#aO7I4

Niedawno zmieniłem pracę. Starałem się więc jak tylko mogłem. Najgorsze fuchy wykonywałem bez szemrania. Byłem wszędzie. Jak nie było roboty, to sam sobie coś organizowałem. Robiłem wszystko by pokazać, jaki to jestem pracowity.
Właśnie dokonano mojej pierwszej oceny niezbędnej do przedłużenia umowy. Wyszło na to, że jestem śmierdzącym leniem i bumelantem.

#emLKg

Parę miesięcy temu, gdy było jeszcze ciepło, Marcin - mój chłopak - rzucił we mnie balonem z wodą. Wkurzyłam się niemiłosiernie, bo zamoczył się mój telefon i musiałam czym prędzej lecieć z nim do serwisu. Marcin przez resztę dnia chodził za mną i przymilał się przepraszając i mówiąc miłe słówka. Wieczorem w końcu uległam i powiedziałam, że mu wybaczam ten dziecięcy wybryk. Zaproponował seks na zgodę. Po bardzo intensywnej grze wstępnej zorientował się, że zużył ostatnią prezerwatywę na zrobienie tego cholernego balonu z wodą…

#QY10T

Miałam chłopaka przez 4 lata. Był moim pierwszym i jedynym partnerem i oddałam mu całe moje serce. Studiowaliśmy w jednym mieście i tam też się poznaliśmy. On był starszy i szybciej ukończył studia. Po trzech latach związku wyprowadził się na drugi koniec Polski, ponieważ znalazł tam fajną pracę. Ostatni rok moich studiów mieliśmy przeżyć w związku na odległość, po czym ja miałam się wprowadzić do niego i też poszukać pracy w tamtym mieście. Praktycznie wszystko było dogadane i został miesiąc do mojej obrony.
Rozmawialiśmy jak zwykle wieczorem na Skypie, szlifowaliśmy moje CV, żebym mogła jak najlepiej się zaprezentować. Nagle ni z tego, ni z owego mój chłopak wypala "Nie chcę, żebyś tu przyjeżdżała, przemyślałem sobie to wszystko i wiem, że to nie wypali". Początkowo wzięłam to za żart i mówię mu, żeby się przestał wygłupiać i nawet tak nie mówił. On na to odparł, że wcale nie żartował... Mój świat się w jednym momencie zawalił. Nie umiałam wydusić z siebie ani jednego słowa, więc się rozłączyłam, na co on tylko napisał: "Oddzwoń jak się już uspokoisz". W ogóle nie mogłam zrozumieć co się dzieje, dlaczego postanowił zerwać, ale nie byłam na tyle silna, żeby przejść przez tę rozmowę bez płaczu non stop. Postanowiłam, że zadzwonię do mojej przyjaciółki, żeby pomogła mi ochłonąć. Dzwonię do jednej, drugiej, trzeciej, żadna nie odbiera. Postanowiłam więc zadzwonić do mamy. Odebrała już po kilku sygnałach. Ja cała we łzach próbuję wydusić z siebie "Mamo, M mnie zostawił, nie wiem co teraz mam zrobić". W odpowiedzi dostałam tylko "No córcia wiedziałam, że to się tak skończy, nie mogę teraz gadać, malujemy z tatą sufit, oddzwonię później, pa". Nie oddzwoniła...a pierwsza z przyjaciółek napisała do mnie dopiero po kilku godzinach.

A teraz anonimowa część historii. W akcie desperacji po telefonie do mamy zadzwoniłam do kumpla, który do mnie zarywał ostatnimi czasy. Poszliśmy się upić do baru, a noc zakończyła się u niego w mieszkaniu. Czułam się wtedy okropnie samotna i potrzebowałam jakiejkolwiek bliskości. Nie jestem z tego dumna, ale pozwoliło mi to na następny dzień bez histerii porozmawiać z byłym.

#CtqgE

Czuję się jak potwór.

Dlaczego?


Około miesiąc temu poznałam przez internet chłopaka. Złapaliśmy dobry kontakt, gadaliśmy ze sobą z ponad miesiąc. On powoli się przede mną otwierał, opowiedział mi o swoich sekretach. O tym, że jest gejem, o tym, że ma anoreksję, o tym  że ma myśli samobójcze. Ja starałam się go wspierać i dać mu do zrozumienia, że świat nie jest tak okropny, za jaki on go ma. Sama ledwo w to wierzyłam.


Ale i tak to nic nie dało. W ciągu dwóch dni z rzędu, dwa razy musiałam go przekonywać, żeby się nie zabił. Za pierwszym razem panikowałam, posunęłam się do szantażu emocjonalnego, bo moja egoistyczna natura kazała mi go trzymać przy życiu. Za drugim razem z kamiennym sercem przez telefon słuchałam jego wycia przez słuchawkę. Po prostu coś we mnie poprzedniego dnia pękło i gadałam z nim jak z trupem. Terapia szokowa zadziałała jeszcze lepiej.

A teraz przechodzimy do najgorszej części. Jestem jego jedynym powodem do życia. Sam mi to powiedział. Ta odpowiedzialność mnie przytłacza, a na dodatek po tygodniu on sam zaczął mnie olewać.

Boję się, że on sobie zrobił krzywdę, ale jednocześnie czuję ulgę, bo przestałam czuć się przytłoczona. Dodatkowo przyjaciółka i jakaś mała część mnie mówią, że to był fake.

Ale to nie był fake. Słuchałam jego wycia, czytałam jego historię, to było zbyt prawdziwe.

I teraz on tam sobie gdzieś siedzi i ma poczucie winy, albo jego rodzina właśnie przeżywa szok, bo ich synek się zabił.

#2u6up

Właśnie własny ojciec znowu podniósł na mnie rękę.

Zeszłam do kuchni, bo chciałam sobie zrobić jedzenie na kolejny dzień, a on tam był i oglądał telewizor. Chciał mi coś powiedzieć, bo bardzo lubi się chwalić swoją wiedza, która mimo wszystko jest mała.
Poprosiłam go, żeby nic nie mówił, bo chcę się skupić na gotowaniu, a on szarpnął mnie za ramię i się zamachnął prosto w moją twarz.
Nie jest to pierwszy i też pewnie nie ostatni raz. Wspomnę tylko, że mam 14 lat, a ten człowiek ma jeszcze dwójkę młodszych dzieci.

#5YnRt

Od miesiąca pracuje u nas w biurze chłopak. Pracowity, szybko się uczy, na pierwszy rzut oka normalny facet - no właśnie tylko z pozoru normalny, inaczej nie byłoby tego wyznania.


Od 2 tygodni prawie zawsze kiedy wracam z ubikacji, on po minucie idzie tam zaraz po mnie (niestety mamy 1 wspólną toaletę). Ok może raz, drugi, trzeci to przypadek, ale nie jakieś 9 razy na 10. Czuje się z tym głupio i w ogóle nie wiem co o tym myśleć. Może to amator odświeżacza do powietrza albo moich porannych bąków po jajecznicy zjedzonej na śniadanie?


Wczoraj koleżanka z biurka obok spytała czy wiem o moim toaletowym wielbicielu, jak się okazało od tygodnia biła się z myślami czy mi o tym powiedzieć, bo sprawa wygląda absurdalnie... Uznałyśmy, że trzeba coś wymyślić żeby go zniechęcić i wpadłyśmy na idiotyczny plan.


Napisałam na karteczce tekst "Przestań za mną tu przyłazić zboku, bo cale biuro się dowie!!!", poszłam do ubikacji, zostawiłam ją w umywalce tak by przy myciu rąk to przeczytał. Był też plan B gdyby jednak mój wielbiciel nie zechciał iść na poranną aromaterapię - koleżanka miała pójść i zabrać liścik by nie trafił w niepowołane ręce.

Wracam z toalety, czekam minutę, dwie, trzy i jak na złość koleś postanowił zostać w fotelu. Koleżanka podnosiła już tyłek by iść po liścik, niestety kierownik był szybszy...

Byłam pewna, że znajdzie wiadomość i będzie afera, wróci po 5 minutach, jak gdyby nigdy nic i usiadł na swoje miejsce. Jakieś 10 minut potem koleżanka poszła zobaczyć co zrobił z karteczką i jak się okazało leżała tam gdzie ja zostawiłam - w umywalce.



Teraz nie dość że pracuję z jednym zboczkiem amatorem toaletowych zapachów, to wiem, że mój kierownik nie myje rąk po skorzystaniu z toalety.

#252ia

Moi rodzice to Janusze. Wiem, że było tu tyle historii o tragicznych dzieciństwach, że moja nie byłaby taka zła. Nie było jakiejś patologi, bicia ani popijaw, ale mniejsza o to.

Skończyłam szkołę i od razu się wyprowadziłam i usamodzielniłam, bez ich pomocy, wkładu ani grosza na start.



Minęło 10 lat, spełniam się zawodowo i zarabiam w miarę dobrze. Rodzice co prawda uważają, że to, co robię to totalne głupoty i powinnam znaleźć męża, który mnie utrzyma i dzieci rodzić jak prawdziwa matka polka.

I tu zaczyna się problem. Oni ledwo co przekroczyli 50 i już planują umierać. Planują, jak będą rozdzielać majątki, co komu ze swoich dzieci dać itd. Jeszcze się chwalą jak takie Janusze, że budują nowy dom na tej swojej wsi, gdzie psy dupami szczekają i że jak umrą, to będziemy z bratem pływać w bogactwie. Bo przecież dwa domy. Mój 12 lat młodszy brat z rozpieszczonego głupiego gnojka zmienił się w myślącego młodego faceta. I też mi po cichu przyznał, że wolałby dostać nawet 1/5 wartości tego nowego domu jako pieniądze na start w dorosłe życie, niż dostać dom w jakiejś pipidówie. Ja też trzydziestki dożyłam bez ich pomocy i majątku i nic od nich nie chcę. No ale rodzice się cieszą, że ile to nie robią dla swoich dzieci. No i też wymagają, żeby dzieci robiły coś dla nich.

Zaczynają się jakieś pasywno agresywne teksty, że ktoś musi się nimi zająć na starość. Swoim szczęściu w nieszczęściu ja zawsze byłam tym mniej kochanym dzieckiem, bo się "buntowałam". Za to brat był zawsze ideałem, nawet jak nie zdał dwa razy. Bo oj tam, chłopcy już tak mają, że się gorzej uczą niż dziewczynki. I naprawdę mi go szkoda, bo jak z nim gadałam, to on też chciałby wyjechać, spróbować życia tam czy tu. Planów ma dużo, ma dużo opcji. Ale jak gadałam z mamą, to ona uznała, że on zostanie w domu. Bo tak, bo oni chcą mieć chociaż jedno dziecko przy sobie i że smutno im będzie samym tak na starość.

My tam nie mamy gospodarki, w okolicy jest tylko kilka miejsc pracy albo ewentualnie pomoc dla rolnika. Nie wyobrażam sobie, co młoda osoba mogłaby tam robić całe dnie, tam ledwo 1000 osób mieszka. Ale oni się już nastawiają, że on zostanie. Boję się, że jak on się od tego wykręci, to im się ubzdura, że to ja mam wracać. Że wyjdzie na to, że jestem niewdzięczna i bez serca i nabuntują całą resztę rodziny przeciwko mnie. Bo ja rozumiem, że od strony trzeciej osoby to by wyglądało tak: wychowali mnie, dom mi wybudowali, a ja się wypięłam. Nikt nie wie, że żadne z rodziców mi nie mówiło, że mnie kocha. Nikt mnie nie przytulał. Miałam system - kary i nie kary. Jak miałam jakieś super osiągnięcie, to OK, mogłam iść sprzątać w spokoju. Jak mi się coś nie udawało, to miałam awanturę, szlaban na coś i szłam sprzątać z płaczem. Nie czuję ani miłości, ani zobowiązania, żeby do nich wracać.

#mJNu6

Wiecie, co mnie denerwuje? To, że w XXI wieku nadal można się regularnie spotkać z opiniami typu: "po co się faszerować tą chemią? Lepiej napić się lampki wina i od razu lepszy humor. W ogóle to wymyślasz sobie tę depresję". Nigdy w życiu nie słyszałam, żeby do cukrzyka ktoś mówił, że wymyśla sobie ZDIAGNOZOWANĄ PRZEZ SPECJALISTĘ chorobę i żeby nie faszerował się tą insuliną, tylko poszedł pobiegać.

Gdy rozmawiałam kiedyś z kolegą, przyznałam mu się, że odkąd biorę antydepresanty, wreszcie czuję, że moje życie ma jakiś sens. Kolega naskoczył na mnie, że to jest właśnie problem z dzisiejszym społeczeństwem, bo na wszystko chcemy dostać magiczną tabletkę, a wystarczyłoby pójść na spacer do parku czy na imprezę trochę potańczyć. Że najgorsze, co możemy sobie zrobić, to zacząć brać antydepresanty.

Zdenerwowałam się i opowiedziałam mu, jak dwa lata temu, będąc w jeszcze niezdiagnozowanej depresji, pod wpływem alkoholu i po kłótni z bliską mi osobą, próbowałam odebrać sobie życie. Gdy następnego dnia wytrzeźwiałam, z miejsca umówiłam się do psychiatry. Przez kilka miesięcy chodziłam na terapię i brałam tabletki. Szczerze? Nigdy wcześniej nie czułam takiego spokoju. Całe życie w mojej głowie panował chaos i byłam wciąż popychana do samookaleczania, upijania się i płaczu. W czasie terapii to wszystko ustało. Nieracjonalne zachowania, jak próby samobójcze po kłótniach, ustały. Gdy kolega to usłyszał, zamilkł, bo nie umiał znaleźć argumentów.

Oczywiście nie raz, nie dwa, gdy odmawiałam alkoholu, bo nie mogę go pić w połączeniu z lekami, znajomi śmiali się, że wymyślam sobie choroby i że chyba woleliby się zabić, niż nie móc pić.
Niektórzy znajomi zwierzają mi się z tego, że np. mają myśli samobójcze, marazm, absolutny brak motywacji do życia. Zawsze wysłuchuję ich i czasami proponuję wizytę u psychiatry, ponieważ widzę podobne objawy, jak niegdyś u siebie. Ekspertem nie jestem, ale wychodzę z założenia, że lepiej iść do lekarza, niż popełnić samobójstwo, bo nie otrzymało się pomocy. Większość osób jednak reaguje na taką propozycję bardzo negatywnie. Mówią, że nie są chorzy psychicznie, że nie mają schizofrenii i na pewno nie dadzą się zamknąć w wariatkowie, mimo że zupełnie nie to proponuję.

Chciałabym, żeby nasze społeczeństwo było lepiej edukowane w kwestii zaburzeń psychicznych, ponieważ w dalszym ciągu przyznanie się do depresji i szukanie pomocy to wstyd, a według niektórych osoby z depresją są słabe i nikt im nie pomoże, bo i tak się w końcu zabiją.

Depresja to choroba, nie wymysł.

#XFCHL

Ostatnio w dość niewybredny sposób dowiedziałem się, że mi wali z gęby.
Zrobiłem mini imprezkę halloweenową, zaprosiłem parę osób. I przebrałem się za zombie. No, kostium, charakteryzacja przebajeczna, aż mi samemu kapcie spadły, gdy w końcu zobaczyłem efekty charakteryzacji przez koleżankę.

Schodzą się powoli ludzie, wszyscy pod wrażeniem kostiumu, w tym dziewczyna, do której od jakiegoś czasu wzdycham. Gdy przywitałem ją w progu, usłyszałem: "Wow, ale zajebiste przebranie! Ale z tym odorem z paszczy to cię trochę poniosło, realizm w czystej formie!"...

W trakcie imprezy chyba z 5 razy myłem zęby, żeby móc do niej zagadać, tłumacząc częste wizyty w łazience kontrolowaniem charakteryzacji (w sensie, czy wszystko gra itp.), a teraz czekam na wizytę u dentysty, żeby zlokalizować źródło problemu, chociaż zęby mam raczej zdrowe. Ktoś wie, co innego by to mogło ewentualnie być? Bo od nałogowego żarcia miętówek język już mi drętwieje...
Dodaj anonimowe wyznanie