Słowem wstępu: mieszkam w piętrowym domku jednorodzinnym, mam półroczną córkę, którą usypiam na parterze i panicznie się boję pająków.
Pewnego razu, gdy uśpiłam córkę, zwyczajowo, jak co dzień, złapałam w zęby uchwyt smoczka (wiecie, ten kawałek plastiku, do którego można przypiąć łańcuszek, żeby nie brać do ust samego smoczka, bo jakieś to dla mnie niefajne; w ręce nie lubię go trzymać, ponieważ utrudnia mi to odłożenie pociechy sprawnie do łóżeczka) i ruszyłam położyć ją do wyrka na górę. Mamy jesień w pełni, więc i pająków pchających się do domu nie brak, a ja muszę przejść koło piwnicy, by iść na górę. Wokół panował półmrok. Krótko mówiąc: nadepnęłam bosą stopą na kątnika. Nie chcąc obudzić córki, a jednocześnie chcąc dać upust swoim emocjom, przez łzy zacisnęłam zęby... i złamałam sobie górną dwójkę przez ten cholerny smoczek.
Tylko mąż zna prawdziwą wersję wydarzeń, a ja czekam na wizytę u dentysty, starając się nie pokazywać za bardzo zębów przy rozmowie z innymi.
Wnioski? Smoczki faktycznie szkodzą na zęby. Córka rozpoczyna przymusowy odwyk :D
Idę sobie korytarzem uczelni, na której pracuję, nagle jeden z moich studentów mówi: "dzień dobry, jak pięknie pani dziś wygląda". Trochę zdziwiona tym nieoczekiwanym wyznaniem, nie zatrzymując się jednak, pytam "czy ma pan u mnie jakiś przedmiot do zaliczenia, że pan taki miły?". Kiedy zniknęłam za rogiem, student myśląc, że weszłam już do swojego pokoju rzucił: "przedmiotu nie mam, ale panią chętnie bym zaliczył!". Wychyliłam się zza rogu i patrząc mu prosto w oczy, z groźną miną powiedziałam: "zapamiętam".
W życiu nie widziałam kogoś tak zmieszanego :D
Mam 21 lat i choruję na łuszczycę. Wczoraj byłam na rozmowie o pracę w miejskiej hurtowni.
Stawiłam się na wyznaczoną godzinę, byłam miła jak nigdy dotąd. Po całej rozmowie z kierownikiem chciałam podziękować za poświęcony mi czas na rozmowę, bo pewnie przewijają się tam miliony osób ubiegających się o pracę. Wyciągam dłoń na koniec, a kierownik na to "nie podam pani ręki, śpieszę się".
Poczułam się jak trędowata...
Iks lat temu miałem ja znajomego, do którego chodziłem grać na kompie, pogadać itp.
Nasze małe ciekawskie mózgi dały nam iście poroniony pomysł. Otóż gdy jego rodziców nie było w domu, to zaczęliśmy się zabawiać.
Jeden kładł się na drugiego (w ubraniach na szczęście), "posuwał" ten, co był na górze. Powiecie, że pojebane, co? Ha!
To jeszcze nie wszystko, ponieważ ten pociąg spierdolenia się jeszcze nie zatrzymał.
Było jeszcze tak, że wyciągaliśmy swoje "kufajki" i stykaliśmy się nimi, prawdopodobnie po to, żeby zrobić zwarcie w naszych obwodach w mózgu.
Co dzień przy okazji zmienialiśmy się, raz góra, raz dół.
Jak go teraz spotykam, to zawsze mam nadzieję, że on o tym nie pamięta.
Kilka dni temu jechałam autobusem z dwuletnim, uczącym się mówić, synkiem. Ostatnimi czasy dzióbek mu się nie zamyka i cały czas pyta "co to?", powtarza wszystko jak papuga i, jak to dzieciaki w tym wieku, mówi trochę niewyraźnie, gubi, zmienia literki, czy nawet sylaby, co czasem bywa śmieszne, a czasem... No właśnie.
Jedziemy sobie tym autobusem, synek gada jak najęty, i mijamy łąkę, na której pasły się krowy. Jak na złość w tym samym miejscu autobus się zatrzymał, bo na drodze był korek, więc syn po chwili konsternacji wypalił "mama, kuwa!". Zbaraniałam, a w całym autobusie zrobiło się tak cicho, że myślałam, że silnik zgasł. Za chwilę znowu "kuwa, mama, kuwa!". No, nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać, więc spokojnie mu tłumaczę, że to "krowa" i nie ma tam żadnego "u", na co starsza pani siedząca przed nami: "Malec chyba lepiej wie, czym się mamusia trudni, skoro tak wcześnie zaciążyła". Serce mi podeszło do gardła, bo ataku się nie spodziewałam. Fakt, wyglądam młodo, ale jestem już długie lata pełnoletnia, mam nawet męża! Jedyne, co byłam w stanie z siebie wydusić, to "każdy ocenia wedle własnego zepsucia", co na szczęście wystarczyło. Skąd w starszych ludziach tyle nienawiści, to nie mam pojęcia...
A z pozytywnych spraw: "kuwa" odeszła w niepamięć i została "kjowa".
Zawsze bardzo lubiłam sobie pospać. Od października jednak nie mam już możliwości leżeć do góry zadem do 11, bo w tym semestrze praktycznie wszystkie zajęcia na uczelni mam na 9. Mimo wczesnego kładzenia się spać i 10 budzików na telefonie co minutę, półświadomie wyciszałam alarm. Przez pierwsze dwa tygodnie zdążyłam już wykorzystać praktycznie wszystkie spóźnienia.
Widmo wyrzucenia z uczelni skłoniło mnie do mocno eksperymentalnych rozwiązań. Mianowicie co wieczór w internecie wynajdywałam kolejną firmę, która miała system oddzwonień na stronie (coś w stylu: nikogo nie ma w biurze, zostaw nam swój numer, a oddzwonimy! Wybierz godzinę..”). W ten sposób przez ostatnie tygodnie między 7.30-8.00 budzi mnie miły pan/pani, żeby przedstawić mi ofertę firmy. Zdążyłam rozeznać się w ofercie wszystkich sieciówkowych siłowni, producentów garnków, mopów, środków czystości, a nawet gresu. Zawsze punktualni i z rabatem specjalnie dla mnie na produkt, który zmieni moje życie.
Przepraszam Was, drodzy telemarketerzy.
Tyle tutaj teraz o madkach, bezstresowym wychowaniu itd., więc postanowiłem dodać pewną historię, której byłem świadkiem.
Moja mama bardzo lubi dzieci, uwielbia wręcz, jak sąsiedzi lub rodzina poproszą, ona przypilnuje, zabawi itp.
Ostatnio przyszła do nas nowa sąsiadka, typowa madka i Karyna jakich mało. Na wejściu wygłosiła multum przepisów, że jej Brajankowi wszystko wolno i nie wolno na niego krzyczeć (moja mama jest strasznie wrażliwą kobietą, zawsze stara się tłumaczyć, spokojnie mówić, anioł nie człowiek). Kiedy madka zostawiła dziecko, piekło było nie z tej ziemi - dzieciak wszystko rozwalał, kopał, nasikał nawet na szafkę. Moja mama się rozpłakała, próbowała tłumaczyć, postawić do kąta. Nic, dzieciak jak ze stali. Próbowałem jej pomóc, zajmowałem go, ogarnąłem szafkę - dzieciak bił mnie i śmiał się prosto w twarz.
Kiedy byliśmy z mamą na skraju załamania nerwowego, moja 14-letnia siostra wróciła od koleżanki. Dzieciak podbiegł, kopnął ją, zaśmiał się jej prosto w twarz i chciał odbiec. Siora chwyciła go za ramię, odwróciła w swoją stronę i pyta: Jak ty się zachowujesz?! Starszych się nie bije - patrzyła przy tym małemu dziecku prosto w oczy takim wzrokiem, że diabeł wysiada.
Dzieciak napluł jej w twarz. Rozumiecie? Obce dziecko napluło człowiekowi prosto w twarz.
Nie odezwała się słowem, wytarła twarz rękawem wolnej ręki, bo drugą cały czas trzymała go za ramię, zaprowadziła go do salonu, przełożyła przez kolano i po prostu dała klapsa, nie mocnego, ale widać było, że dzieciak w szoku. Zabrała mu telefon, który przyniosła mu jego mamusia, kazała posprzątać wszystko co porozwalał... Wrzask był niemiłosierny. Siostra zabrała mu ulubiony samochodzik i ukarała jeszcze raz. Uciszył się, zaczął sprzątać, ale kiedy skończył siora powiedziała, że odda mu samochód, ale telefon odda tylko jego mamie. Znów wrzask, ryk i płacz. Na nią nie podziałało, podeszła do młodego i postawiła go do kąta. Dzieciak stał tam pół godziny, mama próbowała interweniować, ale siora kazała jej się nie wcinać "bo dzieciak nie będzie wami pomiatał". Kiedy odbył karę, kazała przeprosić mnie i mamę. Dzieciak cichy jak nigdy podszedł do mamy, przytulił się do jej nogi i powiedział "przepraszam, proszę pani". Ze mną tak samo. Resztę czasu grał w gry planszowe, rozmawiał - no istny aniołek. Kiedy przyszła po niego mamusia, siostra dała jej telefon i powiedziała, że nie był potrzebny, a dzieciak przed wyjściem przytulił się do jej nogi i przeprosił, jego madka stała w szoku, a siostra uśmiechnęła się i grzecznie ich pożegnała.
43-letnia kobieta i 18-letni facet nie dali rady z 6-latkiem, z którym w mig uporała się nastoletnia dziewczyna. Jestem kurwa dalej w szoku.
Leżałem w łóżku z moją dziewczyną, przytulaliśmy się i wyznawaliśmy sobie miłość. Było bardzo romantycznie, mówiłem Karolinie za co ją kocham – za jej dobroć, za to że jest wyrozumiała i kochana, za jej mądrość i uśmiech, którym obdarza mnie każdego dnia. Moja dziewczyna również wyznała mi, za co mnie kocha.
Za to, że „umiem gotować i zaspokoić ją seksualnie”.
Jestem 5 lat po ślubie. Dopiero teraz, jako dorosła kobieta, rozumiem, co oznaczały słowa mojej cioci, które usłyszałam wiele lat temu.
Byłam małą dziewczynką, gdy zapytałam mojej 25-letniej wtedy cioci, dlaczego jeszcze nie ma męża. Uśmiechnęła się od ucha do ucha i odpowiedziała: „chyba po prostu mam szczęście!”.
Po ciąży zostały mi spore rozstępy. Nie żebym wpier*alała na potęgę w trakcie tego "cudownego"okresu, ale mimo wszystko moje ciało tego nie wytrzymało. Takie geny. Nabawiłam się mega kompleksów.
Młoda, z pozoru ładna kobieta, a gdy się rozbierze wygląda jak zebra. Nie chodziłam na plażę ani na baseny. Po ponad 2 latach od urodzenia się córki, chłopak namówił mnie na wyjście do Aquaparku. Przekonywał, że ludzie zajmują się sobą, nie patrzą na innych. Jak się domyślacie stało się inaczej.
Po wyjściu z szatni i odnalezieniu lubego skierowaliśmy się do basenu. Minęliśmy grupkę chłopaków z których jeden powiedział dość głośno "patrzcie jaka dupa, tylko trochę rozlazła", reszta oczywiście zaczęła się śmiać . Łzy napłynęły mi do oczu, ale zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć mój kochany obrócił się i uderzył śmieszka z pięści w twarz. Specjalnej krzywdy mu nie zrobił, ale uśmiech zniknął z jego twarzy. Zauważył to ratownik, musieliśmy się tłumaczyć i ostatecznie wyrzucili nas z basenu za agresję, a ich za buractwo. To zdarzenie wyleczyło mnie z kompleksów. Jak zobaczycie gdzieś 25-letnią kobietę z rozstępami na nogach, brzuchu i piersiach, to mogę być ja.
Dodaj anonimowe wyznanie