O wejściu w nowy rok szkolny z przytupem.
Historia z czasów liceum w niewielkiej miejscowości.
Pierwszego września tradycyjnie przed oficjalnym rozpoczęciem chciałem wziąć udział we mszy świętej w pobliskiej kaplicy. Tego dnia wstałem nieco spóźniony, więc ogarnąłem się na szybko i wyszedłem z domu w pośpiechu. Niczego nieświadomy postanowiłem zająć miejsce w wolnej ławce z tyłu kościoła przy samej ścianie.
Jakoś w połowie mszy przy wstawaniu usłyszałem dość głośny trzask blisko siebie. Odruchowo spojrzałem pod ławkę, a tam... popękana zawieszka od WC. Szybkim ruchem odkopnąłem ją do tyłu tak, by nie rzucała się w oczy.
Tak, przy porannej dwójce i podciąganiu spodni zawieszka jakimś cudem zaczepiła się z tyłu spodni o pasek. W drodze do kościoła przykrywała ją kurtka, więc prawdopodobnie nikt z przechodniów nic nie zauważył.
Wyobraźcie sobie co by się stało, gdybym tego dnia usiadł w "normalnej" ławce, co zazwyczaj robię. Nauczyciele, inni uczniowie... Ze wstydu chyba zapadłbym się pod ziemię.
Od tego dnia zawsze sprawdzam, czy coś nie doczepiło mi się do tyłka.
No i jestem ciekaw miny kościelnego sprzątającego kościół natrafiającego na zawieszkę od kibla...
Miałam może z 18 lat, była zima, jeszcze dość wcześnie, ale szybko robiło się ciemno. Wracałam skądś do domu, kiedy zobaczyłam, jak z bloku wychodzi razem z ojcem mój sympatyczny kolega. Taki wesołek, który często robił żarty. Tego wieczora też musiał mieć dobry dzień, bo założył na głowę perukę. Tak mnie to rozbawiło, że zrobiłam coś, czego nigdy wcześniej nie robiłam. Podniosłam rękę i z całej siły przyłożyłam mu przez plecy z tekstem: "Ty to masz pomysły!". Biedactwo prawie przysiadło.
I wtedy dopiero zwróciłam uwagę, że to nie był mój kolega, tylko jego mama. UPS!
Za szkolnych czasów byłam grzeczną uczennicą - i tylko raz zdarzył mi się akt wandalizmu.
W jakimś filmie, chyba „Wejściu smoka”, po raz pierwszy spotkałam się z sikaniem na narciarza (bo to dawne dzieje, lata 80.).
Z oczywistych przyczyn siadać na szkolnym sedesie nie lubiłam, a „zwisanie” tyłkiem do najwygodniejszych nie należy, a więc postanowiłam wykorzystać nowo nabytą wiedzę.
Wdrapałam się na ten sedes i… albo był źle przykręcony, albo zwyczajnie nieprzystosowany do tego typu obciążeń… W każdym razie się przewrócił. Huk, walające się szczątki porcelany, radośnie zalewająca moje buty woda…
Co miałam zrobić? No uciekłam. Następnego dnia dyrektor zwołał apel w trybie natychmiastowym. Jednym z najczęściej powtarzanych w nim słów było słówko „wandalizm”. Biedaczek przeżywał bardzo, że nie dość, iż taki chuligański wybryk, to jeszcze w dziewczęcej toalecie! Żeby to chociaż chłopak!
Oczywiście się nie przyznałam. Do dziś wie tylko moja córka.
Tęsknota objawia się na wiele sposobów.
Ja, po przyjeździe do rodzinnego domu, dałam mamie bluzkę do wyprania. Wróciłam do siebie i ani razu jej nie ubrałam. Zawsze, kiedy czułam się źle, wąchałam ją.
Tak, wąchałam koszulkę, żeby poczuć dom.
Mój tato powiesił się, kiedy miałam 12 lat. To ja go znalazłam, kiedy rano wychodziłam do szkoły. Mam z nim wiele wspomnień, pamiętam ze szczegółami mnóstwo spędzonych razem chwil. Pamiętam nawet jego głos i zapach jajecznicy, jaką smażył.
Jedyne czego nie pamiętam, to jego twarz. Za każdym razem, kiedy próbuję w pamięci ją odtworzyć, widzę obcą, spuchniętą twarz z sinymi ustami.
Jestem kobietą po 30., mam męża i dwójkę dzieci. Moje życie jest poukładane i harmonijne, naprawdę nie narzekam. Ale nie zawsze tak było.
Moje dzieciństwo pozostawia wiele do życzenia - to moja zmora. Moja matka była od zawsze uzależniona od alkoholu, do dziś z tego nie wyszła. Codziennie piła w różnych pubach i melinach, zabierając mnie ze sobą, gdy miałam zaledwie 6 czy 7 lat. Ludzie na to patrzyli, aż w końcu zareagowali – sąsiedzi zaczęli grozić zgłoszeniem na policję i ostatecznie trafiłam do ciotki, siostry mojej matki.
Ciotka nigdy mnie nie lubiła i traktowała jak kulę u nogi. Byłam dla niej problemem, który moja mama na nią zrzuciła. Jednak mimo wszystko nie umiała oddać mnie do domu dziecka. Powtarzała bardzo często: „jeszcze kilka lat i z głowy”. Po prostu wzięła mnie do siebie, by mnie „przetrzymać” aż dorosnę, a matka dalej piła na klatkach schodowych. Od tamtej pory nigdy już nie zobaczyłam mojej mamy, nie wiem co się z nią dziś dzieje.
Ojciec? Ojca nigdy nie poznałam, uciekł zaraz po moich narodzinach gdzieś za granicę. Zrzekł się praw do mnie i na rozprawie rozwodowej, gdy miałam zaledwie rok, oświadczył, że nie chce się mną zajmować ani utrzymywać kontaktu. Wysyłał jakieś alimenty, ale nigdy nie wiedziałam ile, bo po tym, jak mnie ciotka zabrała, to żadnych pieniędzy na oczy nie zobaczyłam. Matka jej oddawała, a ona dysponowała wedle swego uznania. Nigdy jej nic nie brakowało, zawsze była zadbana, ja za to musiałam prosić się o wszystko. Chodziłam w za małych ubraniach, z dziurawym plecakiem, koleżanki ze szkoły patrzyły na mnie z góry. Widać było, że groszem nie śmierdzę.
Ale udało mi się. Zdałam maturę, dostałam się na studia i wyniosłam się od ciotki, ucinając z nią kontakt. Pracowałam jako kelnerka – starczyło na życie w akademiku. Skończyłam studia, dostałam normalną pracę jako pomoc w przedszkolu. Niedługo potem poznałam mojego męża, który wniósł do mojego życia ogrom radości i każdego dnia dziękuję za to, że go spotkałam. Zapomniałam o tych wszystkich złych wspomnieniach z dzieciństwa, jestem szczęśliwa i dbam o swoją rodzinę.
I wiecie co? Znalazłam wczoraj w skrzynce kartkę papieru, na której jakiś człowiek napisał, że chce mnie w końcu poznać i prosić o wybaczenie. Podpisał się słowem „Tata”.
Jestem cała w rozsypce. To chyba najgorsze, co mogło mi się przytrafić, tak jakby duchy przeszłości mnie nawiedziły.
Uważacie, że powinnam się z nim spotkać?
Moja koleżanka stwierdziła ostatnio, że to, że ZDECYDOWAŁAM o zostaniu lesbijką to super fart dla mnie, bo nie muszę się męczyć z tępymi kolesiami (któryś najwyraźniej znów ją zostawił). Nawet nie wie jak bardzo tymi krótkimi słowami udowodniła, że męczenie się z tępymi laskami to jest dopiero ból.
Mój sąsiad ma nieprzyjemny nawyk - jeździ po alkoholu (tak, wiem, że większość ludzi po drodze, zabawne, he, he). Jak wypije, to ma ochotę na przejażdżkę i znika na pół nocy, nikt nie wie, gdzie. Wszyscy w okolicy boimy się, że w końcu kogoś z nas - albo siebie - zabije (chociaż - o ironio! - jak na razie wracał całym autem). Tak poza tym to całkiem przyjemny gość, po prostu ma pewien problem.
Zgadaliśmy się wreszcie i obmyśliliśmy niecny plan. Kiedy wrócił po jednej z takich wypraw, auto zostawiając jak zwykle samopas na podjeździe i udając się chwiejnym krokiem do domu, zapewne celem spoczęcia, odczekaliśmy jakiś moment i… skasowaliśmy mu brykę.
Tak, jakieś metalowe pręty itp., słowem, co mieliśmy, użyliśmy do rozwalenia jego maski. Na koniec, żeby dodać smaczku, polaliśmy ją zwierzęcą krwią (kumpel pracuje w rzeźni, nie pytajcie mnie, w jaki sposób ją wyniósł).
Minął tydzień. Dotychczas cisza, a sąsiada pijanego jeszcze w tym tygodniu nie widziałem. O aucie nikomu się nawet nie zająknął.
Trochę o tym, jak to nie lubię przyznawać się do własnego gatunku i chociaż jestem kobietą, to sama kobiet nie rozumiem.
Od 1 klasy gimnazjum jestem z jednym i tym samym chłopakiem, którego uważam, że kocham już na zawsze - z wzajemnością. Za trzy miesiące będziemy świętować siódmą rocznicę, niedawno udało nam się wynająć wspólnie małe mieszkanko (za nasze, nie rodziców pieniądze). Usamodzielniamy się i planujemy razem życie - kilka tygodni temu przyjęłam oświadczyny i planujemy ślub. Pomimo młodego wieku uważam, że robię dokładnie to, czego chcę.
A teraz - dlaczego tak bardzo gardzę innymi dziewczynami? Moje koleżanki wielokrotnie namawiały mnie do zdrady czy zerwania. Przekonywały, że ten mój chłopak to taki średni, niski, nie za przystojny, w ogóle do bani. Ja, jako dość atrakcyjna osoba, przecież mogłabym mieć kogoś lepszego. Tyłu ładnych chłopaków mnie podrywało, a ja się dalej trzymam tego jednego...
Kiedy wynajęliśmy mieszkanie, pukały się w głowę, że marnuję sobie młodość i powinnam chodzić z nimi na imprezy, zamiast wracającemu z pracy chłopakowi kolację gotować i wieczorem przytulać się pod kocykiem, oglądając filmy. Naśmiewały się, że robię z siebie kurę domową i w ogóle nie słuchały, że jestem szczęśliwa.
Czara goryczy przelała się, gdy zobaczyły pierścionek. Skromny, cieniutki, ze srebra, bez żadnego kamienia, za to z symbolem, który wiele dla mnie znaczy. Kosztował nawet poniżej stu złotych, chociaż dla mnie cena w ogóle nie miała znaczenia - przecież zupełnie nie o to chodzi. Za to wspaniałe koleżanki pierwsze co, to marudziły - a gdzie diament? A czemu taki lichy? Że chłopak sknera, że mu nie zależy, że się nie stara... Na domiar złego, jak się dowiedziały, że oświadczył mi się w domu, wieczorem, bez fajerwerków na wieży Eiffla w Paryżu - już totalnie spisały mojego ukochanego na straty. I jak to w ogóle ślub w takim wieku, przecież to mój pierwszy facet, ja się muszę jeszcze wyszaleć...
Tymczasem kilku dobrych kolegów rzuciło tylko paroma żartami o tym, że facet przepadł, kolejny w szpony paskudnej baby wepchany. A potem szczerze pogratulowali, cieszyli się razem z nami i zaczęli snuć plany na kawalerski.
Z całą moją chęcią w wiarę w ludzi - poległam. Faceta ani zdania nie zmienię. Za to koleżanki chyba powinnam.
Chodząc do podstawówki i gimnazjum, nie miałam zbyt wielu przyjaciół, a rola rodziców w moim życiu ograniczała się do krzyków i zmuszania do nauki. Byłam cichą, szarą myszką, kujonką, której wszyscy dokuczali. Chłopcy w klasie nie chcieli mnie tknąć nawet kijem od szczotki, a gdy nauczyciel kazał im siedzieć ze mną w jednej ławce, zachowywali się tak, jakby musieli spędzić lekcję z jakimś mutantem albo kosmitą. W tamtych czasach byłam pewna, że zostanę starą panną, która umrze, nie znając uczucia miłości ani bliskości, jakie może dać drugi człowiek.
Gdy miałam 15 lat, przypadkowo natknęłam się na stronę z anonsami miłosno-erotycznymi. Po pierwszym "szoku" pojawiła się ciekawość, a zaraz potem myśl - dlaczego miałabym nie spróbować tego całego seksu? Zainteresowanie płcią przeciwną już dawno przyszło, poza tym nie zanosiło się na to, żebym w najbliższym czasie miała okazję zaspokoić tę ciekawość z kimś np. ze szkoły albo osiedla. Zatem po rozważeniu wszystkich za i przeciw, odpowiedziałam na ogłoszenie pewnego 30-latka. Nazwijmy go Marek.
Decyzji tej nie żałuję do dziś. Marek nigdy nie zrobił czegoś wbrew mojej woli, był porządnym, doświadczonym człowiekiem. Zanim poszliśmy do łóżka, zapewnił mi odpowiednią wiedzę o antykoncepcji, tym, co i dlaczego dzieje się z ciałami ludźmi w trakcie dojrzewania, a także upewnił się, że chciałam spróbować z nim seksu - a nawet wtedy nie przeszedł od razu "do rzeczy", tylko stopniowo uczył mnie dawać i czerpać przyjemność z pieszczot. Dzięki niemu uwierzyłam w siebie. Z szarej myszki stałam się atrakcyjną, pewną swojej wartości młodą kobietą.
Oprócz łóżka łączyła nas także przyjaźń. Mogłam mu się wyżalić, gdy było mi smutno albo pokłóciłam się z rodzicami. Był dla mnie trochę jak ojciec, z tą różnicą, że nie awanturował się za każdą błahostkę i zamiast wyzwisk, dawał ciepło i zrozumienie.
Nasza znajomość trwała prawie dwa lata. W jej trakcie przeżyliśmy mnóstwo wspaniałych chwil, zarówno w łóżku, jak i poza nim. W pewnym momencie, przestaliśmy się prawie całkowicie zajmować seksem, pozostając przy "samej" normalnej przyjaźni. Potem jednak poznałam swojego obecnego chłopaka, a Marek ograniczył kontakt, nie chcąc, by mój wybranek odczuwał przez niego zazdrość.
A szkoda, bo mimo upływu tych trzech lat, nadal zdarza mi się, że nieco za nim tęsknię.
Dodaj anonimowe wyznanie