Mam na imię Ilona, moja przygoda zaczęła się 25 lat temu.
Skończyłam liceum, na studia dzienne się nie dostałam, pracy też nigdzie nie mogłam znaleźć. Zatrudniłam się w agencji towarzyskiej... Po kilku tygodniach mój brat dwa lata starszy zaczął coś podejrzewać i mnie śledził, przyszedł do agencji jako klient i spośród czterech dziewczyn wybrał mnie. Poszliśmy do pokoju, myślałam, że mi coś wygarnie, ale nie - zachował się jak normalny klient, zapłacił i po wszystkim wyszedł, ja też później wróciłam do domu, ale go nie spotkałam. Dopiero po kilku dniach rano zostaliśmy oboje sami w domu, bo rodzice byli w pracy na rannej zmianie. Brat przyszedł do mnie do łóżka, przykrył się kołdrą i zaczął się do mnie dobierać. Zaczęłam się bronić i go odpychać, a on zaczął mnie szantażować, że powie wszystko rodzicom, a po drugie, że nie ma zamiaru mi płacić w burdelu, więc ustąpiłam i mnie przeleciał. Po wszystkim powiedział, że za milczenie muszę mu dać się przelecieć raz w tygodniu, no i przystałam na to. Robiliśmy to chyba przez dwa lata, często nawet bez prezerwatywy, no i któregoś razu mnie zapłodnił. Powiedziałam, że teraz ja powiem o wszystkim rodzicom, no i mi dał od tego czasu spokój.
Ciążę oczywiście usunęłam.
Mam chłopaka, z którym jestem od 2,5 roku. Żyje nam się względnie dobrze. Bywały już bardzo poważne kryzysy, przez które o włos nie bylibyśmy teraz razem. Przez te 2,5 roku nauczyliśmy się siebie, tego, jak ze sobą rozmawiać, jak nie denerwować niepotrzebnie nawzajem itd. I jestem z tego bardzo dumna, jednak jest coś, co nie daje mi spokoju. A mianowicie jego była dziewczyna.
Historia sprzed potopu, nie mają już ze sobą prawie żadnego kontaktu, ale w jakichś szczegółach życia codziennego daje o sobie gdzieś znać co rusz. "Ich" piosenki, ulubione seriale, blebleble. Rzeczy, które można nazwać śmiało głupotami, o które nie należy się martwić. A jednak gdzieś w środku wierci mi to dziurę w brzuchu, że oni mieli coś takiego, co w ułamku sekundy może przenieść ich do ich wspólnych wspomnień. A my nie mamy nic. Zupełnie. Czasem nachodzą mnie głupie myśli, że gdybyśmy się rozstali, to nie byłoby niczego, co mogłoby mu o mnie przypominać, tak jak o niej.
Pisząc to wyznanie zdaję sobie w pełni sprawę jak absurdalnie to brzmi, ale zwyczajnie czuję się zazdrosna, smutna i podłamana. I nie wiem co zrobić :(
Jestem komunikatywną, atrakcyjną, szczupłą, długowłosą i długonogą blondynką. Mam trzydzieści parę lat i od roku jestem pracownikiem biurowym w dużej firmie. Pracuje tam też o 6 lat starszy ode mnie M. Nie jest to typ klasycznego przystojniaka. Jest szczuplutki, niewysoki, lekko przygarbiony, siwieje, ma zakola, wiecznie podkrążone oczy i duży, asymetryczny nos. Wiem, że mało kto go lubi, obiady zawsze jadał sam i rzadko ktokolwiek rozmawiał z nim dla przyjemności. A mi od początku ten właśnie mężczyzna straszliwie zawrócił w głowie. Tak bardzo mi się spodobał, że często przyciągał mój wzrok i patrzyłam na niego nawet mimowolnie.
W pewnym momencie chyba to zauważył, bo zaczął odwzajemniać moje spojrzenia i szukać mnie wzrokiem. Czasem zdarzało się nam porozmawiać w sprawach służbowych, a wtedy widziałam, jak ukradkiem na mnie zerkał. W końcu przypadkiem okazało się, że mamy sporo wspólnych tematów i bardzo dobrze nam się rozmawia. Zaprosił mnie w końcu do kina na film, który oboje chcieliśmy obejrzeć. Szybko zakochaliśmy się w sobie jak wariaci. Uwielbiam jego twarz i każdy skrawek jego ciała, jego spokój i zrównoważenie, jego ciepły, niski głos. A przede wszystkim jest doskonałym, mądrym rozmówcą i kocham spędzać z nim czas. Znam i akceptuję jego historię, a on poznał i zaakceptował moją. Jest dla mnie idealny, zupełnie inny od moich byłych partnerów.
Irytują i zniesmaczają mnie tylko znajomi z pracy, którzy na wieść o "nas" zaczęli przeprowadzać ze mną dziwne rozmowy w stylu "ogarnij się, przecież on nie jest z twojej ligi" (heee??), "marnujesz sobie życie" i tym podobne chore teksty. Skończyło się na tym, że przestałam rozmawiać z częścią osób po tym, jak powiedziałam im, że są płytcy i puści i nakazałam odwalenia się od mojego życia prywatnego.
Jestem bardzo szczęśliwa z moim M, ale jednocześnie zdruzgotana tym, jacy ludzie mogą być okropni. Nie myślałam, że kiedykolwiek zetknę się z takim zachowaniem. Najgorsze jest to, że M część rzeczy również słyszał i choć nic nie mówił, to wiem, że jest mu przykro. Nie chcę, żeby kiedykolwiek cierpiał, szczególnie przez takich idiotów. Boję się, że takie coś może negatywnie wpłynąć na mój związek, a naprawdę robi się z tego coś poważnego. Trzeba poważnie i intensywnie zacząć szukać innej pracy i odciąć się od tego toksycznego towarzystwa. Życzcie nam szczęścia!
Miałem operację kolana. Wiadomo, narkoza czy jakieś tam znieczulenia (nie znam się na tym).
Ważny jest fakt, że długo nie miałem czucia od pasa w dół, a jeszcze dłużej miałem problem z wysikaniem się. Kaczka w łóżku, pomóc taty i przejście do łazienki, nic. Było tak przez 2 dni, aż chcieli założyć cewnik.
Pamiętam jak wszyscy mówili, że mam sikać, że się nie bać. Tak mi to weszło w głowę, że miałem sny, podczas których rzesze ludzi, pielęgniarki itd. namawiały mnie na jedyneczkę.
Pewnej nocy, rok po operacji, mając 17 lat, będąc w objęciach Morfeusza powiedziałem "niech Wam będzie" i zsikałem się w łóżko.
Nikt nie wie, że to się stało.
Nikt nie wie, że czasem, po 8 latach, zdarza się taki sen. Robię wtedy wszystko, żeby się od razu obudzić, bo wiem, że mogę ich posłuchać...
Wielokrotnie czytałam wyznania osób, które bały się wyznać rodzicom prawdę co do "odmiennej" orientacji. Mam odwrotny problem.
Moja mama, boleśnie doświadczona przez życie w kwestii relacji damsko-męskich, ze wszystkich rzeczy na świecie pragnie, żebym była lesbijką. Do tej pory to ignorowałam, jednak teraz, gdy poznałam fantastycznego chłopaka, którego chciałabym jej w końcu przedstawić, mam trochę obaw... :)
Ostatnio jadąc pociągiem relacji Stargard - Katowice byłem świadkiem udanego podrywu i perfekcyjnego chamstwa.
Do pociągu wsiadła dziewczyna i jej miejsce było na czwórce ze stolikiem, przy którym siedziało dwóch typa.
Pitu pitu, dziewczyna wyciągnęła laptopa i zaczęła "pracować". Facet siedzący obok niej położył głowę na jej ramieniu i zaczął czytać to, co skrobała na klawiaturze.
Widać było, że dziewczyna z tych nieśmiałych, delikatnych i spokojnych. Nawet nie zwróciła mu uwagi, tylko robiła swoje. Po 30 minutach typ się ogarnął i rzucił: "Przepraszam, że ja tak do pani, ale ja to zawsze chciałem być doktorem Housem, ale nie chciało mi się studiować. Ale wie pani, jak biegam, to serce mi przyspiesza, może pani powie co mi jest? Arytmia czy jakiś zakrzep może?"...
Generalnie spędzili ponad godzinę na rozmowie. W Poznaniu dziewczyna wysiadła. Ledwie pociąg ruszył, a typ do swojego kolegi mówi, że dała mu fejsa, to już ma pierwszą do wygrania zakładu.
I naprawdę mi jej szkoda, bo wydała się taka sympatyczna i delikatna, a taki dupas ją zbajerował... I to rudy!
Pokłóciłam się z moim chłopakiem, który jest o mnie chorobliwie zazdrosny. Obraził się na mnie, bo przygotowałam na śniadanie zbyt słoną jajecznicę. Tak właśnie.
Stwierdził, że na pewno (!) muszę być w kimś zakochana, bo babcia zawsze mu powtarzała, że jak ktoś przesala, to oznacza, że dopadła go miłość. Powiedział, że nie widzi sensu w tym związku, „skoro ja myślę o innym fagasie”.
Serio? I że to niby z kobietami się ciężko dogadać?
W gimnazjum byłam bardzo, ale to bardzo zakochana w jednym chłopaku z klasy. Dajmy mu na imię Adam. To było moje pierwsze poważne zauroczenie. Adam jest bardzo mądry i inteligenty, przystojny i wysportowany. Do tego bardzo miły i czuły. Dużo dziewczyn się w nim podkochiwało, ale miałam to szczęście, że tak jak on uwielbiałam nauki ścisłe, byłam (jestem) naprawdę bystra i dlatego to ze mną miał najlepszy kontakt.
Pisaliśmy ze sobą bardzo dużo, głównie SMS-y. Wiem, że to na swój sposób niedojrzałe, ale wtedy tacy byliśmy - niedojrzali w uczuciach tchórze.
Miałam nad Adamem tę przewagę, że oprócz nauk ścisłych uwielbiałam literaturę, pisałam wiersze, artykuły i opowiadania, nie z przymusu, ale z pasji.
Kiedyś dostaliśmy zadanie domowe z polskiego, musieliśmy napisać jakieś opowiadanie albo reportaż, nie pamiętam dokładnie. Adam pisał do mnie, jak będzie wyglądać moja praca, czy dam mu jakieś rady, czy pomogę. Pamiętam, że napisałam do niego, że w niego wierzę. On odpisał: "Wiedziałem, że we mnie wierzysz. Czułem, że we mnie wierzysz". Dodał jeszcze dwukropek i gwiazdkę, co po prostu podkreśliło sympatię (a może uczucie?) płynącą z tego SMS-a. Wysłałam mu wiadomość: "Mam taką wielką nadzieję. Liczę na Ciebie. Na nas". Odpowiedzi nie otrzymałam. Nasze stosunki się nie zmieniły, miałam wrażenie, że utknęłam w głębokim friendzonie. Chodziliśmy razem na spotkania pewnej grupy, na łyżwy. Dobrze się dogadywaliśmy. Potem on znalazł dziewczynę (głęboki cios w moje serce), a ja chłopaka. Po gimnazjum poszliśmy do różnych szkół, teraz studiujemy w różnych miastach. Kontakt utrzymujemy. Czasami ze sobą piszemy, dowiadujemy się, co słychać itp. itd.
Dlaczego piszę to wyznanie? Ostatnio przy przeprowadzce znalazłam mój stary cegłofon, z którego wysyłałam SMS-y do Adama. Zmieniłam go na nowszy model kilka dni po wysłaniu wiadomości, o której wspomniałam wyżej. Z sentymentem włożyłam kartę SIM, podłączyłam go do ładowarki, włączyłam. Od razu weszłam w wiadomości, żeby przypomnieć sobie tamte stare rozmowy. Otworzyłam wiadomość. "Mam taką wielką nadzieję. Liczę na Ciebie. Na nas" - przeczytałam. Zjechałam w dół.
"Wysyłanie wiadomości nie powiodło się".
Ból, który mnie przeszył, poczuł chyba nawet mój Anioł Stróż.
Każde z nas ma teraz swoje życie, swoich partnerów. A ja dalej skrycie kocham tego mężczyznę. Co by było, gdyby wysyłanie tamtej wiadomości się powiodło?
Pomimo wszystko wierzę, że jeszcze kiedyś będziemy ze sobą. Bo jeżeli dwa serca są sobie pisane, to odnajdą się.
Mam tylko nadzieję, że on o mnie nie zapomni.
Dla antyszczepionkowców wymyśliłem hasło:
Nie płać koncernom za szczepionki, oszczędzaj miejsce na cmentarzu - groby dzieci są mniejsze!
Poniedziałek, godzina 7:20. W półśnie stoję na przystanku i czekam na miejską limuzynę. Podchodzi do mnie chłopak, coś na oko +/- 20 lat i się pyta, gdzie jest przystanek X, bo chce jechać do centrum pojazdem numer 17, odpowiadam, że tutaj, zaraz za rogiem, tylko skręcić i przez pasy przejść. Chwilę później podchodzi kobieta i mówi, że szuka stomatologa. Pokazuję niegrzecznie palcem, że to ten budynek, po drugiej stronie drogi. Podziękowała i odeszła. Nareszcie jedzie mój autobus, ale znienacka wyskakuje na mnie babcia i się pyta:
- Ten autobus co do Oszołoma jedzie to już był czy nie był?
- Tak, był przed chwilą.
- A kiedy będzie następny?
- Za 40 minut.
- Łoo, to stać nie będę. - I poszła w cholerę.
Mój 107 podjechał, usiadłam wygodnie na przednim siedzeniu i tak jadę z pół godziny, aż na horyzoncie widzę gmach swojej uczelni. Wysiadam, już bardziej obudzona i nieprzypominająca zombie i uświadamiam sobie, że: przystanek, o który pytał się chłopak, był w drugą stronę, stomatologa nigdy na moim osiedlu nie było, a autobus do Oszołoma miał być za 2 minuty.
To im pomogłam :D
Dodaj anonimowe wyznanie