Niedawno dowiedziałam się, że mam początkowe stadium raka szyjki macicy. To było do przewidzenia, bo rodzice dali mi w pakiecie duże szanse na nowotwory, które zabrały już większość mojej rodziny. Nie powiedziałam o tym jednak żadnej bliskiej mi osobie. Nie powiem, bo cieszę się z tej diagnozy.
Od lat cierpię na nerwicę i odkąd pamiętam, codziennie mam myśli samobójcze. Dzięki tej diagnozie wiem, że nie muszę popełniać samobójstwa. Wystarczy poczekać, by umrzeć jako męczennica, zamiast zostać potępioną samobójczynią.
W moim rodzinnym domu zawsze był syf. Jako dziecko uważałam, że to normalne, by brudne gacie walały się po mieszkaniu, jednak jako nastolatka zaczęłam zauważać problem. Próbowałam z tym walczyć na różne sposoby. Z początku po prostu sprzątałam za rodziców, ale to było jak walka z wiatrakami. Po moim posprzątaniu mama potrafiła wpuścić połowę rodziny w butach i owczarka niemieckiego. Potem chciałam poważnie porozmawiać z moimi rodzicami. Ojciec mnie wyśmiał, a mama zaczęła się awanturować, że jak mi się nie podoba, to mam się wyprowadzić i jej tyłka nie zawracać, bo przecież w domu jest czysto.
Kiedyś babcia do nas przyszła niezapowiedzianie w odwiedziny. A tam, oczywiście, w salonie brudne gacie starego, kubki jeszcze z rana, masa okruszków na stole, a obok cążki do paznokci... Ogólnie syf. Babcia nawet kawy nie chciała, a potem rozgadała wszystkim, że u nas jest masakrycznie brudno. Mama się wściekła, pamiętam, że wtedy bardzo płakała, tłumaczyła, że to przez pracę. Posprzątałyśmy razem mieszkanie i już myślałam, że się przełamuje, ale nie. Za dwa dni znowu było tak samo. Z babcią zaś przestała utrzymywać kontakt i uważa ją teraz za arcywroga. Jak jadę do babci na kawę, to potrafi się i do mnie nie odzywać, a za jej plecami nazywa ją starym próchnem.
Jak poznałam chłopaka, to było mi bardzo wstyd zaprosić go na weekend. W piątek było jeszcze czysto, bo posprzątałam, ale w niedzielę znowu to samo: brudne gacie, jakieś okruszki, nieumyte naczynia rozstawione po meblach. Koszmar. Całe szczęście, wyprowadziłam się z nim na studia dosyć szybko i mogłam odetchnąć z ulgą.
Jak mama do mnie przyjeżdżała do mieszkania, to potrafiła od progu śmiać się ze mnie, że mam czysto jak w muzeum. Ojciec to samo. Z tym że naprawdę nie jestem pedantyczna. Robię gruntowne porządki raz w tygodniu, ale przez cały tydzień sprzątam po sobie. Tłumaczyłam im, że wystarczy wynieść po sobie talerz, a ciuchy wrzucić do brudownika, a nie obok.
Do dzisiaj jak tam jeżdżę to sprzątam. Bo mi głupio, jak mama zaprasza gości np. na swoje imieniny, a w domu jest po prostu brudno. Mama wychodzi z założenia, że jak pracuje na cały etat, to nie musi sprzątać. Teraz sobie jeszcze kupili psa na starość. Pies jest niewychowany i wali kupę po kątach, a oni tego nie sprzątają.
Rodzice mieszkają na wsi, więc jesienią myszy pchają się do domu. Ostatnio, będąc w domu i sprzątając, natrafiłam na szczątki myszy za mikrofalówką i powiedziałam basta. A niech sobie gniją w tym syfie. Nie będę ich po prostu odwiedzać.
Denerwuje mnie mówienie, że prowadzenie domu to praca na pełen etat. Moja matka to idealny przykład. Zaznaczam, że jest osobą po studiach, skończyła architekturę. Choć nie pracuje, bo wolała się opiekować i wychowywać trójkę dzieci - pomijam fakt, że wszyscy od dawna jesteśmy samodzielni, rodzeństwo -16 i 21 lat, ja 18 (za miesiąc matura). Ojciec zarabia bardzo dobrze, więc problemów finansowych nigdy nie było.
Kura domowa (sama się tak określa, absolutnie nie my) wiecznie zmęczona, stoi przy garach od 6 rano do 15. Wiecznie zapracowana, czasu nie ma, a wszyscy zawsze niewdzięczni. Nie doceniają męczeństwa. Gdyby nie to, że wszyscy przez pierwsze pół dnia są poza domem, to szło by zwariować od tego narzekania.
Teraz kluczowe jest to, że w końcu nie wytrzymałem i wygarnąłem matce, że też bym umiał obiad ugotować i wcale 6 godzin bym nie musiał stać przy garach. Z racji że miałem tydzień wolnego w czasie ferii, to założyliśmy się, że ja ogarnę dom lepiej.
Z gotowaniem mam niewiele wspólnego, wiadomo, "pomagałem" babci na święta, a sam gotowałem obiad może 10 razy w życiu. Ale od czego jest cała wiedza ludzkości. Dostałem hajs na zakupy i wolny dom. Wszyscy mieli przed 14 nie wracać. Poszedłem do sklepu, kupiłem to co trzeba, reszta rzeczy wiadomo, jest w domu.
Nie będę was zanudzać szczegółami, ale wyszło mi wszystko przez te 7 dni - spaghetti, kebab, pizza, kurczak, żeberka, barszcz z uszkami, zupy, pierogi i nawet ciasto owocowe na deser. Większość z tych rzeczy robiłem pierwszy raz. Tylko z tutorialami z neta i książkami kucharskimi.
Pomijając to, że mało soli, to nikt nie narzekał (uwierzcie, że narzekaliby, bo nie są mili), siostra nie zjadła ciasta, bo nie lubi śliwek, a ojciec nie je uszek.
Dwa razy w tygodniu byłem w sklepie (od razu zakupy na kilka dni). Gotowanie zajęło mi ok. 3 godzin dziennie + 3 godziny dziennie oglądanie filmików i czytanie książek, w międzyczasie posprzątałem cały dom, umyłem podłogi, poczytałem książki.
Więc naprawdę nie wiem, jak można ślęczeć przy garach cały dzień... Jak coś ma się piec 2 godziny, to się piecze, ale ja w tym czasie robię coś innego. Musiałem nieźle kombinować z nauką przepisów, ale to pierwszy raz, jak ktoś gotuje codziennie od 20 lat, to jednak pamięta co i jak i nie musi czytać o tym, czym smaruje się blachę do pieczenia albo czy do ciasta daje się jajka... Samo gotowanie 3 dań (zupa, drugie i deser) zajęło mi może z 1,5 godziny, nie licząc sprawdzania wszystkich kroków przepisu i szukania w grafice, jak wygląda ziele angielskie... Po prostu fajna zabawa. Zazdroszczę kobietom, które nie muszą pracować, tylko zajmują się domem, a ja głupi kuję po 5 godzin dziennie do matury.
Oczywiście matka się obraziła. Bo jej nikt nie docenia. Owszem, jak ma się małe dzieci, to trudniej, ale niestety nikt nie chciał pożyczyć swoich...
Kiedy byłam młodsza, bardzo fascynowało mnie to, że można było zagrać w grę, w której skreśla się kilka cyferek i wygrać nawet miliony złotych.
Kiedyś usłyszałam, jak moja mama mówi, że nie ma na coś pieniędzy, więc pomyślałam, że możemy zagrać w lotto! Mama kupi kupon, a ja skreślę liczby i na pewno wygramy. Pewnego dnia wstałam rano i wymyśliłam liczby, a potem błagałam mamę, żeby zgodziła się kupić kupon, bardzo mi na tym zależało i cały dzień ją męczyłam. Napisałam jej nawet na kartce liczby. Ona jednak postanowiła uczyć mnie poszanowania dla pieniędzy i tego, że ta gra i tak nic nie da, że to oszukiwanie ludzi i szansa na wygraną jest tak mała, że nie da się wygrać. Posadziła mnie wieczorem przed telewizorem i powiedziała "zobaczysz, gdybyśmy wysłały kupon, straciłybyśmy pieniążki i nic nie wygrały".
Losowanie się rozpoczęło.
Mama patrzyła na liczby na kartce i liczby w telewizorze.
Trafiłam szóstkę. 13 milionów poszło się kochać tego dnia.
Gdy zaprosiłem znajomych do domu na domówkę, celowo w łazience w kubku włożyłem dwie szczoteczki do zębów, aby znajomi myśleli, że mam kogoś, kogo przed nimi ukrywam. Uważają, że to dziwne, iż facet w moim wieku (39) nie ma, nie miał i nie chce mieć nikogo w swoim życiu (ja uważam za dziwne, że ktoś chce mieć).
Sposób ze szczoteczkami zadziałał. Od kilku tygodni mam spokój.
Moja teściowa ma dwóch ulubionych synów... i mojego męża. Tamci skończyli politechnikę i pracują w państwowych firmach za jakieś średnie pieniądze, a mój mąż jest według niej czarną owcą rodziny, obibokiem, nierobem, głupcem i życiowym przegrywem, bo studiował sztukę. Ma przez to biedak życiowy kompleks, więc za pieniądze, które wziął za duży projekt, nad którym pracował wiele miesięcy, kupił rodzicom dom, zaprojektował wnętrze, sam namalował przepiękne freski i dopiero kiedy wszystko było gotowe, powiedział im o tym i przekazał im klucze.
Teściowa mieszka teraz w najładniejszym domu w okolicy, ale wciąż nie zmieniła zdania. Nadal ma dwóch ukochanych synów i jednego - jej zdaniem - marnego, mojego męża. Serce mi pęka, jak patrzę, jak bardzo jest tym załamany. Zupełnie niesłusznie...
Jestem o krok od skorzystania z usług profesjonalistki.
Bardzo kocham moją żonę, ale od momentu urodzenia dzieci zapomniała, że jest również żoną, a całkowicie przełączyła się na tryb matki. Rozmowy i próby tworzenia intymnych chwil kończą się tylko moim sfrustrowaniem. Od dłuższego czasu zapisuję daty, kiedy dochodziło między nami do zbliżenia. Średnia z 3 lat, to raz na 28 dni, a wliczam tu naprawdę wszystkie "razy", nawet szybki, jednostronny seks oralny.
Lubię seks i nie zależy mi tylko na penetracji, a wolę kochać się bez pośpiechu, w różnych pozycjach.
Jestem już po 30. i boję się, że niedługo zrobię się zgorzkniały i wredny, po prostu nieznośny dla bliskich.
Byłem na wieczorze kawalerskim mojego kumpla - to był wyjazd do Armenii. W trakcie jednej imprezy przysiadły się do nas dwie śliczne dziewczyny, a kiedy zostałem z nimi na chwilę sam na sam, to powiedziały mi, że ja im się najbardziej z tego towarzystwa spodobałem i siedzą z nami tak długo, bo chciały zaprosić mnie na gorący trójkącik. Całkiem... no może nie całkiem trzeźwo, ale zupełnie bez większych emocji odpowiedziałem, że mam narzeczoną w Polsce, więc dziękuję za propozycję, ale nie mogę.
Ich reakcja trochę mnie zaskoczyła. Nawet bardzo mnie zaskoczyła. Każda z nich zasadziła mi po kopie w jaja, po czym bezceremonialnie sobie poszły. I weź tu bądź, kurna, porządnym facetem...
Od kiedy pamiętam mam łysienie plackowate. Okropna choroba dzięki której moje ciało sądzi, że włosy na moim ciele są czymś złym i musi się ich pozbyć. Lekarze twierdzą, że winą jest stres (ale winą zawsze jest stres we wszystkich mało znanych chorobach). Albo przez brak witaminy D3.
Zaczęło się w podstawówce od małych, niewidocznych plamek. Teraz po 8 latach nie mam ponad 70% włosów na głowie. Codzienne żarcie tabletek z D3 i biotyną nie działa. Próbuję to zakrywać, ale od jakiegoś czasu się nie da. Najlepsze jest to, że chcę żeby ktoś się tym przejął albo zapytał, ale jak już ktoś to zrobi to wyśmiewam to, jest mi głupio i najlepiej bym uciekła. Ludzie nie pytają się mnie o to, ale zawsze widzę jak dziwnie się na mnie patrzą.
Próbuję pogodzić się z losem i zaakceptować siebie, ale jak słyszę wszędzie, że kobiety powinny akceptować siebie takimi jakim są, to chcę mi się rzygać. Jestem pewna, że nikt by nie wytrzymał z taką chorobą w moim wieku. Mama próbuje mnie zmusić do ścięcia na łyso i do noszenia peruki. Ale nie wyobrażam sobie jakby to miało wyglądać, mam nagle przyjść do szkoły z super innymi i "pełnymi" włosami?
A do tego chodzę na treningi nożnej, jakby ta peruka miałaby się trzymać? A bieganie z łysą głową nie wchodzi w grę.
To tego wszystkiego lekarze też nic nie mogą zrobić. Nie ma jednego, naprawdę działającego leku na to gówno. Mam do wyboru codzienne chodzenie na lampy UV i jedzenie leków, które u mnie wywołują wymioty, albo wcieranie śmierdzących sterydów. Ewentualnie mogę co roku chodzić do szpitala, gdzie mają "lepsze" wcierki, ale gdzie podczas tygodnia pobytu wypadło mi więcej włosów niż przez miesiąc.
Nie mam już pomysłów. Nigdy jakoś nie byłam duszą towarzystwa, ale teraz boję się do kogokolwiek odezwać. Lubię moje życie i całą resztę mojego ciała, ale jak tylko po umyciu włosów widzę jak mi one wypadają, nie chce mi się żyć.
Czytaliście niedawno wyznanie (V6vX2) ludzi, którzy odkryli na podstawie grupy krwi, że ich córka nie jest ich córką, ale nie mają pojęcia, jak to możliwe? Napisali je moi rodzice. Wiedzą, że przeglądam Anonimowe, liczyli, że na nie trafię i skojarzę sytuację. Zrobili to, bym uwierzyła w ich zapewnienia, że nie jestem adoptowana. W końcu jednak ustąpili. Przyznali się, że zbyt bali się mojej reakcji, by mi to powiedzieć, nawet w tej sytuacji.
Dodaj anonimowe wyznanie