Zostałem zgwałcony.
Byłem na imprezie ze swoją dziewczyną oraz kupką znajomych, między którymi przewijała się moja była, z którą - jak mi się wydawało - miałem całkiem przyjacielskie stosunki.
Wypiłem jednego drinka. Jednego. Jak można się domyślić, był to drink z "bonusem" w postaci pastylki gwałtu.
To co działo się potem znam tylko z opowieści znajomych i lubej. Podobno nikt w pierwszym momencie nie zauważył, że zniknąłem. Po dłuższej chwili jeden z kolegów zorientował się, że chyba widział mnie zmierzającego w stronę łazienki właśnie z moją byłą.
Powiedział o tym wszystkim, a oni polecieli do kibla, myśląc chyba każdy wie co i gotowi mi wpierdolić. Moja dziewczyna była załamana.
Znaleźli mnie z nią w jednej z kabin, kiedy robiła wiadomo co. Ściągnęli ją ze mnie i już chcieli dać mi nauczkę, ale zorientowali się, że jestem nieprzytomny.
Była przyznała się, że coś mi dosypała, a znajomi zaraz zawieźli mnie do szpitala, gdzie zrobili mi chyba płukanie żołądka. Obudziłem się następnego dnia.
Szczerze, na początku myślałem, że to kiepski żart.
Teraz sprawa jest na policji, choć gdy poszedłem to zgłosić, na początku zostałem wyśmiany. Mimo wszystko nie sądzę, aby chcieli się tym głębiej zainteresować.
Moja dziewczyna stwierdziła, że nie ma mi za złe, bo to nie moja wina, ale ja widzę, że ucieka przed moim dotykiem i czasem patrzy na mnie z tak jakby rozczarowaniem.
Nie wiem co mam robić...
Byłam w sklepie z ciuchami i przymierzałam bardzo fajne spodnie. Nagle zachciało mi się pierdnąć. Wiedziałam, że w przymierzalni obok nikogo nie ma, więc myślę sobie, że dobra tam, nikt nie usłyszy. I poszło. Niestety to był pierd z wkładką. Zrobił się kleks na tych spodniach, które właśnie przymierzałam! Nie mam pojęcia jak to możliwe! Nie czułam się źle, brzuch mnie nie bolał, nie sądziłam, że coś takiego może się wydarzyć. Nigdy nic takiego nie miało miejsca, a tu nagle teraz, tak niespodziewanie i w dodatku na nie moich spodniach!
Nie było wyjścia. Wytarłam się chusteczkami, brudne majtki i te chusteczki schowałam do torby i wciągnęłam na goły tyłek moje spodnie. A te które przymierzałam? Złożyłam tak, żeby nie było widać tego kleksa i żeby wystawał tylko klips, który zdejmuje się przy kasie i metka i poszłam je kupić. Nie mogłam zostawić w sklepie spodni brudnych w gównie, no po prostu nie! Modliłam się tylko, żeby kasjer nie poczuł smrodu.
Skasował je i na szczęście nie rozkładał. Kiedy chciał mi je zapakować to krzyknęłam, że nie trzeba i je mu dosłownie wyrwałam z ręki i pospiesznie opuściłam sklep.
Nie jestem pewna, czy niczego nie zauważył, bo patrzył na mnie trochę dziwnie, ale cóż.
W domu uprałam te spodnie. Na szczęście plama nie została.
Wszystko pięknie, tylko problem w tym, że one są za małe! Nie dopinają się. Zauważyłam to już w przymierzalni (trochę się przytyło przez zimę), ale ponieważ je już ubrudziłam, to musiałam wziąć.
Tak więc kupiłam sobie dziś za małe, ubrudzone kupą spodnie. Nie tak sobie wyobrażałam te zakupy. Życie, jak widać, pisze różne scenariusze.
Pochodzę z bardzo zamożnej rodziny. Natomiast moja dziewczyna była z "typowej klasy średniej" - nie przelewało się, ale niczego nie brakowało i wystarczało na przyjemności.
Przynajmniej do czasu, kiedy jedno z jej rodziców nagle zmarło, a drugie zostało z kredytem, rachunkami itd. do opłacenia z jednej pensji. Wtedy zaczęło brakować do pierwszego. Dziewczyna nic mi nie powiedziała, dowiedziałem się jako ostatni i to tylko dlatego, że planowali się wyprowadzić do tańszego miejsca, więc w końcu musiała się przyznać. Musicie wiedzieć, że naprawdę ją kochałem i stanąłbym na rzęsach, żeby jej pomóc, porozmawiałem z rodzicami i ustaliliśmy, że możemy "pożyczyć" mojej dziewczynie jakieś pieniądze. W cudzysłowie, bo nawet nie oczekiwaliśmy zwrotu, dla nas naprawdę nie była to jakaś wielka kwota. Ucieszyłem się, pognałem do niej... a ona się oburzyła, że nie przyjmują jałmużny, że ma zdrowe nogi i ręce, dlatego rzuci studia i znajdzie pracę, żeby odciążyć rodzica finansowo, a nie będzie brnęła w kolejne długi. Rozmawiałem, przekonywałem, prosiłem - na nic. Więc wymyśliłem coś innego.
Dziewczyna studiowała na uczelni artystycznej, była naprawdę bardzo utalentowana i dorabiała sobie sprzedając różnego typu rękodzieło. Oznajmiłem więc, że znajomy rodziców zobaczył u nas jedną z jej prac i chciałby kupić coś podobnego. A poza tym jeszcze kilka innych rzeczy. Oczywiście żadnego znajomego nie było, po prostu chciałem dać jej te pieniądze, a że "pożyczki" nie chciała, to wymyśliłem, że może je zarobić. Musiałem się nieźle nagimnastykować, żeby jej to wmówić, bo nie wierzyła, że akurat teraz, kiedy potrzebuje pieniędzy, ktoś chce od niej coś kupić, ale uwierzyła po potwierdzeniu tej wersji przez moich rodziców.
"Zamówienie" było naprawdę spore, rękodzieło jest drogie, więc sporo zarobiła.
I się wydało. Głupio, przez przypadek. Dziewczyna się wkurzyła, zwymyślała mi, moim rodzicom, że traktujemy ją z góry, bo mamy pieniądze, a przecież jasno powiedziała, że nie potrzebuje jałmużny. Ze mną zerwała. To, czego jeszcze nie wydali oddała zaraz następnego dnia, resztę zwróciła jakiś czas później. Tłumaczyłem jej, że uczciwie zarobiła te pieniądze, ale nie chciała ich zatrzymać. "Towaru" też nie wzięła, kazała mi się nim wypchać. Przepraszałem, prosiłem, błagałem, zapewniałem, że ją kocham i obiecywałem poprawę, ale do mnie nie wróciła. Nawet rozmawiać ze mną nie chciała. Nie wiem jak potoczyła się ta sprawa, bo do dzisiaj się do mnie nie odzywa, ale czasem ją widuję, więc najwidoczniej dali sobie radę.
Wiem, że ją okłamałem, ale chciałem dobrze i uważam, że nie zasłużyłem na takie traktowanie.
Będzie trochę narzekania, ale trudno.
Mieszkam na wsi, z dala od wielkomiejskiego zgiełku. Moja miejscowość to urocza okolica, nad którą wznosi się wzgórze ze starym kościółkiem, który góruje nad domostwami i rozległymi polami. Mieszkam tu już od jakiegoś czasu - nasza rodzina przeprowadziła się z miasta na wieś i do wielu rzeczy zdążyłam się już przyzwyczaić. Jest jednak jedna kwestia, do której za Chiny Ludowe nie przywyknę i która niesamowicie mnie drażni i zraża do tego miejsca.
Pamiętacie, jak opisywałam wzgórze z kościółkiem? To właśnie on jest problemem, a konkretniej msze transmitowane przez zewnętrzne głośniki na całą wieś. Jeszcze bym rozumiała, gdyby cała sytuacja miała miejsce w jakieś większe święta, ale niestety - jestem zmuszona do wysłuchiwania okolicznych modłów przez całą niedzielę, a nierzadko - również w tygodniu. Nie mam pojęcia, kto wpadł na pomysł wystawienia przed kościołem tych głośników, ale jak dla mnie jest to zwykły brak szacunku dla innych (i nie mam tu na myśli jedynie niewierzących, ale też tych, którzy najzwyczajniej w świecie chcieliby odpocząć i nie musieć wysłuchiwać przy tym religijnego wycia). Obecnie jestem na etapie zastanawiania się nad zebraniem grupki osób, którym, podobnie jak mi, nie podoba się przymusowe uczestnictwo w mszach i udaniem się do proboszcza z prośbą o usunięcie głośników.
Życzcie mi szczęścia.
Parę ładnych lat temu kiedy jeszcze byłam małym gówniakiem w naszym przedszkolu zorganizowano wyjazd na zieloną szkołę. Oprócz fajnej zabawy, przejażdżek bryczką i spacerów po lesie mam w głowie dosyć dziwne wspomnienie..
Pokoje, w których spały dziewczynki były piecio- lub sześcioosobowe, dodatkowo w każdym pokoju spała jedna z przedszkolanek. Wszystkie czekałyśmy na moment, w którym nasza opiekunka wyjdzie z pokoju, po czym natychmiast zrzucałyśmy swoje ubrania i porównywałyśmy swoje intymne części ciała. Robiłyśmy też konkursy na to, która dłużej wytrzyma z twarzą przy pusi drugiej osoby..
Dzieci mają różne dziwne pomysły, ale dziwnie mi się robi na wspomnienie, że to ja byłam głównym organizatorem tych zabaw i podsuwałam takie pomysły koleżankom..
Zostawiła mnie dziewczyna, wszystko było tak jak zawsze, pobolało trochę i w sumie przeszło, przez ten czas żałoby w sumie każdy dzień wyglądał tak samo, wracałem z pracy, przeglądałem internet, szedłem na spacer a potem spać.
Świąt nie obchodziłem, bo rodzice zmarli a brat ma już nową rodzinkę na drugim końcu Polski więc nie utrzymujemy kontaktu zbytnio, właściwie nie utrzymujemy wcale, ostatnio na fb zobaczyłem, że moja ex się zaręczyła z jakimś typkiem myślę sobie „WOW szybka jest, dopiero co zerwaliśmy" i spojrzałem z ciekawości na ostatnią wiadomość do niej… minęło 7 lat.
Przespałem jebane 7 lat, wszyscy poszli do przodu, a ja zatrzymałem się na roku 2012, nie mam nic, 0 oszczędności, 0 znajomych, przez 7 lat poznałem 0 nowych osób, ciągle ta sama praca, ciągle wszystko tak samo, nawet nie zauważyłem kiedy mi młodość spierdoliła (jak zrywaliśmy miałem 19 lat) z tego wszystkiego postanowiłem coś zmienić, rzuciłem pracę iii...nie znalazłem nowej, bo nie mam kwalifikacji na wyrobienie których miałem 7 lat, a doświadczenia jak widać też nie mam, bo pracowałem przez jebane 7 lat na czarno, a nikt mi na słowo nie uwierzy…
Chyba popadłem w depresję, nic już nie robię, od miesiąca piję, żałuje wszystkiego, przeżywam i wspominam sytuacje i ludzi z przed 7 LAT. Z ostatniej wypłaty zostało mi 90 zł, które wydam albo na sznur albo alkohol… albo na to i na to pierdolić to wszystko i wszystkich, przed śmiercią jeszcze wytnę sobie 7 na czole jako symbol mojej porażki.
Jestem młoda, a moim kompleksem jest nierówny biust. Różnica jest spora i widoczna gołym okiem. Mój chłopak akceptuje to, tłumaczy, że mu to nie przeszkadza (z czego jestem bardzo zadowolona), ale jednocześnie nie ukrywa faktu, że od razu widać, że coś jest nie tak.
Dużym problemem jest dobór biustonoszy czy strojów kąpielowych. W czasie przebierania się na wf-ie cały czas staram się stać tyłem, a podczas wyjść na basen zawsze próbuję stać wyprostowana, by nie było widać tej jednej odstającej miseczki.
Wiem, że jest możliwość zabiegu, a przy pójściu do ginekologa zamierzam zapytać, co mogę zrobić z tym faktem. Ale z powodu tej "cechy" mam duży dyskomfort psychiczny, i nie do końca wiem jak odnaleźć się w tej sytuacji.
Od wielu lat cierpię na kompleksowe PTSD (moja matka była psychopatką), ale dopiero od roku chodzę na terapię i obecnie czekam na miejsce w klinice. Jednak nie o tym wyznanie. Otóż przez chorobę cierpię też na zaburzenia odżywiania, a mianowicie jestem uzależniona od jedzenia i się objadam.
Ja po prostu MUSZĘ jeść. Kocham jeść. Tylko to mnie uspokaja. Przez parę lat przytyłam ponad 45 kilo. Obecnie ważę 110 kg przy wzroście 175. Nie wygląda to tragicznie, ale źle na pewno. Od nadwagi mam gonartrozę w obu kolanach i okropne bóle pleców. Wiele razy próbowałam przejść na dietę, ale i tak po paru tygodniach/miesiącach wracałam do poprzedniej wagi. Wiem, że jedyna nadzieja dla mnie to psychoterapia, na którą czekam. Ale wiecie co jest najgorsze? Ludzie i ich komentarze.
Nie zliczę, ile razy ktoś nazwał mnie grubasem albo tłuściochem. I rady: chcesz schudnąć? Po prostu przestań żreć! Jak to jest? Kiedy ma się anoreksję, wysyłają cię do psychologa. Nie słyszałam, żeby ktoś mówił do anorektyka: po prostu zacznij jeść. A jak ktoś je za dużo, to jest po prostu świnią i tyle. Boli mnie, że ludzie nie traktują mnie poważnie i patrzą jak na oblecha, który o siebie nie dba. A to nieprawda. Dbam o siebie, zawsze staram się ładnie ubrać itp., jestem uśmiechniętą kobietą. Jestem szczęśliwym człowiekiem już teraz, wygląd tu nic nie zmieni. Ale chcę schudnąć dla zdrowia i po to, żeby ludzie zobaczyli we mnie w końcu... człowieka.
Trzymajcie kciuki, żebym dzięki terapii wreszcie pokonała moje uzależnienie.
Pewnie nikt mi nie uwierzy. Mojemu życiu zawsze towarzyszyły jakieś paranormalne akcje na pogrzebach czy u nas w domu. Chcąc nie chcąc miałam bardzo otwartą głowę na takie rzeczy i nigdy nie kwestionowałam istnienia życia po śmierci.
Teraz sedno: Czuję śmierć. Miewam silne przeczucia, że ktoś umrze, czasem wiem nawet kto i kiedy. Zaczęło się naście lat temu i ani razu jeszcze się nie pomyliłam.
Pierwszy raz opowiedziałam siostrze co czuję, ona mnie wyśmiała. Kilka dni później powiesił się nasz sąsiad z akademika. Innym razem wstałam rano i wiedziałam, że przyszedł czas na moją babcię. Kilkanaście godzin później odebrałam telefon od wujka.
Do dziś żałuję, że nie powiedziałam tego mamie, bo mogłybyśmy pojechać się pożegnać i być przy jej śmierci tak, jak chciała. Na długo przed śmiercią taty (lata wcześniej) wiedziałam, że to się zbliża, ale nic nie zrobiłam. Płakałam wieczorami w ramionach chłopaka, a on wmawiał mi, że sobie wymyślam. Potem wykryli chorobę taty, a tuż przed jego operacją wiedziałam, że rozmawiamy ostatni raz. On też to czuł, dlatego nie przyjechałam się pożegnać, bo po co go straszyć.
Rozmowa była bardzo drętwa. Po operacji, gdy zadzwoniła mama powiedzieć, że tata ma się dobrze, że operacja się udała, byłam w szoku, bo dla mnie to było oczywiste, że to stanie się teraz, w ciągu kilku najbliższych dni... I miałam rację. Nagle jego stan się pogorszył, nie reagował na leki.
Zawsze czuję spokój i mam takie przeświadczenie, że tak ma być i nie mogę w to ingerować. Teraz czuję, że mamie zostały 2 lata. Ja też niedługo umrę, ale nie wiem kiedy. Muszę się ze wszystkim spieszyć. Może to straszne, ale cieszę się, że wiem wcześniej. Pomaga mi to się przygotować na śmierć. Doceniam moich bliskich i spędzam z nimi jak najwięcej czasu.
Jestem z moim chłopakiem od 6 lat. Około 4 lat temu zmarł jego ojciec. Każdy z nas dość ciężko przeżył zarówno jego walkę z chorobą, jak i śmierć. Mimo, że oficjalnie nie jestem w ich rodzinie, z wszystkimi bardzo się zżyłam, po prostu to wspaniali ludzie więc, śmierć jego ojca również dla mnie była bardzo przykrym momentem. A teraz do historii właściwej.
Każdy przechodził żałobę, ale czas leczy rany. Matka mojego W., wdowa, jakoś ochłonęła, otrząsnęła się po wszystkim, żyje normalnym życiem, ostatnio nawet wspominała coś o tym, że chętnie by kogoś poznała, bo nie chce reszty życia spędzić sama.
Młodsza siostra W., która była bardzo zżyta z ojcem oczywiście tęskni, jak każdy, ale funkcjonuje normalnie, pracuje, studiuje, imprezuje, po prostu żyje. Mój chłopak od 4 lat jest w takiej samej żałobie. To jest po prostu straszne, to jest jak życie z żywym trupem. Nie śpi po nocach, żeby potem paść ze zmęczenia na 15 godz., nie je wcale, albo ma napady głodu, płacze, nic nie robi. Jedynym momentem, w którym żyje (albo udaje że tak jest) jest moment kiedy wyjeżdża w trasę koncertową ze swoim zespołem co sezon.
Przez cały ten czas jestem dla niego ogromnym wsparciem, próbowałam już wszystkiego; wizyty u psychiatrów, rozmowa z rodziną, znajomymi, odciąganie uwagi na różne sposoby. Ja sama już nie daję rady. Nie chce żeby mnie ktoś źle zrozumiał, bo kocham mojego chłopaka nad życie, ale zastanawiam się nad rozstaniem.
Osobiście nie mogę wygadać się najbliższej osobie o moich troskach czy problemach, bo całą uwagę poświęcam jemu. Moje życie od 4 lat wygląda następująco praca-dom-czas spędzony z W na milczeniu-repeat, nie wychodzę nawet ze znajomymi bo słyszę albo pretensje albo prośbę żeby zostać z nim w domu.
Jestem młodą kobietą, mieliśmy wiele wspólnych planów, chcieliśmy podróżować, nauczyć się nowego języka, wziąć ślub, realizować pasje - nikt z nas nie mówi tego głośno, ale oczywiste jest to że plany zostały odwołane.
Od 4 lat żyje w zamknięciu, moja młodość ucieka mi przez palce, to są lata, których nigdy nie odzyskam i przestaje mieć nadzieje że to się kiedyś zmieni, skoro przez 4 lata nie było nawet dnia, który bym mogła nazwać lepszym. Nie wiem już co mam robić.
Po śmierci ojca W. nikt nigdy nie będzie taki sam, ale chciałabym chociaż w połowie odzyskać mojego dawnego W., bardzo za nim tęsknię. Co robić?
Dodaj anonimowe wyznanie