#5pR1i

Kiedy byłam młodsza, wyjechałam wraz z rodzicami autem do Francji, do mojej kuzynki, tak w odwiedziny. Jako że byłyśmy w miarę małe, to kąpałyśmy się razem.
 
Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że dla żartów pod wodą zaczęłyśmy puszczać bączki, a ja zmęczona podróżą zrobiłam kupę w wannie.

Dalej jest mi wstyd...

#B9qBv

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie pani z agencji pracy, proponując nowe stanowisko. Jako że mi się spodobało, chciałam aplikować. Owa pani wysłała mi dokumenty do wypełnienia i ręcznego podpisania.
Wydrukowałam, podpisałam i poprosiłam partnera o zeskanowanie. W międzyczasie się trochę poprzytykaliśmy. W końcu wysłał mi maila z dokumentami. Cała uradowana przesłałam szybko maila, zmieniając tylko treść. Niestety, nie spojrzałam na tytuł i taki sam wysłałam pani z agencji. Ten tytuł maila to: "Twoje gówna"...

#0Ks7l

Mam psa. Dużego. Pewnie wiecie, że ludzie często boją się dużych psów. Bo przecież duży pies = agresywny pies. Otóż nie. Mój pies na sam widok agresywnego zachowania (nawet nie w jego kierunku) chce uciekać - ma mentalność ofiary, nie drapieżnika. I jak każda ofiara, woli uciec, niż walczyć. Ale kiedy nie ma dokąd/jak? Pozostaje odstraszenie. No więc jak ten mój mini-niedźwiedź szczeknie, to faktycznie można się przestraszyć.

Oczywiście nie szczeka na byle co, generalnie jest bardzo cichym psem. Ale skąd takie zachowanie i mentalność? Otóż poprzedni właściciel się nad nim znęcał - pies w końcu uciekł i przyczepił się do sąsiadów, nie chciał wracać, więc skontaktowali się z właścicielem, a kiedy po niego przyszedł, pies uciekał szukając kryjówki, piszczał ze strachu i płaszczył się na ziemi. W końcu właściciel stwierdził, żeby „go sobie wzięli”, bo mu nie zależy. No więc my go wzięliśmy od tych sąsiadów, bo mieli już kilka swoich psów i nie mogli sobie pozwolić na kolejnego.

A teraz historia właściwa. Kilka tygodni temu, podczas wieczornego (ok. godziny 23-24) spaceru z psem zwróciłam uwagę na starszego pana, który wracając z wycieczki po osiedlowych śmietnikach bardzo intensywnie nam się przyglądał. Niby nic, ale kiedy zamiast wejść do klatki stanął jak wryty i po prostu się na nas gapił, poczułam się niezręcznie. No więc kątem oka też na niego patrzyłam. Chyba się nie zorientował „że wiem”, bo stał tam dobre kilka minut. Cóż, zaczynam się bać. Facet ewidentnie mnie obserwuje, a kto wie co mu po głowie chodzi.

Po jakichś 10 minutach tego wariactwa wzięłam głęboki wdech i zaczęłam iść w jego stronę. Stwierdziłam, że po prostu podejdę i zapytam, czy mogę mu w czymś pomóc. Już po kilku moich krokach wskoczył do klatki i popędził do mieszkania.

Ok. 2 tyg. później sytuacja się powtórzyła, ale od razu poszłam w jego stronę - od razu uciekł. Natomiast dziś akurat kręciłam się po osiedlu, kiedy on wychodził z klatki. No i idzie w moją stronę - skracam smycz i schodzimy na bok, żeby się minąć (jak zawsze), a on też skręca, no to my w drugą stronę - on też.

Chamsko zaszedł mi drogę, po czym zaczął wrzeszczeć, kląć i machać łapami, wręcz wymuszać reakcje psa. No i się doprosił - pies przestraszony, ja zresztą też, no i szczeknął. Zaczęło się... „Agresywny pies!!! Kaganiec zakładać!!! Wszędzie sra!!!” (zawsze sprzątam, a gdzieś musi). Chciałam go zignorować i odejść, ale wrzeszczał dalej i lazł za mną. No więc mówię „proszę mnie zostawić w spokoju, straszy pan mnie i psa”. Odpowiedź? „I BARDZO DOBRZE!”. Aha.

Lazł za mną przez całe osiedle, zrobiłam dodatkowe okrążenie żeby odpuścił, bo bałam się, że zobaczy, do której klatki wchodzę. A to wszystko przez samą obecność dużego psa. Powiedzcie mi, kto w tej sytuacji naprawdę jest o

#MZFLA

Opowiem wam o eksperymencie, który niedawno przeprowadziłem.

Na wstępie: mam 21 lat, jestem studentem i po rozstaniu próbowałem sobie kogoś znaleźć na tinderze. Gwoli ścisłości szukałem poważnej relacji, napisałem dość długie bio, dodałem zdjęcia bez filtrów. Mieszkam w dużej aglomeracji, profili młodych kobiet jest tu jakieś kilkanaście tysięcy. Oczywiście mam swój typ, ale nie patrzę jakoś przesadnie na wygląd - przewijałem w prawo właściwie wszystkie. Do każdej dziewczyny odnosiłem się z szacunkiem. Dodam jeszcze że mam 180+ cm, długie włosy bez zakoli, normalny wysunięty podbródek, szczupłą budowę ciała - generalnie żadnych cech stereotypowo kojarzonych z przegrywem.

Co mi dały te wszystkie starania? Większość lasek z którymi miałem parę nawet nie odpisała (po co przewijały w prawo?), a takie z którymi dało się chociaż pogadać o czymś ciekawym naprawdę mogę policzyć na palcach jednej ręki. Większość "rozmów" kończyła się po ich kilku jednowyrazowych odpowiedziach. Umówić się na zwykłą kawę graniczy z cudem, zresztą kiedyś już pisałem o tym wyznanie i spotkałem się w większości z hejtem, ziobro zaskoczenia.

Na początku roku uznałem że i tak nic z tego nie będzie, więc postanowiłem coś sprawdzić. Założyłem nowe konto, dałem sobie 12 lat więcej i wrzuciłem zdjęcia wysportowanego brodacza 10/10 na tle jakiejś willi. Wygenerowane przez AI i przycięte żeby nie było wpadek typu 6 palców. Mój opis brzmiał dokładnie tak: "Szorstki na początku, czuły przy bliższym poznaniu". Tym razem lajkowałem tylko dziewczyny które rzeczywiście mieszkały blisko.

Minął tydzień. Mam 132 pary (żadnej nie usuwałem, ale niektóre pewnie usunęły mnie). Oprócz tego 257 polubień bez żadnego boosta. Na tych 132 chatach 86 kobiet napisało jako pierwsze. Nie żadne "hej" tylko naprawdę się postarały. Reszcie wysyłałem najczęściej emotkę machania i odpisywały najdalej po dwóch godzinach. Niektóre odpuściły widząc że odpowiadam zdawkowo ale z większością wciąż piszę. Opowiadają mi o swoim dniu, co im się śniło, kto ich ostatnio wkurzył. Tak jakbyśmy się znali od dawna. Czasem napiszę coś lekko chamskiego, np. zasugeruję lasce że ten kolor włosów jest brzydki, albo że mogłaby częściej chodzić na siłownię. Tylko kilka razy spotkałem się z pretensjami albo równie chamską odpowiedzą. Na dzień dzisiejszy mam 28 propozycji spotkań na mieście, z czego 9 z wyraźnym podtekstem seksualnym. Oprócz tego 2 dziewczyny chcą ze mną iść na imprezy rodzinne i kłamać że od dawna jesteśmy razem (xd). Z ciekawości zghostowałem 5 randomowych lasek i 3 z nich próbowały dalej pisać.

Żeby nie było: piszę o tym tylko tu, nie udostępniam niczyich zdjęć. Za kilka dni kończę tę farsę. Wiem że Ameryki nie odkryłem, ale jednak trochę przykro. Spodziewam się potępienia, trudno pójdę do piekła.

#I03Oa

Kiedy byłem jeszcze dzieckiem, miałem tendencję do przywiązywania się do różnych rzeczy. Pomyślicie sobie pewnie, że to całkowicie normalna sprawa. Niby racja, dopóki są to jakieś książki, zabawki... Ja przywiązywałem się do rzeczy, których nie mogłem mieć długo. Typu papierek po cukierku, kawałek waty, butelka szamponu itp. Z jakiegoś powodu 5-letniemu mnie ciężko było się z takimi rzeczami pożegnać.

Kiedyś jednak wyobraziłem sobie, że mogę przenosić „duszyczki” tych przedmiotów do innych, dłużej będących ze mną, lub tych samych nowszych. W ten sposób będą nas wiązały te same wspólne chwile i wspomnienia!

Kiedy tak teraz o tym sobie przypomniałem, myślę sobie, że to poniekąd genialny pomysł! Dzielę się tym z wami, bo może ktoś ma jak ja problem ze zbieractwem?

PS Piszę to wyznanie, słuchając muzyki z nowych słuchawek, z tymi samymi dobrymi chwilami, co ze starymi ;)

#34Mrk

Moje dzieciństwo przypadało na lata 80., więc nie było internetu, smartfonów i Wujka Google. A ja byłam bardzo dociekliwym i żądnym wiedzy dzieckiem, zadającym setki pytań. Domownicy odganiali się ode mnie jak od natrętnej muchy, mówiąc: „nie wiem”, „bo tak już jest” czy „zapytaj w szkole”. Co więc robiłam jako pomysłowa 9-latka, która chciała wiedzieć, dlaczego ludzie mają różne kolory oczu albo co to jest miłość francuska? Brałam książkę telefoniczną i jak spodobało mi się czyjeś nazwisko, oryginalne imię albo adres zamieszkania, to dzwoniłam do tej osoby z moimi pytaniami. Reakcje były różne – często krótkie „pomyłka” i odkładanie słuchawki. Ale niektórzy wdawali się ze mną w dłuższe pogawędki. A niektórzy chcieli wyciągnąć ode mnie zbyt dużo szczegółów na mój temat – wtedy szybko odkładałam słuchawkę. 
Do tej pory wiem o tym tylko ja i ludzie, do których wydzwaniałam. No i teraz Anonimowi.

#6wYpx

Kompletnie nie wiem, co robić. Jestem w rozsypce. 
Studiuję, mieszkam w jednym z większych miast. Na mój kierunek wymagany był egzamin praktyczny i do ostatnich chwil nie wiedziałem, czy jestem zakwalifikowany. Dostałem się i wynająłem pokój z kolegą w okazyjnej cenie. W jednym pokoju mieszkam z kolegą, w drugim mieszka dwudziestoletnia właścicielka mieszkania, która dostała je od rodziców. Jest ona, że tak to ujmę, odmienna – goli włosy jedynie na głowie, ubiera się specyficznie i prowadzi rygorystyczną dietę. Celowo doprowadza się do wychudzenia, aby zatuszować „cechy płciowe”. Wylewnie o tym opowiada. Nie pozwala nam jeść w swojej obecności, a jak zjemy, to zaczyna płakać i ma atak paniki. Prowadzi prywatne konto na Instagramie z nagimi zdjęciami, które bez skrępowania obrabia przy nas, sugestie skutkują długim wykładem o ruchu body positivity. Chodzi nago po mieszkaniu i kompletnie nie przejmuje się tym, że dla nas to krępujące. Kiedy jest deszcz, wychodzi tak na balkon, kładzie się na kaflach i leży. Mówi do różnych obiektów bardzo emocjonalnie, potrafi kłócić się z łóżkiem itp. Gdy przyszła do mnie koleżanka, ona potajemnie ukradła jej papierosy, a w ich miejsce włożyła do paczki ołówki z IKEI i starą gumę. Ostatnio zaprosiliśmy ziomka, gotowaliśmy coś i nagle przyszła, wzięła nasz garnek, postała chwilę i wylała wodę z garnka na ziemię. Po incydencie powiedziała kilka wyrwanych z kontekstu słów i poszła spać. Na korytarzu...

Takich dziwacznych zachowań jest dużo, dużo więcej. Jest tak dziwnie, że czasem nie chcemy wracać do mieszkania, a nie stać nas na inne. Boimy się o jej zdrowie, kiedyś zapytaliśmy ją o psychiatrę, a ona szybko zmieniła temat. Mieszkanie jest w świetnej cenie, ale najzwyczajniej w świecie czuję, że powoli sam wariuję. Kumpel tak samo. Długo tam nie wytrzymam.

#2AETZ

Jestem onlyfansiarą. Zdecydowałam się napisać to wyznanie, bo od dłuższego czasu zauważam totalne niezrozumienie tematu i umniejszanie młodym dziewczynom z powodu ich pracy. Również na tej stronie wielokrotnie spotkałam się z hejtem, chociaż nie robię nic złego.

Przede wszystkim, nie jestem złodziejką. Ustalam cenę którą użytkownik dobrowolnie płaci. Średnio miesięcznie zarabiam więcej niż większość ludzi na etacie, jest to kontrowersyjne ale nie moja wina że firmy słabo płacą. Blame the game, not the player. Oprócz tego normalnie płacę podatki, teoretycznie pewnie mogłabym to ominąć ale nie chcę.

Wielu z was pewnie utożsamia tą pracę z sutenerstwem. Mam kontakt z dziewięcioma koleżankami po fachu, każda z nas robi to dobrowolnie. Być może gdyby koszty życia nie były tak wysokie, niektóre poszłyby do "normalnej pracy" ale nie stać nas na to. Wbrew niektórym opiniom nie czuję się "szmatą bez godności", na większości streamów siedzę w bikini i głównie odpowiadam na komentarze widzów. Serio, może akurat ja trafiam na specyficznych fanów, ale tylko niektórzy z nich chcą ode mnie czegoś więcej niż zdjęcia stóp. Oczywiście w ostateczności mogę odmówić, przecież jestem wolnym człowiekiem.

No i najważniejsze: ja traktuję tą pracę jak misję. Mam około 10000 subskrybentów, z czego streamy ogląda zwykle jakieś 2000. Oczywiście większość z nich to żonaci faceci po czterdziestce. Ale jest też grupa około 250 stałych bywalców którzy codziennie punktualnie o 20 odpalają stream i czekają na mnie żeby zacząć pisać komentarze. Tak, dobrze myślicie - to incele którzy w realnym życiu nie mają szans na żadną relację, bo są albo skrajnie brzydcy albo toksyczni a najczęściej jedno i drugie. I to nie jest mój wymysł, oni sami mi to mówią, tytułując mnie królową (xd) zwierzają mi się ze swoich problemów. Poza codziennymi streamami wysyłam oczywiście zdjęcia wszelkiego rodzaju, ale również prowadzę indywidualne rozmowy na których powtarzam takim ludziom że są wartościowi, że ich problemy są ważne i nie są sami na świecie. Oczywiście to kosztuje ale zawsze mam tłumy chętnych.

I teraz taka refleksja na koniec: gdyby nie ja to gdzie ci chłopacy dostaliby chociaż namiastkę bliskości? Nigdzie. Rozmowa ze mną jest droga ale i tak tańsza niż profesjonalna terapia. A większość z nich jest tak zradykalizowana że nawet gdyby jakaś kobieta ich pokochała to i tak traktowaliby ją jak przedmiot. Tylko mi ufają, w sumie nie wiem dlaczego, chociaż mówią mi że wyglądam trochę jak postać z anime (mam różowe włosy i delikatne rysy twarzy). Wiele razy słyszałam że rozmowa ze mną to ich sens życia, że gdyby nie ja to już nie mieliby nic do stracenia i zaczęliby gwa*cić randomowe kobiety. To tyle. Oczywiście czasem rozbieram się na żywo, ale większość mojej pracy to właśnie takie słuchanie ludzi.
Dodaj anonimowe wyznanie