Od czterech lat pracuję jako kierowca karetki, w swoim życiu widziałem wiele dziwnych i zabawnych sytuacji, jednak ostatnie zdarzenie przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania.
Dostaliśmy wezwanie do hotelu, gdzie odbywało się wesele. Dokładnie chodziło o to, że para zablokowała się podczas stosunku. Z pozoru zwykłe zdarzenie, które dość często się zdarza... Jednak nic bardziej mylnego. Po zajechaniu na miejsce zobaczyłem tłum ludzi przed hotelem. W pierwszej chwili przyszło mi go głowy, że dziwne, czyżby robili to na sali? Jak się jednak okazało po chwili, para była w jednym z pokoi. Nic w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że wezwali nas do panny młodej, która robiła to razem z drużbą i ktoś ich na tym nakrył... Oczywiście panna młoda nie była zbyt trzeźwa, ale błagam... Jak można zdradzić i to jeszcze podczas własnego wesela? To przekracza wszelkie granice...
Oczywiście wesele się dość szybko skończyło, a pan młody chyba został zmuszony do złożenia najszybszego wniosku o rozwód na świecie.
Nie lubię użalać się nad sobą, nienawidzę być w centrum uwagi. Jednak gdy byłam młodsza, lubiłam sobie popłakać. Ot tak, bez żadnego powodu, bo miałam taką ochotę. Relaksowało to moje ciało i umysł. Nie wiem czemu.
Brzmi niegroźnie, prawda?
Jednak czasem pozwalałam sobie popuścić wodzę fantazji, lecz niestety, jak się okazuje, za bardzo. Otóż odkąd pozwoliłam sobie na dopuszczanie do siebie niebezpiecznych, abstrakcyjnych i niedorzecznych myśli, zaczęłam stawać się coraz bardziej podejrzliwa do tego stopnia, że w mgnieniu oka wszędzie dostrzegałam spiski i intrygi. Mimo że doskonale wiem, że to nieprawda, zawsze zachowuję ostrożność, robiąc DOSŁOWNIE wszystko. Ktoś obcy podejmuje ze mną rozmowę? Na pewno rodzina/ludzie, którzy znają mnie z widzenia, zapłacili mu, bo chcą się pośmiać/coś ode mnie wyciągnąć. Idę do sklepu? Na pewno wszyscy mnie obserwują i patrzą, co kupuję. Zdarzały się nawet sytuacje, w których odmawiałam sobie czegoś właśnie ze względu na ludzi. O znajomościach w internecie nie ma nawet mowy. Nie potrafię zaufać ludziom, nawet najbliższym.
Pisząc to wyznanie, walczę sama ze sobą. Muszę to gdzieś w końcu wyrzucić. Nikomu nie mówię o swoich problemach od wielu, wielu lat. Wiem, że to wszystko jest niedorzeczne. Być może to mój podświadomy instynkt samoobronny. Sama jestem sobie winna.
O aktywistach miejskich słów kilka.
Na co dzień jestem kierowcą, który przestrzega przepisów ruchu drogowego, choć czasami przekroczę prędkość, niekiedy wynika faktycznie z pośpiechu, tym bardziej że pracuję w branży, która polega na jazdach od jednego do drugiego klienta. Zawsze ustępuję pierwszeństwa pieszym, gdy oczekują na możliwość wejścia na przejście. Generalnie traktuję pieszych/rowerzystów tak jak sam chciałbym być traktowany jako pieszy/rowerzysta. Pewnie się zastanawiacie, co w tym anonimowego? Ano to, że udzielam się w grupach na FB dot. aktywistów miejskich i napiszę tak – oni są grupą, którą najłatwiej wytrącić z równowagi, a ja... regularnie wkładam kij w ich mrowisko. Oni domagają się „bezwzględnego pierwszeństwa rowerzystów”, a każdego, który w jakikolwiek sposób zagrozi interesom rowerzystów (de facto ICH), równają z ziemią. Przykładowo, napiszesz komentarz, że od rowerzystów należy wymagać – już dostają białej gorączki. Przytoczysz artykuły i paragrafy dot. ich obowiązków – najchętniej wszystko stąd by wykreślili. Sądzą, że rowerzysta nic nie musi, za to musi kierowca. I ja z takimi prowadzę regularną wojnę.
Niedawno pojawiło się nagranie, jak rowerzysta atakuje kierowcę czekającego na czerwonym świetle (zaczął kopać w jego drzwi, później rzucał rowerem w samochód). Aktywiści miejscy już usprawiedliwiają rowerzystę, że na pewno „puszkarz” coś musiał przeskrobać, a ten biedny rowerzysta chciał wymierzyć sprawiedliwość. Ja zaś rzuciłem komentarz o obowiązkowym OC i tablicach dla rowerzystów. I wtedy rozpętała się burza, a ja otworzyłem wcześniej przygotowany popcorn, delektując się ich bólem dupy.
Nazwijcie mnie jak chcecie, ale uwielbiam ich bóldupienie. Nic mnie tak nie pobudza do życia z samego rana, jak ich komentarze, jest to lepsze niż poranna kawa.
Mam 17 lat.
Mama dziś trzy razy przylała mi trzepaczką do dywanów, bo nie chciałam zjeść zupy.
Ja naprawdę potrafię znieść wszystko, ale jedyne, czego nienawidzę, to komary. Te wszystkie odstraszacze, olejki, pułapki nigdy nie działały poprawnie, może ze względu na moje miejsce zamieszkania.
Pewnego razu miałem już dość. Wziąłem namiot, taki turystyczny, dwuosobowy, i rozstawiłem go na środku pokoju. Wlazłem i zadziałało – nareszcie miałem spokój. Robię tak do dziś i nie zamierzam inaczej kombinować.
Pozdrawiam :)
Często wieczorem leżę w łóżku, czytając Anonimowe, a że nie umiem leżeć całkowicie bezczynnie, wyrywam sobie palcami włosy łonowe z okolic tyłka. Następnie układam je na podświetlonym ekranie smartfona, raz po raz podziwiając kolejne rekordy długości, jakie biją moi przyjaciele. Za każdym razem ustalam też rekordową liczbę włosów, jaką udało mi się wyrwać za jednym pociągnięciem (aktualnie cztery).
Obrzydliwe? Może, ale np. na pieniądzach znajduje się więcej bakterii niż w okolicach tyłka.
Anonimowe? Jak najbardziej.
Z moim chłopakiem lubię robić to na ostro – bicie po twarzy, wyzywanie i takie tam...
Kiedyś w trakcie mój chłopak uderzył mnie delikatnie w twarz. Robiliśmy to dalej, ja już dochodziłam, więc krzyczę: „Mocniej!”. A on, zamiast mnie mocniej brać, to przyłożył mi mocniej w twarz... Myślałam, że zęba wypluję.
Minęło pół roku, a my dalej się z tego śmiejemy, choć wtedy bolało i nie było przyjemne. ;)
Będzie krótko.
Uwielbiam, kiedy mi rozrywa pupę podczas robienia kupy i nie mogę potem usiąść na tyłku.
Moja matka urodziła niepełnosprawne dziecko, a potem zrobiła sobie następne, aby tym pierwszym miał się kto zająć. Tym następnym byłam ja. Już od najmłodszych lat byłam uczona robić wszystko dookoła siostry. Ona kompletnie nic nie może zrobić sama i tylko siedzi, gapi się w ścianę i ślini. Nie rozpoznaje nawet ludzi, którzy do niej podchodzą. A może rozpoznaje, tylko nie ma jak tego okazać. Jedni lekarze twierdzą tak, drudzy inaczej.
Że moim życiowym celem nie jest zajmowanie się nią, zaczęłam się domyślać już w podstawówce. To właśnie wtedy zaczęłam powoli odsuwać się od matki i opieki nad siostrą, kłamiąc o dodatkowych zajęciach i wymigując się ciężką nauką. Matce zawsze kłamałam, że to dlatego, że chcę kiedyś mieć dobrą pracę, aby zarabiać dużo pieniędzy dla siostry. To jej wystarczyło. I tak utrzymywało się aż do liceum. Tylko że zamiast na zajęcia dodatkowe chodziłam do pracy. W każdym wolnym momencie rozmawiałam też z ludźmi przez internet. Na moje osiemnaste urodziny kupiłam sobie bilet lotniczy, kilka dni później odebrałam paszport, jeszcze kilka dni później gotowa byłam do wyjazdu (zamieszkać miałam z przyjaciółką, poznaną właśnie przez internet).
Matka złapała mnie, gdy wychodziłam z mieszkania z walizką. Zostałam zwyzywana od niewdzięcznic. Własna matka wprost powiedziała, że zrobiła mnie tylko po to, aby nie musieć psuć sobie całego życia z moją siostrą. Nie przejmując się, wyszłam na zewnątrz i wsiadłam prosto do taksówki.
Dzisiaj po dwóch latach mieszkam sobie na spokojnie za granicą, wolno żyję, pracuję, spełniam marzenia, czasami imprezuję. Żyję jak każda normalna młoda kobieta żyć powinna i nie mam żadnego poczucia winy, chociaż matka wciąż skarży się po rodzinie, jaka to jestem niewdzięczna, bo porzuciłam siostrę w potrzebie.
Jestem skąpa. Boleśnie skąpa. Chodzę w starych butach, starych ciuchach, które kupuję już używane i donaszam. Nie wydaję na kino, pizzę i wyjazdy wakacyjne. Jedzenie kupuję na promocjach i nie jeżdżę na wakacje. Myję się w chłodnej wodzie, żeby oszczędzić na rachunkach za gaz. Gumkę do włosów mam z obciętej skarpetki, a moje auto ma ponad 20 lat.
Pracuję we własnej firmie. Zarabiam powyżej średniej krajowej i mam oszczędności. Nie lubię pieniędzy, nie delektuję się ich posiadaniem. Odkładam i nie myślę nawet, ile mam. Nie mam natomiast oporów przed pomaganiem charytatywnie. Łatwiej mi wydać na kogoś niż na siebie. Moje adoptowane psy i koty mają super karmę i opiekę – na nich nie oszczędzam. Kupując komuś prezent, nie oszczędzam.
Nie pochodzę z biednego domu, żeby uzasadnić ten nawyk obsesyjnego oszczędzania na sobie. Moi rodzice byli raczej zamożni, ale... nie dzielili się. O każdą złotówkę dla siebie jako nastolatka musiałam wręcz żebrać i byłam rozliczana. Później rzuciłam studia, poszłam do pracy, wyprowadziłam się i bywało, że jadłam tylko ryż przez cały miesiąc. I tak mi zostało do teraz, chyba podświadomie boję się, żeby te chłodne, głodne czasy nie wróciły. Nie potrafię wydać własnej kasy na przyjemności droższe niż lody raz na ruski rok. Chciałabym pojechać na urlop, ale boję się, że nie odpocznę, tylko będę sobie wyrzucać, że zmarnowałam pieniądze, za które można przeżyć cały miesiąc.
Dodaj anonimowe wyznanie