#aGQPJ
Razem z narzeczonym wynajęliśmy mieszkanie, które było dość tanie i naprawdę ładne. Sądziliśmy, że cena spowodowana jest odległością od centrum oraz tym, że znajdowało się ono na parterze, i to naprawdę niskim parterze, co mogło budzić obawy innych chętnych. Wprowadzając się zauważyłam, że na każdej klamce są zawieszone czerwone kokardki (żeby nie zauroczyć okien?! wtf?!), w każdej szafce są ponaklejane jakieś trójkąty z kwadratami i szlaczkami, a za szafą stoi totem. Długi, indiański totem kończący się twarzą Indianina z czerwonymi oczami. W środku pnia miał coś przypominające ryż, ponieważ potrząsając nim można było usłyszeć charakterystyczny dźwięk grzechotek robionych przez dzieci w podstawówkach. No i oczywiście mój facet postanowił pobawić się tym czymś, zaczął nim potrząsać i bardzo go to bawiło, ale ja poczułam nagle ciary na ciele, więc mu go zabrałam i odstawiłam na miejsce.
Tydzień później nasze życie zaczęło się walić. Narzeczony stracił pracę bez powodu, ja też, zaczęły się problemy na studiach, my bardzo się kłóciliśmy (cały czas chodziłam jakaś zła, on też). Ponadto łapaliśmy 3-dniowe gorączki bez żadnych innych objawów. Zatrucia również często pukały do naszych drzwi, a włosy wypadały garściami mimo dobrych wyników badań. Może to był zbieg okoliczności, ale nawet nasi znajomi nie chcieli do nas przychodzić tłumacząc, że w mieszkaniu jest jakoś chłodno, ciężka atmosfera.
Z braku funduszy musieliśmy opuścić mieszkanie i zamieszkać tymczasowo z rodziną narzeczonego. Parę dni później dostałam pracę, udało mi się nawet wygrać walkę w dziekanacie, nasze problemy zdrowotne poznikały, a między nami zapanował spokój.
Może to wszystko było zbiegiem okoliczności, ale w naszym nowo wynajętym mieszkaniu zasypiam bez problemu (nawet gdy moja miłość pracuje w nocy), a w starym spałam przy zapalonym świetle, czując się ciągle obserwowana. No i dziś nie twierdzę już stanowczo, że duchy czy klątwy to jakieś wymysły.
To prawdopodobnie nie był żaden totem, tylko instrument muzyczny, tzw. rainstick. Często są ozdabiane np. Aborygeńskimi motywami, więc może szlaczki w domu też wynikały z egzotycznych upodobań poprzednich właścicieli? :)
Kojarzycie może, czy jest może gdzieś w internetach strona, na której można poczytać więcej tego typu historii? Coś w stylu anonimowych, tylko że o tematyce paranormalnej?
Ja uważam, że coś w tym jest. Na pewno rzadko spotyka sie naprawdę "nawiedzone" miejsca, ale wierzę, że mogą takie istnieć.
A ja myślę tak, jak Szinigami. Zwrócili uwagę na te wstążki i inne rzeczy, i od razu zaczęli sobie wkręcać, że mają jakieś konkretne znaczenie dla tego miejsca, na pewno negatywne. Stres wywoływał różne dolegliwości, brak koncentracji (co mogło być przyczyną zwolnienia), zapewne zwierzyli się z tych incydentów znajomym, nagadali im o jakiejś klątwie czy czymś w mieszkaniu, a im ta atmosfera się zwyczajnie udzieliła i też zaczęli coś czuć.
Ja tam wierzę w takie rzeczy po jednej nie udanej znajomości.. Tylko w moim przypadku był to mężczyzna, przy którym cała dobra energia znikała:)
wampir, miał może na imię Piotrek? 😉
Nie, Marcin :P
Ja też wierzę w takie rzeczy. Wynajmowaliśmy jedno mieszkanie, w którym wraz z upływem czasu było coraz gorzej, nasze zdrowie psychiczne zaczynało cierpieć bez powodu. Zdarzyło się parę dziwnych rzeczy, które na początku ignorowaliśmy i nawet nie staraliśmy ich jakoś sobie tłumaczyć. Dopiero po wyprowadzce stamtąd wszystko wróciło do normy, dodam, ze wyprowadzka nie była podyktowana tamtymi zdarzeniami. Coś było nie tak, za dużo to miejsce wysysało z nas energii.
Nadal nie wierze. Jezeli jakis duszek znajdzie moje komentarze to bedzie mial niezly ubaw mnie straszac z zemsty. Popieram szinigani. Zawsze istnieja logiczne i racjonalne wytlumaczenia.
Na świecie żyje 8*10^9 ludzi. Ludzie żywi to około 7% wszystkich ludzi którzy stąpali po ziemi. Przy tak dużych liczbach wszystko jest możliwe.