Dziś, kiedy wreszcie po długim czasie, zostałem z moją dziewczyną sam na sam, miałem nadzieję, że dojdzie między nami do zbliżenia.
Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy ta zamiast dzielić ze mną tę radość, rzuciła mi się w ramiona i zaczęła rzewnie płakać.
Szlochając, cała zasmarkana, powiedziała mi, że jej okres spóźnia się już ponad tydzień i że boi się, że zaszła w ciążę. Przytuliłem ją mocno i wyznałem, że nawet jeśli jest, to zrobię wszystko, aby moje dziecko miało najwspanialszego tatę na świecie. Uspokoiła się, pocałowała mnie w policzek i powiedziała „Kochany jesteś!”. A potem poszła na spotkanie z koleżankami.
Dopiero kilka minut po tym, jak wyszła dotarło do mnie, że ostatni raz kochaliśmy się prawie pół roku temu...
Przed tym, by popełnić samobójstwo powstrzymuje mnie świadomość, że mogłoby mi się nie udać, a ja musiałabym znosić zachowanie ludzi, którzy patrzyliby na mnie ze współczuciem, plotkowaliby o mnie i o tym, co zrobiłam (mieszkam wśród ludzi, którzy uwielbiają plotkować) i wciąż nie umieliby mi pomóc, więc w sumie byłoby źle i mi, i im, a przynajmniej tym, którym jakoś tam na mnie zależy.
Wyznanie dotyczy mojego trudnego kontaktu z matką.
Nie byłam trudnym dzieckiem i nie sprawiałam problemów wychowawczych rodzicielce, ale ostatnie miesiące są dla mnie bardzo trudne. Moje relacje z matką pogorszyły się, gdy po raz pierwszy miałam chłopaka, poznałam go na wyjeździe i po kilku dniach byliśmy parą.
No cóż, pierwsza młodzieńcza miłość, chłopak bardzo miły i troskliwy oraz ułożony, więc spodobał się mojej mamie. Jednak niestety po niecałych 5 wspaniałych miesiącach związek się rozpadł. Nie ukrywam, odreagowałam to 8-miesięczną wegetacją i całkowitym odizolowaniem się od ludzi. Jednak to, że związek się rozpadł nie oznaczało odejścia chłopaka z mojego życia domowego, oj nie...
Temat mojego byłego do dziś jest żywym powodem do dyskusji dla mojej mamy. Nazywa go "ukochanym dzieckiem", kiedy wracam ze szkoły pierwsze pytanie jakie pada to "Co u mojego dziecka?" - i nie chodzi tu oczywiście o mnie.
Każda rozmowa zawsze dotyczy jego, nieistotne jest to, że zawsze mówię, aby przestała wracać do tematu mojego związku, i tak jest to samo. Nie mogę z nią o niczym innym rozmawiać, tylko o nim. Nie chcę już tego, rozstanie było dla mnie czymś bardzo bolesnym i pomimo tego, że minął ponad, nadal mam w sobie poczucie bólu i tęsknoty.
Często słyszę od niej, że jestem beznadziejna, ponieważ nie potrafię utrzymać chłopaka przy sobie, że jestem okropna i głupia, skoro się ze mną rozstał. Raz powiedziała mi w sklepie, że ona to się mu nie dziwi, że mnie zostawił. Dotknęło mnie to bardzo mocno i po prostu się popłakałam, uczucie wstydu z powodu patrzących na mnie ludzi i bólu słów matki naprzemiennie się wtedy w mnie mieszały.
Dziś miałam iść z nią na spacer, ot tak, by spędzić trochę czasu. Niecałe kilkanaście metrów od domu matka znów zaczęła mówić o tym, jak ostatni raz szłam tą samą drogą na spacer z swoim chłopakiem itd. Nie uniosłam się (moja matka to świetna trenerka cierpliwości, nie powiem), tylko powiedziałam, że nie chcę, aby nasz spacer miał motyw przewodni wspomnień o byłym, jednak to jej nie obeszło.
Wróciłam do domu i płakałam, a ona poszła dalej. Gdy wróciła powiedziała, że już nigdy ze mną nie pójdzie, że jestem okropna, a nasze relacje nie będą już nigdy tak dobre (moim zdaniem od dawna nie są). Przez następne dni wiem, że nie będzie się odzywać. Kara milczenia i ignorowania mnie z jej strony jest mi nieobca, jednak - nie ukrywam – bolesna.
Całe to wyznanie piszę tu, ponieważ normalnie nie mam takiej bliskiej osoby, z którą mogłabym o tym porozmawiać. Uczucie samotności jest dość dobijające w takich chwilach, więc dziękuję Ci za to, że poświęciłeś/aś chwilę na przeczytanie tego.
W trakcie studiów straciłam pracę, bo knajpa, w której pracowałam zdechła. Pracowników postanowiono poinformować właściwie w jeden z ostatnich dni pracy. Nową pracę w innym gastro znalazłam po jakichś dwóch miesiącach. Byłam wtedy tak biedna, że do pierwszej wypłaty żyłam dzięki pracowniczemu obiadowi i podjadaniu, kiedy gotowałam dla gości.
Od dziecka bardzo kochałem mojego ojca, był dla mnie przykładem, formą radości i natchnienia w moim życiu. Uwielbiałem spędzać z nim czas. Cokolwiek nie czyniłem, robiłem to z myślą o nim. Zbierałem i pokazywałem mu najrzadsze okazy ślimaków, a on w zamian pokazywał mi najrozmaitsze sztuczki.
Moją ulubioną była wtedy "sztuczka ze znikającym palcem". Prosta w nazwie i w wykonaniu, miała za zadanie mnie rozweselić poprzez proste zniknięcie jednej z części dłoni. W tym wypadku był to palec wskazujący. Procedura nie należała do bardziej skomplikowanych.
Siadałem mu na kolanach, obrócony do niego tyłem. Miał wyciągnięte obie ręce z wyprostowanymi palcami u dłoni. W pewnym momencie uginał jednej z palców, po czym czułem podejrzane napięcie u spodu moich spodni(w okolicach pośladków).
Dla mnie, dopiero co poznającego świat dzieciaka była to największa z tajemnic. Wszystkim się chwaliłem, przez co dostawałem dziwne spojrzenia na podwórku i w szkole. Pewnego dnia podzieliłem się tą informacją z mamą. Nazajutrz taty w domu nie było, ponoć został wezwany z pracy do Anglii. Dzwonił sporadycznie, a ja za nim tęskniłem bardzo.
Teraz mając lat 17 uświadomiłem sobie po rozmowie z psychologiem(strata ojca była dla mnie wielkim ciosem), że tak naprawdę byłem molestowany. Nie wiem co mam myśleć, przez tyle lat zrobiłbym wszystko tylko dla niego, a on okazał się być prostym zboczeńcem.
W przeciągu ostatniego roku mój facet był u lekarza kilkanaście razy - byle katar czy kaszel, już wizyta w przychodni i zwolnienie lekarskie. Na każdy drobny ból już cała garść leków czekała w pogotowiu. W pewnym momencie zaczęłam szczerze wątpić w jego rzekome przeziębienia.
Mimo to zawsze się nim opiekowałam, chociaż z reguły jego "choroba" mijała kilkanaście godzin po powrocie od lekarza. Co ciekawe, ja nigdy się niczym od niego nie zaraziłam, odkąd jesteśmy razem na zwolnieniu nie byłam ani razu. Jak mam katar czy ból zatok, to nie robię z tego wielkiego halo i chodzę normalnie do pracy.
Niestety ostatnio w końcu ja również zachorowałam, wysoka gorączka i ból mięśni ścięły mnie z nóg. Dostałam L4 na tydzień, byłam dosłownie przykuta do łóżka. Mój facet owszem, zawiózł mnie do lekarza i zaparzył przysłowiową herbatkę, ale już następnego dnia sam poleciał do przychodni, skarżąc się na te same objawy! Zamiast chociaż ten jeden raz zaopiekować się mną, bo naprawdę tego potrzebowałam, on znowu musiał skupić na sobie całą uwagę. Żeby było zabawniej, robił z siebie ofiarę losu, choć widział, że nie miałam siły ani zdrowia, żeby wysłuchiwać jego narzekań i podawać mu wszystkiego pod nos.
Może przesadzam, ale wydaje mi się, że facet powinien być dla kobiety wsparciem, a nie tylko narzekać i symulować.
Gdy miałem szesnaście lat, razem z moim bratem jeździliśmy do skate parku, gdzie pod okiem starszego kolegi uczyliśmy się wykonywania skomplikowanych ewolucji na deskorolkach. Tego dnia miałem pecha.
Po całkiem udanym zjeździe na poręczy, straciłem równowagę i z potężnym impetem przywaliłem czachą o ziemię. Straciłem przytomność. Po chwili ją jednak odzyskałem, ale wcale nie czułem się dobrze. Ból był nie do opisania. Kręciło mi się w głowie i zbierało na wymioty. Nie byłem w stanie się podnieść. Koledzy kazali mi się nie ruszać i czekać na przyjazd karetki.
Pamiętam, że chwyciłem mojego brata za rękaw, resztką sił przysunąłem go do siebie, żeby coś wybełkotać do jego ucha. Potem film mi się urwał.
Wstrząs mózgu. Poleżałem parę dni w szpitalu i szybko wróciłem do zdrowia, chociaż bliznę po szwach mam na czole do dziś. Brat miał ze mnie straszliwy polew.
Okazało się, że ostatnią rzeczą przed utratą przytomności nie było coś w stylu: „Powiedz mamie, że ją kocham.”, albo „Posadźcie petunie na moim kurhanie.” tylko „Cycu, skasuj historię z mojej przeglądarki...”.
W końcu znalazłem miejsce, gdzie mogę wyrzucić z siebie co mnie spotkało, lub nie...
Była zima, 2001 rok, styczeń, obudziłem się o 4.15 rano, zegar wisiał na ścianie i zawsze po przebudzeniu patrzyłem, która godzina. Spałem twarzą do okna, pomimo tak wczesnej pory dnia i roku było jasno, a moją uwagę przykuł obiekt na niebie. Świetlisty, prostokątny, sprawiał wrażenie, jakby zbliżał się w moim kierunku. Ponownie spojrzałem na zegar, ale była godzina 5.40. A na dworze była ciemna noc.
Olałem to wszystko i jak co dzień wstałem, żeby iść do pracy. Następnego dnia po przebudzeniu z przerażeniem stwierdziłem, że cała moja poduszka jest we krwi. Krew leciała mi z uszu, nosa, oczu (!) i ust. Nie powiem. Wystraszyłem się i pomimo że czułem się dobrze, udałem się tego dnia do lekarza. Stwierdził, że nie ma żadnej widocznej infekcji, niepokoiło go to krwawienie (które ustało, krew była tylko na poduszce) i zalecił mi, żebym zgłosił się do szpitala.
Nie poszedłem.
Tu zaczęła się ostra jazda. Zacząłem mieć ataki paniki. Nie wiedziałem jeszcze co mi dolega, ale zaczynało brakować mi powietrza itp., typowe przy nerwicy z atakami. Dopadało mnie to bez przyczyny kilka razy dziennie. Byłem zmuszony poddać się terapii, która finalnie mi pomogła.
Pod koniec lutego uległem wypadkowi. Nic groźnego, oprócz rozbitego kolana.
Zrobiono mi RTG nogi, a chirurg, który mnie wtedy przyjął, spytał mnie o ubytek w kości piszczelowej. Nie wiedziałem o czym mówi. Stwierdził, że z kolanem OK i nie ono go interesuje, ale wycięty kawałek owej kości i jeżeli uszczerbiła się ona kiedykolwiek, to gdzie jest, bo na RTG jej nie widać. Mało tego, w tym miejscu miałem bardzo bladą bliznę, jak po chirurgiczny cięciu. Mam ją do dziś, chociaż jest znacznie mniejsza.
Minęło tyle lat, kiedy połączyć fakty (fakty, a nie przypuszczenia) dochodzę do wniosku, że spotkało mnie coś, o czym trudno jest mówić, żeby nie zostać wyśmianym. Wiem, że są ludzie, którzy przeżyli porwania, którzy je pamiętają, ja nie pamiętam, żebym został uprowadzony, ale ciąg zdarzeń każe mi myśleć, że tak właśnie było. Nie mam z kim o tym pogadać, niestety w moim otoczeniu są ludzie, którzy nie dość, że wyśmialiby mnie, to na zawsze wyrzucili ze swojego życia.
Fajnie, że moglem to w końcu napisać. Dziękuję.
Jestem gwałcona przez męża. Zapytacie jak to? Mam bogate życie seksualne z mężem, lubię seks i go nie odmawiam. Ale.. Ale mój mąż, gdy tylko się napije zmusza mnie do seksu. I nie byłoby to określone przeze mnie gwałtem gdyby nie to, że wtedy zawsze daje upust swoim emocjom. Jest ode mnie o wiele silniejszy, ponad to jest żołnierzem, więc potrafi skutecznie obezwładnić. Gdy próbowałam porozmawiać o tym z kimkolwiek to zawsze słyszałam "jak mąż może gwałcić żonę". A no może. Brak puenty, brak czegokolwiek. Szykuje papiery rozwodowe. Miłego dnia anonimowi.
Jadłem obiad - kurczaka z ziemniakami - wciągnąłem to dosyć żywo, po czym odniosłem talerz do zlewu. Wracam i widzę, że na blacie mojego biurka został "okruszek" kurczaka - no czasem człowiek tak je, że trochę nasyfi dookoła. Jak żaba sięgnąłem po to językiem, żeby sobie rąk nie otłuścić i okazało się, że to grudka antyperspirantu...
Dodaj anonimowe wyznanie