#SXB6f

Gdy miałam pięć lat, dostałam od rodziców na urodziny pluszowego misia - Kubusia Puchatka. Przez całe dzieciństwo był to mój ukochany miś, z którym spałam, w którego się wtulałam plącząc, który był moim "dzidziusiem" i księciem dla moich lalek i nawet teraz gdy jestem już mężatką i mam własny dom, to mój Kubuś zajmuje honorowe miejsce na półce w sypialni - ale to taka mała dygresja.

Pamiętam, że kiedy mama dała mi tego misia pomyślałam, że jest on strasznie smutny. Inne moje pluszaki miały szerokie uśmiechy od ucha do ucha, a uśmiech tego misia był jakiś taki niewyraźny, niepełny. Postanowiłam, że obdarzę Puchatka tak wielką miłością i zainteresowaniem, że dzięki mnie uśmiechnie się bardziej. Uwierzcie mi lub nie, ale dopięłam swego. Po jakimś czasie zauważyłam, że uśmiech misia stał się większy bardziej promienny i byłam z siebie niesamowicie dumna. Nawet chwaliłam się wszystkim w domu, że dzięki mnie miś bardziej się uśmiecha.

Zapytacie jak to możliwe? Moja kochana mama chciała mi zrobić przyjemność i delikatnie poprawiła misiowy uśmiech, do czego nie przyznawała się przez całe lata. Kochana mama :)

#8GNdd

Jestem ze swoją dziewczyną od ponad 4 lat, planujemy ślub. Kiedy miałem bierzmowanie (niedawno, bo w czasach szkoły temat olałem), wziąłem ją na świadka. Jednym z dokumentów potrzebnych przy bierzmowaniu jest akt chrztu. Pojechałem więc do kancelarii parafialnej, gdzie brałem chrzest. Dostaję akt chrztu i coś mnie podkusiło żeby zapytać, czy ktoś był w tym samym dniu chrzczony. Usłyszałem, że tak. Dziewczynka. Moja "dziewczynka" :)

Przyjeżdżam do niej do domu i mówię dziewczynie, żeby zdjęcia z chrztu wyciągnęła. I wiecie co? Nawet mamy zdjęcie z chrztu razem! Jej babcia jak o tym usłyszała, to przypomniała sobie, że proboszcz mówił "zróbcie sobie razem zdjęcie, bo jeszcze się spotkacie".

No cóż, to chyba przeznaczenie :)

#ud5uL

Pewnej zimowej nocy wracałem od kolegi po dość dobitnym świętowaniu nie wiem sam już czego. Ostatni autobus odjechał o 23, więc pozostało mi przejść się do mieszkania (zaledwie 7 km) przez nieźle zasypane śniegiem miasto.

Idąc postanowiłem skrócić sobie drogę na przełaj przez park. Po drodze znalazłem portfel. Zaglądam do środka, a tam dość spora ilość pieniędzy. Odruchowo rozejrzałem się, ale nikogo nie było. Przypomniałem sobie wszystkie seriale kryminalne i ten o księdzu też. Wpadłem na pomysł, że wytropię tę osobę po śladach.

Po chwili tropienia ujrzałem idącą sobie spokojnie niewiastę. Przyśpieszyłem i pierwsze słowa jakie wydusiłem z siebie to "Ej, czekaj!". Dziewczyna odwróciła się, zobaczyła biegnącego kolesia, który każe jej czekać i wymachuje czymś w ręku. Jak na zawołanie odwróciła się i pobiegła niczym Usain Bolt. Moja samoocena wtedy z spadła na dno Rowu Mariańskiego. W 3 sekundy dziewczyna przebiegła z 30 metrów i nagle wyłożyła się na łopatki. Pierwsze co zrobiłem, to salwa śmiechu. Podszedłem do dziewczyny. Nie mogłem pohamować śmiechu, dopóki nie zobaczyłem, że leży nieprzytomna. 

Sprawdziłem, czy oddycha, a potem zadzwoniłem po pogotowie. Zdjąłem kurtkę i postanowiłem okryć poszkodowaną. Przyjechała ekipa ratowników, zbadali dziewczynę i ocucili ją. Pierwsze co od niej usłyszałem, to "Poje**ło cię, koleś?". Ja wręczyłem jej zgubę.

Liczyłem na coś jak w filmach, ale dostałem tylko zapalenia płuc, bo stałem przez 20 minut w samej bluzie.

#4svl7

Chyba każda dziewczyna miała przynajmniej raz w życiu taką sytuację, że TE DNI przyszły w najmniej oczekiwanym momencie. Ja zorientowałam się na przystanku autobusowym, właściwie będąc jedną nogą w autobusie do pracy. Miałam na sobie zwiewną sukienkę, ale i tak czułam, jak z nerwów zaczynam się coraz bardziej pocić. Co robić? Autobus już w drodze, z jednej strony nie chcę się spóźnić do pracy, a z drugiej czuję nadchodzące Morze Czerwone. Rozglądam się... w środku było tylko kilka osób i nikogo w okolicy kierowcy. Usiadłam więc za nim, przy oknie. Po prawej - czysto, z tyłu - czysto. To idealny moment na... zaaplikowanie tamponu. Szczęśliwa, że nikt nie będzie musiał oglądać tego wodospadu, śmiałam się sama do siebie, trzymając rękę w majtkach. Adrenalina i absurdalność tej sytuacji doprowadziły mnie do kompletnej głupawki.

I w tym momencie chciałabym pozdrowić wysokiego blondyna, który po wejściu do autobusu na kolejnym przystanku zaczerwienił się na widok rozanielonej dziewczyny z ręką pod sukienką. Uwierz mi, ja też nie mogłam uwierzyć w to, co robię.

#cX530

Jest to historia, którą niezbyt można chwalić się znajomym, rodzinie czy dziecku.

Mieszkam w typowych blokowiskach, pewnego dnia była już sąsiadka wręczyła mi klucze, które miałem przekazać mamie, a ona nowemu właścicielowi. Jednak zapomniałem.
Zaczęło robić się zimno i wraz z moją ówczesną dziewczyną narzekaliśmy na brak prywatności, więc wpadłem na pomysł, aby czasem tam posiedzieć.
Na początku miałem wyrzuty sumienia, jednak później się przyzwyczailiśmy i czuliśmy się tam dość swobodnie.

Pewnego dnia byliśmy w tym mieszkanku i ku naszemu zdziwieniu ktoś zaczął otwierać drzwi, nawet udało mu się je otworzyć. Jeszcze bardziej zdziwiony był pan, który zobaczył dwoje ludzi zabawiających się na jego podłodze...
Pan uprzejmie poczekał, nie wiedziałem co powiedzieć, więc zacząłem udawać byłego właściciela mieszkania. Oczywiście przeprosiłem i odwdzięczyłem się wnosząc szafki, fotele i krzesła. Pan był bardzo zadowolony, że nie musiał targać tego sam.

Okazało się, że miałem tylko zapasowe klucze, która sąsiadka "doniosła" mojej mamie.
Sąsiadowi zawsze służę pomocą. Na szczęście nigdy nie zapytał, dlaczego mieszkam piętro niżej ani nie pisnął słowa mojej mamie.

#vPI3g

To było w czwartej klasie podstawówki, jakieś 15 lat temu. Tego dnia zaczynałem lekcje nieco później niż zwykle. Pamiętam, że pierwszą lekcją była matematyka, z której nie byłem wówczas orłem. Nie mogłem pozbyć się myśli, że na bank zostanę tego dnia wywołany do tablicy do rozwiązania jakiegoś zadania, co zakończy się kompromitacją na oczach całej klasy. Czułem z tego powodu niesamowity lęk. No i stało się, zostałem wybrany, mimo próśb i uskarżania się na złe samopoczucie, stanąłem w końcu przy tablicy, przepisałem przykład z podręcznika i... zwymiotowałem do kosza na śmieci. Nie pamiętam reakcji klasy ani kto zaprowadził mnie do pielęgniarki, ale pamiętam, że nikomu nie przyszło do głowy, że 10-latek ma objawy silnej fobii społecznej. Zmagam się z nią do dziś.

#aGQPJ

Nigdy nie wierzyłam w magię ani klątwy. Do czasu...

Razem z narzeczonym wynajęliśmy mieszkanie, które było dość tanie i naprawdę ładne. Sądziliśmy, że cena spowodowana jest odległością od centrum oraz tym, że znajdowało się ono na parterze, i to naprawdę niskim parterze, co mogło budzić obawy innych chętnych. Wprowadzając się zauważyłam, że na każdej klamce są zawieszone czerwone kokardki (żeby nie zauroczyć okien?! wtf?!), w każdej szafce są ponaklejane jakieś trójkąty z kwadratami i szlaczkami, a za szafą stoi totem. Długi, indiański totem kończący się twarzą Indianina z czerwonymi oczami. W środku pnia miał coś przypominające ryż, ponieważ potrząsając nim można było usłyszeć charakterystyczny dźwięk grzechotek robionych przez dzieci w podstawówkach. No i oczywiście mój facet postanowił pobawić się tym czymś, zaczął nim potrząsać i bardzo go to bawiło, ale ja poczułam nagle ciary na ciele, więc mu go zabrałam i odstawiłam na miejsce.

Tydzień później nasze życie zaczęło się walić. Narzeczony stracił pracę bez powodu, ja też, zaczęły się problemy na studiach, my bardzo się kłóciliśmy (cały czas chodziłam jakaś zła, on też). Ponadto łapaliśmy 3-dniowe gorączki bez żadnych innych objawów. Zatrucia również często pukały do naszych drzwi, a włosy wypadały garściami mimo dobrych wyników badań. Może to był zbieg okoliczności, ale nawet nasi znajomi nie chcieli do nas przychodzić tłumacząc, że w mieszkaniu jest jakoś chłodno, ciężka atmosfera.

Z braku funduszy musieliśmy opuścić mieszkanie i zamieszkać tymczasowo z rodziną narzeczonego. Parę dni później dostałam pracę, udało mi się nawet wygrać walkę w dziekanacie, nasze problemy zdrowotne poznikały, a między nami zapanował spokój.

Może to wszystko było zbiegiem okoliczności, ale w naszym nowo wynajętym mieszkaniu zasypiam bez problemu (nawet gdy moja miłość pracuje w nocy), a w starym spałam przy zapalonym świetle, czując się ciągle obserwowana. No i dziś nie twierdzę już stanowczo, że duchy czy klątwy to jakieś wymysły.

#61ghg

Dwa lata temu zakończył się mój 6-letni związek. Facet, z którym chciałam być do końca życia zdradził mnie z moja koleżanką. Bolało jak cholera, ale już miesiąc po rozstaniu pogodziłam się z tym i pełna entuzjazmu i nowej energii postanowiłam żyć pełnią życia i czekać na nową, wielką miłość.

Ten pierwszy rok był zdecydowanie mój. Dostałam mały awans w pracy, zmieniłam fryzurę, poznałam nowych ludzi, zrobiłam prawo jazdy, kupiłam auto, zrzuciłam parę niechcianych kilogramów i odświeżyłam cala szafę, na co nie mogłam sobie pozwolić będąc w związku. Małe zmiany, ale zyskałam +100 do pewności siebie. Ale było za pięknie...

Na początku roku straciłam pracę. Kontakty ze znajomymi umarły śmiercią naturalną. Efekt jojo mnie dopadł, przez co nie mieszczę się w nowe ciuchy, a moja pewność siebie jest na takim poziomie, że boję się oddychać w miejscu publicznym przez obawę, ze komuś to może przeszkadzać. Siedzę cały czas w domu i fantazjuję o księciu na białym rumaku, ale z domu nie wyjdę, bo mam wrażenie, że wszyscy wokoło patrzą na mnie i śmieją się pod nosem. Całą sobą krzyczę o pomoc, bo wiem, że coś jest nie tak. Mam dopiero 23 lata, a czuję się tak zmęczona wszystkim, że nie daję już rady. Zaczynam bać się ludzi. Od zawsze bałam się, że ktoś mnie źle oceni, ale teraz zamienia się to w obsesję.

Piszę to anonimowo, bo boję się z kimkolwiek o tym porozmawiać. Raz podjęłam próbę wyżalenia się mamie i więcej tego nie zrobię. Najgorsze jest to, że zaczynam bać się sama siebie. Nie mogę patrzeć na siebie w lustrze. Nie mogę siebie słuchać. Zaczynają przeszkadzać mi własne myśli... Przy życiu trzyma mnie tylko mój pies, bo nie wierzę już w to, że ktoś za mną zatęskni.

Wybaczcie, jeżeli was zanudziłam, ale gdzieś musiałam chociaż część tego wyrzucić z siebie.

#DuEs5

Właśnie się dowiedziałam, dlaczego moje psy nienawidzą mojej sąsiadki...

Mamy dwa samochody, oba stoją przed domem, jak stoi jeden, to prawdopodobieństwo, że jesteśmy w domu wynosi 50/50. Jeśli nie ma obu - wiadomo, nie ma nikogo. To dość istotny szczegół.

Mam sąsiadkę, która często spaceruje koło naszego domu (mieszkamy przy głównej ulicy). Czasem się zdarzało, że wstępowała na kawę, gdy widziała, że jestem w domu. Normalna, sympatyczna, starsza, samotna kobieta. Niestety, moje psy na jej widok dziwnie się zachowywały. Szczekały jak opętane, szczerząc zęby, myślałam czasem, że zerwą łańcuchy, dosłownie jak te wściekłe psy na filmach - widzicie obnażone kły i dziąsła, i już wiecie, że pies zaraz zaatakuje... Bardzo mnie to dziwiło, wobec innych zwykle były przyjazne, czasem obojętne, a tu taka nienawiść.

Dziś zawieźliśmy z mężem jego samochód do mechanika. Jadąc do pracy wziął więc moje auto, a koleżanka zobowiązała się podrzucić moje dzieciaki ze szkoły. Więc lajcik, siedzę sobie w domu, coś tam robię, gdy nagle słyszę potworny jazgot za oknem. Myślę sobie: oho, pewnie sąsiadka na spacerze, słoneczko świeci, to nos z domu aż miło wyściubić. Wyjrzałam zza firanki i zamarłam.

Moja sąsiadka weszła sobie jakby nigdy nic na podwórko (aut nie było, więc sądziła, że nas nie ma) i trzymając coś w ręku, skierowała to w stronę moich psów. Psy oczywiście szalały. Otworzyłam okno, patrzę i oczom nie wierzę. jeden pies nagle zaczął się wić i piszczeć, potem dostał drgawek, drugi chce dostać szału...

Wybiegłam z domu w momencie, gdy drug pies także został potraktowany... paralizatorem.
Okazało się, że moje psy były dla szurniętej baby królikami doświadczalnymi. Nakupowała w sprzedaży wysyłkowej jakieś "środki obronne" dla samotnych kobiet i sprawdzała, jak działają... Psy obrywały m.in. gazem pieprzowym i pałką teleskopową...

Wezwałam policję, mąż także zaraz przyjechał, zwalniając się wcześniej z pracy. Kilka minut temu zadzwonił policjant, pytając, czy w zeszłym roku w okolicy świąt nie padła mi inna suczka. Potwierdziłam, że musieliśmy ją uśpić.
Okazało się, że otruła ją nasza "kochana" sąsiadka. Wygadała się w czasie przesłuchania. Podała jej trutkę na szczury ukrytą w kiełbasie, bo chciała sprawdzić, czy zadziała...

Weterynarz uratował tylko psa, naszej suni nie wytrzymało serce. Nie wiem, co powiem dzieciom, gdy wrócą ze szkoły...

Psy są bardzo mądrymi stworzeniami. Jeśli kogoś bardzo nie lubią, uwierzcie im - to nie może być dobry człowiek... Szkoda, że dojście do tego wniosku kosztowało dwa psie życia...
Dodaj anonimowe wyznanie