiamy po angielsku i działa to bez problemów. Od około 3 miesięcy mieszkamy razem i coraz częściej wraca temat wzajemnej nauki języków i to głównie ona tak delikatnie na to naciska.
Zabrałem ją też do Polski — Dania i Polska to w końcu prawie sąsiedzi, więc przy odrobinie wolnego można często przyjeżdżać. Chciałem, żeby poznała moją rodzinę i zobaczyła, jak wygląda moje życie.
I tu wyszło, że polski jest dla niej tak samo trudny jak duński dla mnie, a może nawet trudniejszy. Dla mnie duński to głównie wymowa, a dla niej polski to wszystkie „sz, cz, rz, ś, ć”. W ruchliwych miejscach mówiła, że wszystko brzmi jak jedno ciągłe szeleszczenie i nawet znane słowa trudno jej wyłapać.
Byliśmy też razem w sklepie – stałem obok, ale spróbowała sama zrobić zakupy po polsku. Wyszła z tego zestresowana, bo szybka mowa, dużo końcówek i presja kolejki były dla niej sporym wyzwaniem. Przy rodzinnych spotkaniach, gdy kilka osób mówi naraz, po chwili była po prostu zmęczona, bo zamiast rozmów słyszała jeden duży szum.
Trzeba jednak przyznać, że bardzo się stara. W sylwestra próbowała z pamięci powiedzieć mi „szczęśliwego nowego roku” po polsku, na święta napisała kartkę z prostymi zdaniami, a na urodziny dorzuciła kilka polskich słów. Dla niej to coś ważnego, a nie tylko gest.
Różnica między nami jest taka, że ona się tym nie zniechęca i cieszy się z małych postępów. Trochę jednak oczekuje podobnego zaangażowania ode mnie, a ja mam z tym problem, bo szczerze wolę angielski – to język, który znamy oboje dobrze i bez napięcia. Jak ona mówi po polsku, wychodzi to źle; jak ja po duńsku, nie jest lepiej.
No i pytanie: czy w takim związku nauka języka partnera naprawdę jest konieczna? Czy wystarczą podstawy i wspólny język, który działa? Gdzie jest granica między fajnym gestem a uczeniem się czegoś trochę na siłę?
Pracowałam jeszcze niedawno w sklepie. Nigdy już nie wrócę do pracy z ludźmi.
Czy tak ciężko zrozumieć, że czasem nie mamy drobnych albo że nie mamy jak rozmienić pieniędzy?! „Klient nasz pan!”, „Klient płaci – klient wymaga!”, „Jest to pani obowiązkiem, aby wydać resztę!”.
Przyszła kobieta, która chciała, abym rozmieniła jej 100 zł na jakieś drobniaki. Spokojnie tłumaczyłam jej, że niestety, ale mam bardzo mało drobnych, a firma mi ich nie daje i z dnia na dzień muszę sama je uzbierać. W rozmowę weszła wielka dama i mówi do tej kobiety: „Chce pani drobne? To niech pani chwilę poczeka!” i mówi do mnie: „Pani mi da ten produkt za 4,59 zł!” i kładzie mi banknot 200 zł na ladę. I złożyła na mnie skargę, bo nie miałam jak jej wydać... Kolejna dama chciała kupić coś za ok. 7 zł i kładzie mi na ladę 200 zł. Nie biorąc ich do ręki, zapytałam, czy nie ma drobniej. Obraziła się, zabrała pieniądze i wyszła. Na następny dzień złożyła skargę, że ukradłam jej te pieniądze. Na moje szczęście mieliśmy kamery, które były dowodem na moją niewinność. Ale to, ile ta baba narobiła mi wstydu przy wszystkich, wyzywając mnie od złodziejek, idiotek etc., to już moje...
Gdy klient wchodzi, to moim obowiązkiem jest rzucić wszystko i czekać na jego pytania itd. NIE MAM PRAWA USIĄŚĆ. Raz zdarzyło się, że po trzech dniach po 14 h dziennie byłam strasznie zmęczona. Musiałam zastąpić koleżankę. Wszedł klient, na to ja wstaję automatycznie. Pan powiedział, żebym się nie przejmowała i siedziała dalej, bo on musi się zastanowić. Następnego dnia dostaję wiadomość, że zostanie mi potrącone z pensji 300 zł za nieodpowiednią obsługę klienta... Kulturalny pan uprzejmie doniósł, że nie raczyłam ruszyć dupy, jak czegoś potrzebował. Kamery są bez dźwięku i na nic moje tłumaczenia. Zresztą skargi były z byle powodu. A to, że niechcący ubrudziłam opakowanie, z którego coś się wylało, że nie wytarowałam takiej siateczki „śniadaniowej”, która nie ważyła nic, że za drogo (przecież to nie ja ustalam ceny), że za cicho powiedziałam „dzień dobry” itd. Takich sytuacji było o wiele więcej.
Czy naprawdę klienci myślą, że ludzie, którzy pracują w sklepie, to niewolnicy albo jakieś maszyny?! Większość ludzi rżnie bogaczy i ekspertów w każdej dziedzinie. I wszyscy ci ukazują się brakiem szacunku dla innych. Jest to bardzo przykra postawa, bo nawet jak stawałam na rzęsach, żeby być „pracownikiem miesiąca” i dostać premię, to zawsze znalazły się powody, przez które potrafili mi uciąć pensję.
Zawsze oceniałam negatywnie zarówno zdradzających mężczyzn, jak i kobiety, które wiedziały, że sypiają z żonatym. A jednak sama się w taką sytuację wpakowałam. Miałam romans z żonatym.
Zakochaliśmy się sobie w pracy, wręcz błyskawicznie. Już po dwóch tygodniach od naszego poznania on zdecydował się zostawić żonę (nic wtedy między nami jeszcze nie było, nawet buziaka), mówiąc, że żona wrobiła go w dzieci, że ze sobą nie sypiają od lat, ba, nawet nie rozmawiają ze sobą, że na pewno żona też uważa, że lepiej się rozstać. Cóż, nie uważała tak. Zaczęła się ciąć, grozić, że coś sobie zrobi... więc zdecydował zostać z nią. Po miesiącu jednak stwierdził, że jej nie kocha i to małżeństwo nie ma sensu, że kocha mnie. Wyprowadził się, powiedział jej, że chce rozwodu. Wtedy dopiero zaczęliśmy ze sobą sypiać, byłam zakochana i pewna, że tak będzie lepiej dla wszystkich, że skoro ich małżeństwo nie istnieje od kilku lat, że małżeństwo to nie więzienie, że był uczciwy wobec niej i mnie i się wyprowadził...
Po dwóch tygodniach wrócił do domu, mówiąc, że go to przerosło. Że nie ma sumienia zostawiać dzieci, że żona zaczęła go szantażować, że nie będzie ich widywać, jego rodzice powiedzieli, że jeśli nie wróci do domu, to cała rodzina się od niego odwróci i nigdy się do niego nie odezwą. Wrócił. Kolejne dwa tygodnie później poprosił, żebym na niego poczekała. Że wysłał żonę do psychologa, kazał jej znaleźć pracę (nigdy nie pracowała), że z nią nie sypia i nie będzie, że potrzebuje tylko trochę czasu, żeby ją przygotować na swoje odejście, żeby to wszystko przebiegło delikatnie i żeby ona się na rozwód zgodziła. Miesiąc później ona się poddała i zaproponowała rozwód, miał tylko podpisać papiery, które ona już przygotowała. A on... odmówił, mówiąc, że się przestraszył. Że potrzebuje tylko trochę więcej czasu, że chce wszystko zrobić powoli, jak należy, przygotować na to dzieci. Więc ja czekałam, mówiąc, że boję się, że nigdy tego nie zrobi, że może lepiej skończyć, że muszę się zastanowić, ale sypialiśmy dalej razem. Cały czas utrzymywał, że przygotowują się z żoną do rozwodu, że ona wie i się przygotowuje i on robi wszystko, żeby się rozwieść.
Kilka dni temu odebrał od niej telefon w pracy i niechcący włączył głośnik na początku rozmowy. Rozmowa brzmiała: „Kochanie, co ci dzisiaj zrobić na obiad?”. Zapytałam, że jak to, ona do niego zwraca się „kochanie”, skoro są prawie w trakcie rozwodu?! Powiedział, że to tylko z przyzwyczajenia. Że nadal stara się z nią rozwieść i ona o tym wie. Nie uwierzyłam. Skontaktowałam się z nią. Ona o niczym nie wiedziała. Sypiają ze sobą, jest normalnie...
Pracujemy razem, on się do mnie nie odzywa, uważając, że zrobiłam mu świństwo. Ja. Jemu. A on tak mnie kochał... Potrzebował tylko więcej czasu.
Za dwa tygodnie mam studniówkę.
Jestem dziewczyną, więc są to emocje związane z wybieraniem sukienki, butów, później paznokcie u stylistki, makijaż u kosmetyczki czy fryzura u fryzjerki. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie oczywisty fakt – nie mam z kim iść.
Wszyscy moi kuzyni są za starzy, brzydko mówiąc, nie mam brata, chłopaka ani innych kolegów. Chłopcy z równoległej klasy idą z dziewczynami, a tylko 3 na 19 dziewczyn nie ma partnera. Niby to teraz nic takiego nie iść z kimś, ale ja zaczynam to strasznie przeżywać i odechciewa mi się iść na tę imprezę. W dodatku jak moja rodzina dowiedziała się, że idę sama, to posypały się komentarze typu: „Nie rób siary”. Nie wiem, co mam robić i czy będę się dobrze czuła na tej imprezie wśród tylu par.
W szkole największą trudność sprawiała mi matematyka. Miałam bardzo wymagającą nauczycielkę, która gardziła uczniami słabymi z matmy, w tym mną. PO pierwszym słabym sprawdzianie byłam u niej skreślona. Strach było poprosić ją o wytłumaczenie czegokolwiek, bo często powtarzała: „Jak można tego nie rozumieć, to takie proste!”. Nie rozumiałam, więc ciągle łapałam złe oceny. Przez ten jeden przedmiot cała moja edukacja zamieniła się w koszmar. Uczyłam się w każdy weekend, siedziałam nad książkami i miałam często powtarzające się koszmary, że oblewam matmę. Nie zliczę wakacji i ferii, na których zamiast się bawić, to zamartwiałam się matematyką i tym, czy sobie poradzę. Co dziwniejsze, z innymi przedmiotami nie miałam żadnych problemów.
W końcu poszłam na korepetycje. I wyszło na to, że wystarczyło poświęcić mi trochę czasu na wyjaśnienia, żebym zaczęła wszystko rozumieć... Okazało się, że jednak to nie ja jestem beznadziejna – po prostu poprzednia nauczycielka nie potrafiła mi nic wyjaśnić, bo po prawdzie nawet się nie starała. Po kilku tygodniach korepetycji pierwszy raz dostałam czwórkę ze sprawdzianu z matmy i to był szok dla mojej nauczycielki. Uznała, że ściągałam... Wzięła mnie do tablicy i przemaglowała na wszystkie sposoby, a ja, choć zestresowana, poprawnie rozwiązywałam zadanie po zadaniu. W końcu musiała uznać, że faktycznie umiem to zrobić sama. Jej niedowierzającej miny nigdy nie zapomnę, a satysfakcję na wspomnienie tamtej chwili odczuwam do dziś :)
Czy zdarza Wam się mówić przez sen? Mnie niestety tak. Mam 23 lata, a zapytana o coś przez sen wciąż mówię prawdę, np. co o kimś myślę itp. Gdy się obudzę, nie pamiętam tego, czuję tylko mega suchość w ustach.
Dzisiaj zdarzyło mi się wygadać przy popołudniowej drzemce w salonie, że jestem w ciąży. Mama z naszą sąsiadką były chyba zaskoczone...
Cóż – ominęło mnie stresujące wyznanie. Choć nie tak to sobie wyobrażałam. Dziś wieczorem czeka mnie poważna rozmowa z rodzicami.
Kiedy czasem mam bardzo zły humor, bo przytłacza mnie zło, które widzę dookoła, nie umiem znaleźć powodu do ruszenia dupy z łóżka, albo zwyczajnie mam okres, lubię sobie wyobrażać, że jestem prezydentem Polski i mam władzę nad wszystkimi (spokojnie, wiem że w rzeczywistości prezydent nie ma takiej władzy ;) ).
Potrafię tak rozmyślać godzinami, czasem nie przesypiam przez to pół nocy, udaję że śpię przed facetem, żeby nie pytał czemu znów myślę o tych głupotach (kiedyś mu się zwierzyłam, ale mnie wyśmiał). Przypominam sobie wtedy wszystkie smutne historie, na przykład zgwałconych kobiet i w wyobraźni ustanawiam prawo, że karą za gwałt jest także srogie zgwałcenie i pobicie. Albo wprowadzam nowe płace i to ci pracujący najciężej zarabiają dużo, a politycy mało, w gazetach wszystkie treści są weryfikowane, aby nikogo nie skrzywdzono, likwiduję portale plotkarskie, nakazuję, aby więźniowie pracowali na swoje jedzenie, a w zamian nakazuję lepiej karmić dzieci w domach dziecka.
Wyobrażam sobie też, że sama mieszkam w zwyczajnym domu, żyję jak normalny obywatel, a ludzie katujący zwierzęta są albo leczeni psychiatrycznie, a jeśli są poczytalni, to sami zostają przywiązani do drzewa w upalny dzień bez picia. Strasznie to lubię i jest to w zasadzie jedyny sposób na to, żeby poprawił mi się humor.
Trochę chore, prawda? Wymuszanie dobra w ludziach nawet poprzez surową karę. Ale strasznie marzy mi się, żeby świat był sprawiedliwy. Wiem, że to dziecinada i naiwność. Utopia. Ale te rozmyślania to naprawdę jedyna rzecz, która mi pomaga trochę odgonić tę szarą rzeczywistość, która czasem wyjątkowo mocno mi doskwiera... i wszystko jest okej, tyle, że jestem dorosłą kobietą, która powinna już przestać żyć marzeniami o dobrym, przyjaznym dla wszystkich, świecie. Po prostu chce mi się płakać, jak myślę że na świecie oprócz ogromnego dobra, codziennie dzieje się również niewyobrażalne zło i niewinni, bezbronni ludzie cierpią. Wiem, czas dorosnąć...
Gościnnie prowadziłem prelekcję na konwencie kultury japońskiej. Mieliśmy drobne problemy techniczne, więc postanowiłem użyć swojego laptopa, który często noszę w pogotowiu na takie wypadki. Podłączyliśmy sprzęt włącznie z głośnikami i rzutnikiem, który wyświetlał obraz z komputera na ścianie za moimi plecami. Szybko zalogowałem się w akompaniamencie panicznego: „Nienienienienienie!”, wydobywającego się z ust mojej obecnej na sali dziewczyny...
Taaak, okazało się, że w ramach „pikantnej niespodzianki” ustawiła na tapecie swoje nagie zdjęcie.
Alkohol piję jedynie okazyjnie na jakichś przyjęciach, więc niezbyt często martwię się tym, czy mam nadal alkohol we krwi, gdy wsiadam za kółko. Jednak trafiła się okazja, kilkanaście kieliszków, a w następny dzień muszę pojechać poza miasto.
Szybka kalkulacja i wychodzi, że już powinienem być czysty, ale dla pewności postanowiłem jechać na komisariat i sprawdzić to alkomatem. Nie wiem, co mnie zaćmiło... Pojechałem samochodem...
Na szczęście wyszło, że jestem czysty jak łza, ale w ramach połatania mojego sumienia i kary za głupotę wpłaciłem pieniądze na fundację na rzecz ofiar pijanych kierowców.
Pracowałem kiedyś w małym sklepie spożywczym, sam na zmianie i jak każdego, czasami cisnęło mnie na dwójkę. Jak nie udało mi się załatwić sprawy rano, to przeważnie robiłem to po pracy, mimo że czasami ciężko jest to wstrzymywać, to w sklepowej toalecie nawet nie myślałem się załatwiać, tym bardziej że byłem sam.
Któregoś dnia, gdy wstałem bardzo późno, postanowiłem po drodze zajechać do drive-thru po śniadanie, bo na zrobienie śniadania w domu nie miałem czasu. Wzięcie dużej kawy i kanapki okazało się być DUŻYM błędem, bo już po jakiejś godzinie zaczęło mnie niesamowicie cisnąć. Zaczęła się panika, że nie wytrzymam do końca dniówki i gruba rozkmina, jak sobie ulżyć. Mam to! Zamknę po prostu na chwilę sklep i może nic się nie stanie, żeby sobie ktoś nie pomyślał, że faktycznie zamknięte, to przykleiłem kartkę „Zaraz wracam”. Po wszystkim z dużą ulgą otworzyłem sklep, martwiąc się, że w te parę minut spławiłem sporo potencjalnych klientów.
Minęło parę godzin, przewinęło się tylko parę osób, które zawsze coś w ten dzień kupują, ale nikogo poza tym... Myślę sobie, że niedziela, wakacje, może wszyscy na wczasach. I tak, trochę przejmując się tą sytuacją, dotrwałem do zamknięcia. Tego dnia pobiłem chyba rekord na najniższy utarg i w myślach zgoniłem wszystko na ostatni weekend wakacji.
Jakież było moje zdziwienie, gdy na następny dzień, zbliżając się do drzwi sklepu, zobaczyłem na drzwiach dużą kartkę z napisem: „ZARAZ WRACAM”...
Dodaj anonimowe wyznanie