Przed weselem mojej siostry, jako że mieszkamy w bloku, przyszedł czas na umycie klatki schodowej. Ja zaczęłam myć schody od góry, mama od parteru. Oczywiście w moim bloku jest pełno starszych pań, które muszą wiedzieć wszystko. Jedna z nich postanowiła opuścić swoje mieszkanie i podpytać moją mamę o szczegóły wesela. Ja tymczasem znosiłam wiadro z wodą na niższe piętro.
Pech chciał, że rączka od tego wiadra pękła, a cała brudna woda wylała się między barierki, wprost na głowę starszej pani.
Teraz, ilekroć mijam ją na klatce i mówię jej dzień dobry, słyszę tylko pogardliwe burknięcie.
Mam 35 lat. Ostatnio 13-letnia córka założyła mi blokadę rodzicielską na YT, żebym nie mogła słuchać polskiego trapu.
Przestroga dla wszystkich (zwłaszcza dobrodusznych dziewczyn), które chcą pomagać. Bezdomnym.
Mam 20 lat. Wrażliwa na ludzkie cierpienie ja, poznałam bezdomnego chłopaka. Od pierwszej chwili gdy go zobaczyłam, pomyślałam: "co taki chłopak jak on robi na ulicy! To bardzo niesprawiedliwe. Pewnie został odrzucony przez rodzinę i nie wie jak sobie poradzić. Muszę mu pomóc!". Od pierwszej chwili zrobił na mnie dobre wrażenie - charyzmatyczny, inteligentny, niebrzydki, z poczuciem humoru. Tym bardziej nie chciałam by zmarnował się sypiając w jakichś pustostanach, popijając wódkę. Było mi go tak bardzo żal, bo przedstawił siebie jako osobę okrutnie pokrzywdzoną przez los, płakał i wzdychał jak źle mu było, bo ojciec go bił. Rozmowy były piękne, dużo żartowaliśmy na początku, ale poruszaliśmy też bardzo ważne tematy. Chciałam pokazać mu, że zasługuje na lepszy los. Mimo że często samej brakowało mi pieniędzy - wolałam oddać mu coś do jedzenia niż zjeść sama - bo ten biedak już się wycierpiał - tak myślałam. Zakochałam się jak nigdy. On dość szybko mówił, że również mnie kocha, że jest mi bardzo wdzięczny, że traktuję go z takim szacunkiem, że go nie skreśliłam jak inni ludzie.
Wpuściłam go do domu, mógł zjeść, umyć się, nawet popracował chwilę to tu, to tam! I tak nam upłynęło pół roku. "Kocham cię skarbie" pisane - z jak się okazało - kradzionego telefonu padało w prawie każdej wiadomości. Traktował mnie jak swojego zbawcę. Do czasu. Gdy okazało się, że w tym samym momencie zaczął umawiać się z innymi kobietami, na "seks bez zobowiązań" i pisać z dziewczynami (nie wiem co to było, ale on ma w sobie coś, co przyciąga do niego atrakcyjne, dobre kobiety). Jednocześnie twierdził, że bardzo mnie kocha.
Kazałam mu wynosić się z domu. W efekcie zaczął mnie nękać, grozić samobójstwem i stalkować. Na chwilę obecną mogę odetchnąć z ulgą, wezwałam policję (i nie żałuję). Zgarnęli go - akurat był poszukiwany (kradzieże, podrabianie podpisów, narkotyki). W międzyczasie okradł piwnice moich sąsiadów i wyrządził wiele zła.
Życzę dziewczynom z dobrym serduszkiem wiele ostrożności i dystansu, bo jak się okazuje, nie zawsze łatwo jest rozpoznać socjopatę. Szczególnie gdy jest się zaślepionym tak jak ja byłam. Mój był doskonałym aktorem. Jest mi przykro, bo dałam mu wiele autentycznej miłości, a w zamian zostałam oszukana, wykorzystana i zdradzona.
Rozsypałem kocią karmę po podłodze, a mój kot je tylko z miseczki, więc zebrałem wszystko i włożyłem do miski. Kot stał i patrzył na mnie. Nie chciał ruszyć jedzenia. Musiałem wysypać karmę z miski (wsypać ją z powrotem do paczki) i znów napełnić mu miskę, żeby łaskawie zaczął jeść.
Jestem kocim niewolnikiem.
Dzisiaj były moje urodziny. Przez cały dzień odebrałam trzy telefony. Pierwszy - mój narzeczony, który poprosił o zwrot pierścionka zaręczynowego, drugi - moja przyjaciółka, która poinformowała mnie o tym, że przez ostatnie 3 miesiące sypiała z moim narzeczonym, trzeci - automatyczne życzenia z przychodni.
Historia ze sklepu z owadem, która działa się ze 4 lata temu.
Stoję w kolejce przy kasie z pełnym koszykiem na kółkach, tak że aż nie szło pomieścić w nim zakupów. Mała taśma, na którą wykłada się zakupy (naprawdę bardzo mała). Zaczynam wykładać pierwsze produkty, odwracam się, żeby wziąć następne, chcę je kłaść na taśmę, a tu ktoś położył produkty obok moich, tak że nie miałam gdzie położyć tych, co trzymałam w rękach. Odwracam się, a tam pani na oko 40-letnia z córką mniej więcej w wieku 18 lat razem z mamą sięga do swojego koszyka po następne produkty, więc mówię "przepraszam bardzo, ale ja mam jeszcze 4/5 koszyka do wypakowania, mogą panie zabrać swoje produkty i zaczekać, aż moje produkty zostaną skasowane?".
Mama dziewczyny spojrzała na mnie z pogardliwym uśmiechem i powiedziała pod nosem "dobrze, dobrze" i zabrały swoje produkty z taśmy i trzymały je w rękach. Kiedy odwróciłam się ponownie i już chciałam kłaść na taśmie swoje rzeczy, ich produkty znowu były przy moich zakupach. Puściły mi nerwy i zerknęłam tylko, czy nie ma niczego szklanego w ich zakupach... Nie było, więc odłożyłam swoje produkty z powrotem do koszyka i całą ręką przejechałam po ich produktach, zrzucając je na podłogę (żaden produkt nie ucierpiał). Kobieta od razu krzyknęła do kasjerki "Nic pani z tym nie zrobi? Co to ma do cholery być?", a mi zrobiło się strasznie głupio, bo wszyscy w sklepie wlepili swoje oczy we mnie, a kasjerka odpowiedziała "ja nic nie widziałam" i uśmiechnęła się tak samo jak wcześniej ta kobieta. Pani zaczęła krzyczeć "niech ta pani teraz zapłaci za te zakupy", ale kasjerka powiedziała "Pani produkty są jeszcze nieskasowane, więc może pani za nie nie płacić albo je wymienić". Kobieta już się nie odezwała, tylko zostawiła koszyk i produkty na podłodze i wyszła ze sklepu.
Przeprosiłam kasjerkę za moje zachowanie i posprzątam produkty, które zrzuciłam.
Jeśli owa pani lub jej córka to czyta, to mam nadzieję, że już się nie pchacie z zakupami jak imigranci do Europy, a ja po tych latach nie żałuję tego co zrobiłam.
Całe szczęście sklep niedawno rozbudowano i są już standardowej długości taśmy, na które można spokojnie wypakować zakupy z koszyka.
Męża poznałam w pracy, trzymaliśmy się razem przez kilka lat, chociaż ja wyleciałam po miesiącu (na trzy nowe osoby tylko jedną mogli wziąć na stałe). Wzięliśmy ślub, trzy miesiące później zaszłam w ciążę. Dziecko było planowane i chciane. Ciągle gadaliśmy do brzucha, głaskałam go, czułam taką wyjątkową więź, której mi brakło.
Do czasu porodu. Nigdy, nigdy nie powiedziałabym, że to możliwe, ale nie chciałam nawet widzieć tego dziecka. Trzeciego dnia dali mi je do pokoju, teraz ja miałam się nim zająć. Ale wpadłam w histerię. Płakałam, że to nie jego miejsce, że ma być w brzuchu, że ja go nie chcę... żebyśmy go oddali, że chcę żyć jak dawniej, bez dziecka. Lekarz i położna mówiły, że to częste, że to mija. Ale jakie częste? Naokoło mnie wszyscy dziubdziali do dzieci, a ja go nie chciałam.
Mojemu mężowi pozwolono zostać tak długo jak chce i przyjść tak wcześnie jak chce. Nie obowiązywał go już grafik odwiedzin. Zabrali ode mnie dziecko na salę noworodków. A ja płakałam, że chcę do domu. Wypisałam się następnego dnia, zostawiając dziecko.
To był poniedziałek. We wtorek mąż pojechał tam sam. W środę naciskał, że powinnam go zobaczyć. Pojechałam. Trzymałam go na rękach, ale butelkę trzymał mąż. Ja go karmić nie chciałam. Nie przewinę. Nie przebiorę. Badanie ma? Ja wychodzę. Aż mąż spytał, kiedy go wypiszą. No, jak będą badania porobione, jak będzie OK i gdy ze mną będzie już dobrze - bali się, że coś mu zrobię.
To mnie wkurzyło. Autentycznie. To ja urodziłam to dziecko i nikt mi nie będzie o nim decydował. Od środy robiłam wszystko ''na pokaz''. Śpiewałam, karmiłam, przewijałam, całowałam brzuszek. Nie dla dziecka, tylko żeby im pokazać, że je wykiwam, że mi uwierzą, że jest dobrze i jestem lepsza od psychiatrów. Nie było w tym dziecka.
Ale to był pierwszy kamyczek, który miał mi pomóc. Przestałam się odsuwać, już nie płakałam na jego widok (wcześniej się hamowałam jak mogłam), zaczął być mi mniej okropny, a jednak dalej taki obojętny.
Zabraliśmy go do domu. Zajmowałam się nim, ale niewiele czułam. Aż do dnia, kiedy płakał, a mąż nie mógł go uspokoić. Wzięłam go na ręce... i nagle cisza. No cisza. Przytulił twarz i śpi. Rozpłakałam się wtedy, czułam się jak menda, która otrzymała tyle miłości za nienawiść. Jestem tak zła, a on mnie tak kocha.
Od tamtej pory jest inaczej. Wynagradzałam mu mój brak na początku. Potem byłam mamą, jakiej potrzebował. Teraz ma kilka miesięcy i jest moim ukochanym maluszkiem.
To podobno częste. Nie znam nikogo o podobnych doświadczeniach. Ale może komuś pomogę zrozumieć, że nie zrobił nic złego, że nie jest sam. To się dzieje. I wcale nie oznacza, że jesteś gorsza.
WSTYDZĘ SIĘ SWOJEGO MĘŻCZYZNY.
Nie to, że ogólnie się wstydzę jego istnienia. Że kitram go przed światem, bo mi wstyd, spotykamy się tylko w domu i żaden z moich znajomych go nie zna. Nic z tych rzeczy.
Jesteśmy już razem kilka dobrych lat. Jest wspaniałym facetem, naprawdę, ale czasami mam ciarki wstydu na całym ciele przez jego zachowanie. I można by sobie pomyśleć „widziały gały co brały”, ale nie do końca. Akceptuję go takiego jakim jest, ma trochę specyficzne poczucie humoru, ale on to, co napiszę dalej, robi tylko przy moich znajomych, przy swoich zachowuje się normalnie.
Mega seksistowskie teksty do moich koleżanek (od razu sprostuję, że nie jest to próba podrywu, to jest tok myślenia, że skoro to moja dobra koleżanka, to może sobie w ten sposób pożartować, bo nikt się nie obrazi) typu: obejmuje Karolinę i mówi „to może my pójdziemy do pokoju, widzę, że masz na mnie ochotę, he, he”. NA PIERWSZYM SPOTKANIU! Na grillu, kiedy koleżanka zapytała, czy została jeszcze jakaś kiełbasa powiedział „ja mam jeszcze jedną, ale nie dam ci tak przy wszystkich, he, he”.
Wieśniackie żarciki typu:
- Powiedz „słońce”.
- Słońce.
- Masz cycki gorące.
Boże, on ma 28 lat! Rozmawiałam z nim o tym, że moi znajomi czują się zażenowani, ja jestem zażenowana. Mówiłam mu, że niektóre jego teksty są wręcz chamskie, że ktoś może odebrać to jako brak szacunku itd. Ale on nie widzi problemu, bo to tylko żarty.
Tak, żarty, za niektóre powinien dostać Nobla Żenady.
No i teraz koniec. Tak bardzo mnie to zaczęło irytować, że przy spotkaniu z jego znajomymi, kiedy jeden powiedział, że idzie do łazienki, ja wstałam i głośno powiedziałam „pójdę z tobą, może porucham”. Wszyscy spojrzeli się na mnie, a ja wytłumaczyłam jemu i jego znajomym, że tak zachowuje się w stosunku do moich koleżanek i według niego jest to śmieszne. Oczywiście z kolegą nie poszłam do łazienki, a on chyba coś zrozumiał, bo ostatnio zachowuje się normalniej przy moich znajomych. Niesmak jednak pozostał.
Będzie o tym, jak to nieświadomie wziąłem udział w upośledzonej wersji gry o tron na żywo.
Kilka lat temu, kiedy jeszcze studiowałem, poznałem na uczelni fajną dziewczynę z niższego roku. Pomijając animozje zaczęliśmy się spotykać, spędzać ze sobą coraz więcej czasu, niedługo później pieprzyliśmy się jak króliki. Nadszedł jednak czas świąt Bożego Narodzenia i musieliśmy się na parę dni rozstać, aby święta te spędzić z rodziną.
Był 25 grudnia. Pojechałem do babci na świąteczny obiad. Podchodzę do klatki, a moja luba idzie z naprzeciwka i kieruje się tam gdzie ja. Zdziwiony pytam:
- Wow, co tu robisz?
- Idę do babci na obiad, a ty?
Myśli pędzą jak po mojej głowie jak konie na wielkiej pardubickiej.
- Yyy, ja też...
Wymieniliśmy lekko przestraszone spojrzenia, zaśmialiśmy się, ale ona na szczęście poszła dwa piętra wyżej. Pożegnaliśmy się, wszedłem do babci, zasiedliśmy do stołu z całą rodzinką. Kiedy już tak siedzieliśmy i opychaliśmy się czwartą dokładką schabu, babcia zadała pytanie:
- Z kim rozmawiałeś na klatce?
- A spotkałem znajomą, okazało się, że też ma tu babcię.
- A co to za znajoma?
- Poznaliśmy się na uczelni, (tutaj jej imię i nazwisko), w sumie to się spotykamy.
Babcia zamarła. Myślałem, że dostała zawału, wylewu i udaru naraz. Zapanowała nieprzenikniona cisza przy stole.
- Ale wiesz, że jesteście rodziną?
Teraz ja dostałem naraz udaru, zawału i wylewu.
- Nie, nie wiem, kur*a.
- To jest córka ciotki xxx.
- Aha.
Okazało się, że to moja siostra cioteczna. Od strony rodziny drugiej babci. Babcia twarz WTF?! Rodzice to samo, wujek płacze ze śmiechu pod stołem, młodsze rodzeństwo nie ogarnia co się odjaniepawliło, a ja żuję schab, pragnąc zapaść się pod ziemię. KURTYNA.
Jakieś 10 lat temu jechałam z tatą i psem na Mazury samochodem. Zatrzymaliśmy się w połowie drogi na jakieś podłe przydrożne żarcie, którego i tak nie dokończyłam... Po jakiejś godzinie poczułam, że w moich jelitach zaczyna się coś dziać, a że srać mi się nie chciało, a tu jeszcze ładne 4 godziny drogi, to jechaliśmy bez przerw.... Do czasu.
Zaczęłam sadzić okrutne cichacze, oczywiście nie przyznając się, że to ja. Tata na początku bez większego przejęcia komentował "Ale zaśmierdziało... To chyba z pola", a przy kolejnym cichaczu "Co to znowu tak wali? Zesrałaś się?". Oczywiście się nie przyznałam. Parę kolejnych cichaczy przeszło mimochodem, bo akurat okno było otwarte, jednak po cichaczu mordercy ojciec już nie wytrzymał. Zatrzymał się na pierwszym lepszym poboczu, wysiadł z samochodu i poszedł otworzyć tylne drzwi, przy czym zarzucił tekstem "wypierdalaj srać". Wygonił niczemu winnego zaspanego psa z samochodu. Psisko nie wiedziało o co chodzi, po czym wróciło do samochodu dalej spać, a ja stwierdziłam, że skoro i tak już wina jest na psa, to sadziłam cichacze prawie do końca podróży.
Pies już dawno nie żyje, ojciec nie raz wspomina o tym, jak Tina waliła bąki w aucie, a ja się do tej pory nie przyznałam, że to byłam ja.
Dodaj anonimowe wyznanie