W dzieciństwie tata nie pozwalał nam używać papieru toaletowego. Twierdził, że to zbędny luksus, bez którego można się obejść, więc go nie kupował. Kazał nam się podcierać liśćmi lub starymi gazetami. Mama nie miała nic do gadania w tej sprawie. Za każdym razem gdy protestowała mówił, że dupa nie szklanka i nie potrzeba jej pachnącego i kolorowego kawałka papieru.
Tylko na święta albo gdy mieli przyjść goście kupował papier, żeby zachować pozory, że nasza rodzina jest normalna. Gdy ktoś przyszedł z niezapowiedzianą wizytą i chciał skorzystać z toalety, to zawsze przepraszał i mówił, że akurat papier się skończył.
Nasze tyłki na tym bardzo cierpiały. Na szczęście w szkole papier był i chyba jako jedyny mogę powiedzieć, że moja szkolna łazienka była dobrze zaopatrzona. Zawsze starałem się grubsze sprawy załatwiać w szkole, żeby w domu nie musieć znowu podcierać się liśćmi.
Za dawnych czasów, gdy miałam może 4 lata, a moja siostra 3, bardzo lubiłyśmy się bawić wyimaginowanymi rzeczami. Naszą ulubioną zabawą była zabawa wymyślonym serwisem do herbaty. Wczesnym rankiem, gdy rodzice jeszcze spali, postanowiłyśmy się pobawić w tę jakże wspaniałą zabawę. Podczas zabawy pokłóciłyśmy się. "Zabrałaś mi moją filiżankę" - krzyczałam.
Przyszedł do nas zdenerwowany tata i zabrał nam nasz serwis. Był to duży błąd, bo zaczęłyśmy głośno płakać, czym obudziłyśmy jeszcze mamę. Mama powiedziała tacie, aby oddał nam zabawki, to się sobą zajmiemy i damy im jeszcze trochę pospać... i z wielkim zdziwieniem patrzyła, jak tata oddaje nam... nic.
Jestem matką 4-letniej Dominiki. W rodzinie od strony mojego taty (dziadkowie, wujkowie, ciotki, kuzynki...) uchodzę za okropną matkę. Moja kuzynka za to (ma synka dwa tygodnie starszego od Dominiki) jest tym niedoścignionym wzorem, który powinnam naśladować. Ich zdaniem.
Co takiego robię?
1. Moja córka jeszcze nigdy nie miała w ręce telefonu. Nie uważam tego za konieczność, sama przy niej ograniczam używanie komórki do niezbędnego minimum, coby jej nie kusić. Pawełek (syn kuzynki), w tym wieku "to już umie sam sobie bajki na YouTubie znaleźć", a ja "wychowuję aspołeczne dziecko, które pójdzie do szkoły i będzie odstawało od reszty dzieci, które będą się na telefonie znały". Co z tego, że Pawełek jest do telefonu wręcz uwiązany, jak mu go na chwilę zabrać, to płacz, krzyk, rzucanie tym co ma pod ręką - co z tego? Przecież to takie "urocze". To dziecko jest zwyczajnie uzależnione od rozrywek na telefonie (innych nie uznaje). A że panie w żłobku i przedszkolu nie potrafią sobie radzić? To się nie nadają.
2. Po urlopie macierzyńskim wróciłam do pracy, zamiast "jak przystało na kobietę" zostać w domu z dzieckiem. A fakt, że wcale nie musiałam wracać, bo mąż zarabia wystarczająco, a ja po prostu lubię swoją pracę i mi jej brakowało, jest jeszcze gorszy. Bo jakbym MUSIAŁA dorabiać, to można by zrozumieć, ale tak?
Ostatnio zostałam nazwana także złą wnuczką, bo odmówiłam zostawiania córki samej z pradziadkami. Dlaczego? Bo jak tylko się u nich pojawiamy, to muszę pilnować, żeby babcia nie dawała małej telefonu "z tą fajną grą, którą tak lubi Pawełek".
PS Przyjdzie czas, gdy córka będzie mogła korzystać z telefonu, ale póki co nie chcę, by się od tego uzależniła.
Od zawsze wiedziałam, że mam wysokie libido. Na początku myślałam, że to moja wina, że jestem nimfomanką czy, że "coś" ze mną jest nie tak. Kilka relacji rozpadło się, bo za bardzo naciskałam na to. Dopiero po latach zrozumiałam, że po prostu taka jestem i nie mogę się za to obwiniać. Przy czym w praktyce jak w tygodniu po prostu pięć razy się kocham to jestem szczęśliwa, spełniona . Do nimfomanii i codziennych maratonów mi daleko. Jestem skłonna zrozumieć, że każdy może być zmęczony, nie mieć nastroju, cokolwiek. Jedni uwielbiają sport, żeby mieć dobry nastrój, inni nie mogą żyć bez tulenia, a dla mnie dzień bez seksu to dzień stracony, jeżeli powtarza się to wielokrotnie.
Jestem od paru lat w stałym związku. Sądziłam, że trafiłam w totolotka. Podobne libido, zainteresowania, znaliśmy się długo.. Po prostu jeśli był ten seks (raz dziennie chociaż chwilę to aż tyle?), to czułam się, jakbym mogła góry przenosić... Ale jak zwykle coś poszło nie tak. Z początku nie brakowało nam niczego, później z czasem partner zaczął coraz rzadziej i rzadziej okazywać zainteresowanie w tym temacie. Wszędzie słyszałam, że seks nie jest podstawą związku, a miałam dość, że wszystkie się rozpadały bo mi było za mało. Starałam się sobie wmówić, że powinnam być cierpliwsza. O ile na początku robiłam o rzadszy seks awantury, tak po dłuższym czasie przestało mi zależeć. Ile można tracić nerwów, żeby usłyszeć, że też mnie potrzebuje często, gdzie praktyka mówi co innego?
Po latach w końcu dorabiamy się wszystkiego, żyjemy na poziomie, bez zmartwień o finanse, założyliśmy rodzinę, mamy znajomych, perspektywy i co? Chodzę coraz bardziej wściekła, rozżalona, z poczuciem odrzucenia. Ale jak powiedzieć partnerowi, że seks raz w tygodniu przez krótką chwilę powoduje u mnie tylko agresję, bo nijak mi nie pomaga? Że codzienne czekanie, żeby poświęcił mi chwilę i zamiast tego zajmuje się sobą, zajęciami albo zasypia mnie dobija? Od znajomych bliskich słyszę, że to normalne. Raz na parę miesięcy to u nich norma i się po prostu czepiam... A ja powinnam zmienić imię na chodząca frustracja. Bo mam wszystko i narzekam podobno. A uprzedzałam partnera nie raz, że po prostu potrzebuję tej bliskości dosyć często. A tak... Mam seks raz w tygodniu, który głównie polega na jego zaspokojeniu i mojej pogłębiającej się niechęci do niego. Bo ile można czekać...
Jestem w ciąży określanej jako wpadka (zabezpieczenie nie zadziałało).
Razem z partnerem przeglądam strony, na których można zakupić tabletki poronne, i tu przechodzi mi przez myśl: dlaczego nie możemy ich zakupić w aptece? Wiem, jakie mamy prawo aborcyjne, ale czy nie byłoby bezpieczniej kupić ich na receptę?
To nie są tanie sprawy, więc proszę mi nie mówić, że młodzież brałaby je jak landrynki.
Czekam, aż polskie prawo się zmieni na bardziej przyjazne dla kobiety.
Przecież ci, którzy chcą usunąć ciążę i tak to zrobią, jak ja, a ci, którzy chcą chronić nienarodzone życie niech to robią, ale w swoim ciele... nie moim!
Przeraża mnie to, co ostatnio dzieje się w tym kraju. Ostatnie wydarzenia w Białymstoku doprowadziły, że chcę napisać coś od siebie. Chodzi o marsz równości i marsz ich przeciwników. Aż nie mam słów, by nazwać to, co się tam działo. Nie było mnie na marszu, ale zdjęcia, filmy i relacje ludzi sprawiają, że powoli naprawdę zaczynam się bać.
Boję się, bo jestem gejem. Od kilku lat mieszkam z moim partnerem (jest moim pierwszym i jedynym chłopakiem, ale to nie jest istotne dla tej historii) i chyba po raz pierwszy naprawdę boję się o nasze życie i zdrowie. Jestem przerażony widząc jak młodzi ludzie, "przyszłość narodu", rzekomi patrioci, krzyczą na ulicy do innych ludzi "Wypierdalać!" i rzucają w nich przedmiotami albo biją tylko dlatego, że ktoś kocha innego mężczyznę lub inną kobietę.
Powiem coś od siebie. Nie chodzę na marsze równości, nie mam kolorowych ubrań, nie afiszuję się ze swoją orientacją, bo uważam, że nikogo to nie interesuje. To, co robię w domu czy to, z kim mieszkam to wyłącznie moja sprawa. Niektórzy zarzucają mi, że nie wspieram osób LGBT, a ja chcę tylko przeżyć spokojne życie z osobą, którą kocham. Uważam, że jeśli dwoje dorosłych ludzi za obustronną zgodą chce być ze sobą, to nikt nie może im tego zabronić.
Nie chcę koniecznie zawierać związku małżeńskiego i nosić obrączki, ale chcę mieć dostęp do informacji o stanie zdrowia człowieka, z którym spędziłem pół życia. W tej chwili mój partner, z którym jestem prawie 10 lat, pod względem prawnym jest dla mnie obcą osobą. Może i chciałbym kiedyś wygłosić "Świadomy praw i obowiązków...", ale nie to jest dla mnie najważniejsze.
Nie chcę adoptować dzieci. I chociaż myślę, że dziecko, które ma dwie mamy albo dwóch ojców będzie szczęśliwsze niż dziecko w domu dziecka, to sam nie chcę być ojcem, bo wiem, że się do tego nie nadaję. Mogę się opiekować dzieckiem znajomych przez parę godzin, ale na pewno nie na stałe.
Nikogo nie prowokuję swoim wyglądem czy zachowaniem. Ubieram się zwyczajnie, mówię zwyczajnie, zachowuję się zwyczajnie. Jak zwyczajny facet. Bo jestem zwyczajnym facetem. Jestem w okolicach trzydziestki. Mam dobrą pracę, ładne mieszkanie, samochód. Mam spokojne i ułożone życie, ale ostatnio coraz bardziej się o nie boję.
Martwię się o swojego brata i nie wiem, jak mogę mu pomóc. Martwię się, że jest... głupi.
Postaram się to w miarę szybko opisać: nasze ścieżki życiowe się bardzo różniły od siebie. Ja dojrzewałem w latach 90., budując z klocków, słuchając bajek, czytając wszystko, co wpadło mi w ręce. Moja ciekawość była non stop pobudzana, w wieku 8 lat czytałem encyklopedie wszechświata z poziomu studiów. Nie mówię tego, żeby się przechwalać - nie czuję się "mądrzejszy", po prostu lubię naukę, lubię być ciekawy świata, fascynuje mnie w zasadzie wszystko, jestem osobą twórczą i chyba przez to odnoszę jako twórca sukcesy (chociaż w szkole mi nie szło jakoś specjalnie dobrze). On zaś wychowywał się ponad dekadę później, w mojej rodzinie było już po różnych nieprzyjemnych wydarzeniach, rozwody, śmierci, bieda - wszystko, co ja przeżyłem, on przeżywał jako następstwa. Mieszkając z moją matką łykał jej dziwaczne teorie o tym, że wszędzie każdy może go porwać, że woda ma pamięć, że w życiu liczy się tylko kasa, miłość nie istnieje... Bardzo wcześnie wszedł w filmy dla dorosłych, bo mając 9 lat. Książki, klocki, zabawki w jego życiu nie istniały - tylko strach, niepewność i wychowanie bezstresowe, bo nasza matka po tym, jak mnie biła do krwi, stwierdziła, że w jego przypadku pójdzie w inną stronę. W efekcie w wieku lat prawie 18 dopiero skończył podstawówkę. Dwa lata przewalił.
Próbuję wyrobić w nim ciekawość świata, informacji, ale nie wiem, czy to nie za późno. Reaguje dokładnie tak samo, jak wtedy, kiedy był dzieckiem. Kiedy miał 11 lat, pokazałem mu mój teleskop i planetę Wenus - rozpłakał się, bał się, bo nie rozumiał co widzi.
Dla przykładu - wczoraj na YT oglądałem sobie film o różnych wymiarach przestrzennych. Akurat gości u mnie na wakacje, więc słyszał, co jest na nim mówione - nie mógł zasnąć następne dwie godziny. Bał się. W życiu (całym) przeczytał tylko 9 książek. Tak, liczyłem. Dzisiaj zacząłem sobie oglądać film dokumentalny o powstaniu świata - zgadliście, bał się. Otworzył laptopa i grał, usilnie ignorując film. Kiedy nie mógł już grać, siedział w komórce. Potem tylko powiedział, że to strata czasu, bo po co oglądać takie rzeczy, jak one się nie przekładają na pieniądze.
Jego ambicją w życiu jest zostanie youtuberem, bo można być sławnym. Nie chodzi o tematy, o fajny content, chodzi o sławę i kasę.
To jest mega fajny człowiek i kocham go, ale boję się o niego. Tak po prostu. Nie wiem, co mogę jeszcze zrobić z człowiekiem, który po obejrzeniu "Psów", jak mu puściłem, to był przekonany, że PRL i lata 90. były przed wojną (sic!). W wieku prawie 18 lat... A na jakiekolwiek tematy związane z nauką - kosmosem, biologią, chemią - reaguje panicznym strachem.
Biorę udział we wszystkich możliwych konkursach, które są np. na pudełkach herbaty czy innych tego typu produktach. Mam wręcz obsesję na tym punkcie i wybieram tylko te produkty, w których można coś wygrać zamiast tych, które lubię.
Jedynym wyjątkiem są konkursy, w których wygraną jest wyjazd na wakacje. Dlaczego? Boję się, że wygram.
Nie dostałem urlopu w te wakacje, więc całe dnie siedzę w robocie. Za to więcej szczęścia miała moja dziewczyna. Wczoraj wróciła z kilkudniowego biwaku, na który pojechała z przyjaciółmi.
Mówiąc „przyjaciele”, miała na myśli „przyjaciela”. Mówiąc „przyjaciel”, miała na myśli swojego byłego faceta.
Dziś rzuciłem sobie okiem na jej plecak. Kto mógłby przypuszczać, że prezerwatywy są dziś podstawowym wyposażeniem kempingowym... Pewnie za ich pomocą zabezpieczali swoje smartfony przed deszczem. Macie jakieś pomysły do czego jeszcze mogą służyć kondomy?
Wyznanie z natury seksualnych. Mimo, że uważam, że mój penis w wzwodzie osiąga nie najgorszy wynik 15cm, uważam, że jest naprawdę mały w stanie spoczynku. Zawsze zazdrościłem innym facetom, którzy w strojach sportowych, czy dresach mają tak czy siak coś do pokazania.
U mnie pewnie byłoby praktycznie nic nie widać. Może mój problem nie jest tak wielki, jak widzę go sam w swojej głowie, ale u mnie i tak powoduje kompleksy.
Dodaj anonimowe wyznanie