Mam 27 lat i nadal mieszkam z rodzicami. Prawie na każdym rodzinnym spotkaniu słyszę od swoich ciotek i wujków pytania typu: "kiedy się usamodzielnisz"?
Zwykle nie są to pytania zadawane wprost ale i takie się zdarzają. Pytanie tylko co właściwie oznacza dla nich "usamodzielnić"?
Po studiach przez rok mieszkałam w Warszawie. Zarabiałam wtedy 2200zł do ręki. Po opłaceniu czynszu, rachunków, biletów, na życie zostawało mi 800zł.
Każdy, kto mieszka w mieście, wie, że nie są to duże pieniądze. Te pieniądze wystarczały mi wyłącznie na zaspokojenie podstawowych potrzeb, często brakowało mi m.in. na jakiś ciuch czy wizytę u lekarza.
Wtedy finansowo pomagali mi rodzice. Byłam tym zdołowana. Skończyłam studia, ciężko pracowałam, rzadko kiedy nawet mogłam przyjechać do swojego rodzinnego domu, a było mnie stać tylko na wynajęcie pokoju i zakupy spożywcze, nie było mowy nawet o odłożeniu sobie na laptopa czy jakieś małe wakacje.
Pochodzę z małej miejscowości, położonej daleko od miasta, i bardzo ciężko tu o pracę, jednak gdy dowiedziałam się o wolnym etacie w mojej miejscowości, bez wahania przyjęłam pracę i wróciłam tu. Nie zarabiam o wiele więcej, ale jest mi łatwiej. Mieszkam z rodzicami, ale nie pasożytuje na nich. Dokładam się do utrzymania, czasem zrobię zakupy, zatankuje samochód itp. Mogłam sobie też odłożyć na wyjazd. Pewnie, że chciałabym mieć swoje mieszkanie, urządzić je po swojemu itd, ale nie stać mnie na to.
Rata kredytu i czynsz wyniosłyby mnie więcej niż moja pensja. Moich rodziców nie stać na to, żeby mi kupić mieszkanie. Wiem, że często pary robią tak- z jednej pensji żyją, a druga idzie na opłacanie rat i rachunków. Ja akurat jestem sama, ale co, miałabym sobie znaleźć jakiegoś chłopaka, tylko po to żeby mieć z kimś spłacać kredyt? Ciężko jest teraz znaleźć dobrze płatną pracę i bardzo trudno jest utrzymać się samemu z takiej niskiej pensji w mieście.
Wiem, że wiele osób jest w takiej sytuacji i też dlatego, że nie mają innego wyjścia. Ja miałam i wolałam wrócić do domu. I uważam, że teraz jestem bardziej samodzielna niż wtedy kiedy mieszkałam bez rodziców. Jednak to mogą zrozumieć tylko osoby, które mają mózg, ale nie moi krewni.
Jestem dorosłą kobietą, matką, żoną, przyjaciółką i kim tam jeszcze można być. Pracuje w pewnej firmie jako specjalista, ale jest coś o czym nikt by nawet nie pomyślał. Otóż... Masturbuje się w pracy. Od tak nachodzi mnie ochota, biorę kluczyk, idę do łazienki i w maks chyba dwie minuty dochodzę. Po czym myje łapki, zamykam łazienkę i wracam na stanowisko wyjątkowo wyluzowana. Nie robię tego często, ale sam fakt, że zdarza mi się. Z seksem nie mam problemów, lubię go i nie narzekam ani na częstotliwość, ani na jakość. Może to jakaś adrenalina, tego nie wiem.
Pewnie każdy z was kiedyś oglądał filmiki, na których młodzież jak i studenci nie znają podstawowych dat jak np. wybuch I wojny światowej. W komentarzach zwykle ludzie piszą, jak teraz się nikt nie uczy i dorasta pokolenie głąbów.
Jak czytam te komentarze robi mi się przykro, ponieważ aktualnie jestem ósmoklasistką i choć mam ambicje oraz chcę osiągnąć coś więcej niż praca w MacDonaldzie to nie jestem w stanie. A dlaczego? Otóż chodzę do zwykłej, publicznej szkoły podstawowej i nie było by nic w tym dziwnego, ale to co się dzieje w mojej klasie to istne zoo. Nie będę wymieniać wszystkich sytuacji, ponieważ jest ich zbyt dużo, ale kilka ,,perełek'' wymienię: rzucanie krzesłami z 1 piętra przez okno, zapchanie torebki nauczycielki śniegiem, obrzucanie kałem tablicy (sama nie wiem skąd wzięli).
Najgorsze jest to że równoległa klasa jest traktowana jak święta, ponieważ specjalnie nie dają im uczniów którzy nie zdali aby nie zaniżyła się im średnia klasowa. Skąd mam taką pewność? W tym roku doszło do nas 3 takich uczniów- aktualnie jest nas 31, u nich 25. Średnia klasy wynosi 3.0. Sytuacja na lekcjach jest koszmarna, większość zachowuje się jak małpy, a co za tym idzie jest bardzo głośno.
Chociaż chcę wyciągnąć coś z lekcji zwykle nie ma na to szans. Muszę uczyć się w domu. Zaraz będę miała egzaminy i bardzo bym chciała dostać się do dobrego liceum, ale nie liczę na nic z powodu właśnie klasy. Sama wszystko muszę przerabiać sama w domu i często nie rozumiem nowych tematów. Nie chcę winić nauczycieli bo przynajmniej ci co mnie uczą są naprawdę dobrzy ale mojej klasy nie da się uspokoić.
Nie raz była policja, wzywanie rodziców, kuratorzy i nic. Jeśli chodzi o przeniesienie do innej szkoły to nie ma możliwości, gdyż to jedyna podstawówka w pobliżu. Rodzice starają się mnie wspierać, jednak to nie wiele daje. Jestem strasznie zestresowana i już nie wiem co mam zrobić...
Ps. Przepraszam za wszelkie błędy, ale po prostu jestem roztrzęsiona
Ogarnął mnie irracjonalny strach o samą siebie. Najlepiej zacznę od początku.
Zaczęłam studia w poprzednim roku. Bardzo się otworzyłam na ludzi, nawiązałam wiele nowych znajomości, nie dzieląc ich na płeć. Zresztą nie pozbierałam się do końca po poprzednim związku i nie widziałam w facetach 'facetów' - po prostu bezpłciowi koledzy. Nie zauważyłam wtedy też, że jeden z nich ewidentnie jest we mnie zakochany i spotykaliśmy się często we dwoje. Maciek. Po czasie koleżanka zwróciła mi na to uwagę, ale że od niego nigdy nie wyszła żadna konkretna propozycja, poza nauką, nie wzięłam tego aż tak na poważnie.
Jak to na początku w dużych grupach, jedne znajomości się rozwinęły, inne nie. Rozwinęła się za to znajomość z innym chłopakiem, Romkiem. Z Romkiem dzieliliśmy wspólne problemy i od razu znaleźliśmy wspólny język, sam był zresztą po rozstaniu. Do dzisiaj jest jednym z moich najlepszych znajomych.
Niestety Maciek zinterpretował to inaczej i w akcie bezsilności, złości, czegokolwiek, zaczął się dziwnie w stosunku do mnie zachowywać. Na początku było to tylko ostentacyjne ignorowanie.
Niestety byliśmy w jednej grupie do projektu semestralnego i byliśmy skazani na swoje regularne towarzystwo. W którymś momencie przestał przychodzić na umówione spotkania, przez co w końcu i ja się wkurzyłam. Szczytem było, kiedy nie dopuścił mnie do wglądu w nasz wspólny projekt. Ani on, ani nasi wspólni (w sumie bardziej jego) koledzy nie reagowali na wiadomości.
Około godzinę przed prezentacją okazało się, że napisali zupełnie inny kod (informatyka), niż zakładaliśmy, a moją część kompletnie z niego wyrzucili. Cudem udało mi się 'ugrać' pozytywną ocenę. Nadeszły ferie, nowy semestr i wzrok pełen nienawiści w moim kierunku. Na ćwiczeniach sabotował projekty grup, w których byłam ja - przepięcia kabli, odłączanie od prądu. Wiem, bo w tym przypadku łatwo było sprawdzić, kto za tym stoi.
Dodać trzeba, że ja pozdawałam wszystko, on nie zdał jednego przedmiotu, a mimo to mówił głośno, że ja nie mam prawa być na tych studiach, bo jemu się należy moje miejsce. Zdarzało mu się mówić źle o mnie, kiedy myślał, że nie słyszę. Chłopak wydaje się być bardzo niestabilny emocjonalnie. Wczoraj został wyrzucony ze studiów, a ja mam wrażenie, że winą za to obarcza mnie oraz, że całą gorycz przelał na mnie.
Boję się, że będzie chciał się zemścić i staram się nie wracać późno do domu (wie, gdzie mieszkam). Wkurza mnie też, że sama siebie obwiniam, bo w sumie z innymi chłopakami, których traktowałam tak samo, jak jego, nie mam żadnych problemów. Normalnie się kumplujemy i razem uczymy.
Obawiam się, że jak coś się stanie, to wina spadnie na mnie, bo 'go sama sprowokowałam'. Nie wiem, co robić i co o tym wszystkim sądzić.
To mój największy sekret i nigdy z nikim o tym nie rozmawiałam. Otóż nieziemsko podniecają mnie łaskotki.
Mam to od wczesnego dzieciństwa. Choć wtedy nie byłam świadoma co i jak, to już wtedy lubiłam układać sobie w głowie różne historyjki z tym związane.
Na samą myśl o nich, czuję jak zaczyna mi pulsować w wiadomym miejscu, a w brzuchu rozpoczyna się motyli taniec. Uwielbiam oglądać filmiki i zdjęcia o tej tematyce. Wystarczy kilkuminutowy seans i orgazm murowany. Często wchodzę też na różne fora internetowe, oraz blogi, w poszukiwaniu historii o łaskotkach. Uwielbiam wyobrażać sobie te wszystkie scenki, o których czytam. Czuję się wtedy niesamowicie błogo i marzę by kiedyś znaleźć się w takiej sytuacji. Chciałabym kiedyś pomęczyć kogoś w ten sposób, jak i poczuć, jak to jest być ofiarą takich tortur.
Jestem bardzo wrażliwa na dotyk, mam potworne łaskotki, chyba w każdym możliwym miejscu. Wystarczy, że ktoś lekko dotknie mnie w brzuch, czy kolano, a już mnie skręca. Mimo tego, strasznie kręci i ciekawi mnie, jak to jest.
Podnieca mnie też samo słowo "tortura", ponieważ kojarzy mi się głównie z tym.
Niby samemu nie można się połaskotać, jednak by zaspokoić swoje potrzeby, opanowałam tę sztukę do perfekcji. Jak wyżej wspomniałam, zajawkę łaskotkami mam od dzieciństwa. Wtedy też dostałam takiego wielkiego pluszowego niedźwiedzia, którego uwielbiałam i którego mam do tej pory. Gdy kładę się spać, biorę go do łóżka i oddaję się swojej przyjemności. Najzwyczajniej w świecie miziam się nim po gołym ciele, co na prawdę okropnie łaskocze, wywołując u mnie spore podniecenie. Zdarzało mi się także używać znalezionych na zewnątrz piór, czy pędzelków od makijażu.
Często także odgrywam w łóżku scenki, że jest to mój chłopak i wymieniamy się takimi czułościami.
Temat łaskotek jest dla mnie strasznie wstydliwy. Czuję dyskomfort, gdy usłyszę to słowo w towarzystwie kogokolwiek. Mam wrażenie, że wtedy ktoś pozna moją tajemnicę.
Umarłabym ze wstydu, gdyby ktokolwiek dowiedział się o moim dziwactwie. Jestem ciekawa, czy jest choć jedna osoba tutaj, która ma podobnie.
Nie wiem co jest gorsze. Czy to, że oglądając porno znalazłem film z udziałem mojego nauczyciela, czy to, że było to gejowskie porno, zwłaszcza, że on ma żonę i dzieci.
Mam skrzywienie zawodowe.
Nie potrafię patrzeć na porno. Bo laski zachowują się nienaturalnie. Bo ujęcia z dupy (ha...). Bo montaż bez sensu, bo tu parę minut jednego ujęcia, a tu stroboskop. I w ogóle jakieś to takie brudne i bleeee.
Tak, pracuję w branży filmowej - chociaż nie tej :)
Trafiłem kilkukrotnie na coś zrobionego ze smakiem, ale teraz nie chce mi się szukać - bo bleeee.
Cóż, barista nie napije się rozpuszczalnej, grafika szlag trafia na widok Comic Sans a mnie łatwiej "trenować małysza" do dobrej reklamy rajstop.
Hania siedzi już pół dnia i gra w Simsy, zajadając się chrupkami cheetos. Wstaje tylko, żeby się wysikać i wraca do gry, zaabsorbowana urządzaniem nowego mieszkania. Przeżywa nastroje swoich Simów i krzyczy do monitora, gdy coś pójdzie nie po jej myśli. Wiem, powinienem mieć to gdzieś, że jakaś sfiksowana dziewczyna żyje durną grą.
Tylko że Hania ma 43 lata i jest moją mamą.
Pozdrawiam wszystkich, którzy mają w domu dorosłe dzieci.
Wiecie co mnie wkurza? Kiedy komuś coś się nie podoba i jego celem życia staje się, by pokazać wszystkim innym jakie to jest złe, przy okazji dorabiając do tego ideologię.
Mam niezłą przemianę materii, więc mimo średnio zdrowej diety noszę niezmiennie rozmiar 38. Podobnie mój kolega - zajada się wszelkiego rodzaju fast foodami, a pozostaje całkiem szczupły. On dodatkowo pali jak smok. Tyle tytułem wstępu.
Siedzimy na uczelni i gadamy, kiedy kawałek dalej grubsza dziewczyna (na oko rozmiar 42) wyciąga batonika i zaczyna go jeść. Kolega po chwili:
- Jak ja tego nienawidzę.
Nie bardzo wiedziałam o co chodzi, więc poprosiłam o szczegóły. Domyślacie się co usłyszałam. Że do takich ludzi nie ma szacunku, że jak ona wygląda i niech pójdzie na siłownie i przestanie się zażerać. Dużo w tym było agresji.
Zapytałam go, z czym właściwie ma problem.
- Jak można na własne życzenie tak sobie zdrowie rujnować!
- Przecież ty wczoraj zjadłeś dwa zestawy z McDonalda na moich oczach.
- No ale ja nie tyję.
- Wiesz, że to i tak niezdrowe, co? Narządy wewnętrzne się otłuszczają...
- Ale to jej utrudnia życie! Nie może podbiec do autobusu, uprawiać sportu...
- Kiedy ty ostatnio uprawiałeś jakiś sport?
- No ale ja przynajmniej TAK nie wyglądam - zakończył dyskusję.
Grubi ludzie mogą się komuś nie podobać, ale czy naprawdę trzeba wymyślać powody? Lepiej przyznać przed samym sobą "wolę szczuplejsze dziewczyny" niż zasłaniać się kwestiami zdrowotnymi, które tak naprawdę nas nie interesują w najmniejszym stopniu.
Nie potrafię zapamiętać imienia swojego chłopaka, jakkolwiek dziwnie to by nie brzmiało. Ma na imię Tomek, a ja wciąż odruchowo nazywam go Jackiem. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego tam się dzieje. Przecież ja nawet nie znam żadnego Jacka!
Dodaj anonimowe wyznanie