Wiecie kiedy zakończyłem swój pierwszy związek?
Gdy mój "ukochany" zaprosił mnie na upiorną imprezę, zostawił samego, spił się i na koniec w ramach żartu nasikał mi na głowę z balkonu, na oczach ze czterdziestu osób.
Mam uzasadnioną niechęć do kolejnych związków i balkonów.
Dziś rano w sklepie bardzo miły pan kasjer zapewnił mnie uprzejmie, że daje mi maksymalnie 40 lat i ani o jeden dzień więcej, co na pewno było w jego założeniu komplementem. Tak naprawdę mam 27.
Ostatnio pojechałam do małego sklepu na wsi na zakupy. Kiedy wchodziłam do sklepu, przed wejściem siedziała starsza, dość brudna kobieta.
Wstyd się przyznać, ale pomyślałam o niej same złe rzeczy. Że jest brudaską, że na pewno śmierdzi i inne bzdety.
Kiedy wychodziłam ze sklepu, poprosiła mnie o podwiezienie. Oczywiście nie odmówiłam i podwiozłam ją, mimo że miałam nie po drodze.
Ona okazała się bardzo miłą staruszką i mówiła, że jestem bardzo dobra, wzruszyła się i prawie popłakała jak mówiła, że została sama, bo niedawno zmarł jej brat. Powiedziała, że dawno nikt nie okazał jej tyle serca. A ja jeszcze chwilę wcześniej miałam takie wstrętne myśli na jej temat...
Czuję się po tym serio okropnie.
Kobieta jest starsza i samotna, może postaram się coś dla niej zrobić, chociażby wykosić jej trawę, bo na to narzekała.
Co ludzie powiedzą? - to pytanie towarzyszyło mi od lat dzieciństwa aż do teraz.
Gdy miałem 10 lat, moim marzeniem było pójście do szkoły tańca. Ale przecież chłopcom nie wypada! Co ludzie powiedzą? Że pewnie jakiś dziwny! Więc rodzice zabronili.
Sytuacja taka jak ta była jedną z wielu. Wszystko co odbiegało od przyjętej normy - heteroseksualnego twardego faceta lubiącego piłkę nożną itp. było złe.
Przyszedł czas wyboru studiów, a ja... zbuntowałem się. Powiedziałem, że nie idę na żadne (nie każdy musi skończyć studia, żeby żyć i być szczęśliwym) i wyprowadziłem się w bardzo złej atmosferze. Wynająłem pokój, zatrudniłem się w sklepie spożywczym i żyję. Od dwóch lat realizuję swoje marzenie - uczę się tańca, ale padło na taniec na rurze. Tańczę w klubie dla pań i w klubie dla gejów - tylko tańczę! I nie obchodzi mnie, co ludzie powiedzą. Mam ochotę umówić się z kimś z klientów, to się umawiamy, jakiś chłopak chce mi koniecznie postawić drinka po występie? OK. Moje życie, mogę robić co chcę, a ludzie mogą mi naskoczyć. W końcu jestem wolny i spełniony.
W mojej rodzinie był zawsze problem z pieniędzmi. Tata zarabiał zawsze dosyć dużo (około 5 tysięcy złotych miesięcznie), a mama jako urzędnik też miała około 2500 zł. Tata pracował od rana do wieczora, więc to mama odpowiadała za wydatki. Muszę też dodać, że jestem jedynaczką.
Rodzice nie mieli kredytów, posiadali dom po dziadkach, który nie był zbyt wielki, do pracy dojeżdżali jakieś 3 km dziennie w jedną stronę, nie jeździli na wakacje i byli zdrowi, ale pieniędzy nigdy nie było.
Pamiętam, jak kiedyś musiałam chodzić przez pół roku w wytartych dżinsach (dziura pomiędzy udami), ponieważ mama oznajmiła, że nie ma pieniędzy na nowe. Ciuchy tylko i wyłącznie z lumpeksu. Jako nastolatka miałam też duży problem z hormonami, zaczęły się problemy z nadmiernym owłosieniem, brak okresu. Poszłam sama do lekarza na kasę chorych, ale nawet nie wykupili mi leków, bo ponoć nie było pieniędzy. O wycieczkach szkolnych czy prezentach na święta mogłam zapomnieć, a jak już, to dostawałam skarpetki. Jedną Wigilię spędzała z nami babcia i dopiero wtedy dostałam taki porządny prezent. Kupili mi laptopa. Nie mogłam uwierzyć własnemu szczęściu. Niedługo potem mama zastawiła go w lombardzie, bo znowu nie było pieniędzy.
Studiowałam ciężki kierunek w trybie zaocznym, by móc jednocześnie pracować, bo nie było nawet mowy o tym, żeby zapłacili mi choćby za akademik. Pracowałam na umowę zlecenie i zachorowałam. Przez dwa tygodnie nie mogłam pójść do pracy i wiązało się to z brakiem pieniędzy (na zleceniówce nie ma L4). Przez cały miesiąc jadłam ryż i makaron suchy. Gdy poprosiłam rodziców o pożyczkę, to odmówili.
Nie wiem na co mama tyle wydawała. Nie mieli długów. Zawsze tłumaczyła się tym, że wszystko takie drogie. Ale bez przesady, nie jedliśmy rarytasów, tylko normalne jedzenie. Pod koniec miesiąca właściwie obiadów już nie było, bo mama nie miała pieniędzy. Nie wiem też dlaczego tata to tolerował. Zawsze jak pytał mamy co zrobiła z kasą, to zaczynała płakać i mówić, że wszystko takie drogie, niech idzie do sklepu i sam zobaczy. Tata brał nawet dodatkowe fuchy, żeby czasami dać mi chociaż 10 zł na jakąś pizzę z koleżankami czy chociaż żebym miała ot tak.
Teraz sama mam rodzinę i nasz budżet jest podobny, z tym że mamy ponad 1000 zł miesięcznej raty na kredyt i dwójkę dzieci i nie mamy takich problemów finansowych, a wszystko jest jeszcze droższe niż kiedyś. Dzieci są zadbane, mają kieszonkowe, chodzą w czystych i dobrych ubraniach, stać nas też na wakacje raz do roku. Do dzisiaj nie wiem, co mama robiła z pieniędzmi. Gdy ją o to pytałam, to zawsze odpowiadała tak samo, że wszystko takie drogie.
Moja mama jest złym człowiekiem. Dostrzegłam to dopiero w wieku 23 lat.
Jest bardzo interesowna. Nie zadzwoni do mnie, dopóki czego nie potrzebuje, najczęściej chodzi o pieniądze. Tata, pomimo problemów zdrowotnych, pracuje po 12 godzin dziennie żeby spłacić długi, których ona narobiła nie wiadomo na co. Ona za to siedzi w domu, tłumacząc się depresją. Jest też wpatrzona w swojego brata jak w obraz. Nie interesuje się mną i moim mężem, ale rodziną brata jak najbardziej. Odwiedza ich dwa razy dziennie (u mnie była ostatni raz rok temu, a mieszkam 30 km od niej), ich córkę to wręcz obsypuje prezentami. Ostatnio tata nazbierał spora sumę, bo chciał jej zrobić prezent i pojechać z nią na wakacje na rocznicę ślubu. Wzięła mu te pieniądze i pojechała z bratem i jego żoną na wakacje. Tata został sam w domu z opustoszałą lodówką i bez kasy. Gdy zadzwoniłam do niej, żeby ją konkretnie opierdzielić, nic sobie z tego nie zrobiła, tylko zaczęła siać histerie jak ja mogę tak do niej mówić.
Wielokrotnie kradła mojemu ojcu pieniądze albo mówiła, że pilnie potrzebuję na lekarza, a tak naprawdę kupowała sobie buty takie jak jej bratowa. Nawet mnie raz tak oszukała.
Tacie proponowałam rozwód ale dzieli ich kredyt, a on wie, że mama sobie bez niego nie poradzi. Ciągle ją kocha i nie chce jej zostawić na bruku.
Rodzice mają też dom. Można by powiedzieć, że nawet willę. Ostatnio mówiła przy mnie i mężu, że po jej śmierci nawet jednej dachówki nie dostaniemy, wszystko odda swojemu bratu. Nie chcę ich domu, ale zrobiło mi się trochę przykro, tym bardziej że jestem jedynaczką.
Kiedyś, pod wpływem mamy, miałam ojca za zło konieczne, też chciałam tylko pieniędzy i nic więcej, ale gdy wyprowadziłam się na studia, coraz bardziej uświadamiałam sobie jakim człowiekiem jest moja matka. Jest mi tak okropnie wstyd za nią i żal mi mojego ojca. Nie rozumiem, jak można być takim człowiekiem.
Piłam, bardzo dużo piłam. Najczęściej była to whisky z colą lub po prostu kolorowa wódka. Był okres, gdzie naprawdę byłam w ciągu. Jednego dnia spuszczałam lejce i procenty lały się niemiłosiernie tylko po to, aby następnego dnia wstawać o 5 i biegać. Naładowana energią, pozytywami, jednocześnie obiecując sobie, że to ostatni raz, bo jestem świadoma złego, które alkohol robi z człowiekiem.
Wiecie co pomogło? Dwa sny, w których czułam się komuś potrzebna. Chciałam trwać w nich wiecznie. Jednak po alkoholu rzadko kto pamięta sny. To prawdziwy powód, dla którego nie piję już 2 lata.
Raz śni mi się coś lepszego, raz gorszego, ale nadal trwam w nadziei, że wrócą te sprzed mojego nawrócenia.
Jestem tak chorobliwie nieśmiała, że nie zdałam egzaminu na prawo jazdy, bo bałam się zwrócić uwagę egzaminatorowi, żeby zamknął porządnie drzwi zanim ruszę. Okazało się, że to była podpucha i koniec egzaminu :(
Wiem, że dużo rodziców w ten sposób wychowuje swoje dzieci, ale ja po prostu nienawidzę swoich za to całe porównywanie do innych.
Moi rodzice całe życie, odkąd zaczęłam pojmować cokolwiek, aż do teraz, gdy mam 17 lat, głośno uświadamiali mnie niecenzuralnie i fizycznie, jakim jestem bezużytecznym dzieckiem, nie to co dzieci kuzyna i inne, zwłaszcza te żyjące w biedzie. Sadzali mnie od małego przed telewizorem i pokazywali w różnych sprawach dla reportera, jak to żyją dzieci w biedzie i jak oni by chcieli mieć właśnie takie dobre dziecko, nie takie jak ja.
Pomagałam zawsze jak mogłam. Mieszkamy na wsi, zawsze jest coś do roboty. Od zrywania owoców w sadzie, do rąbania drewna. A i tak gdy wracają z pracy, to są awantury, że nigdy nic nie robię i nigdy nie pomagam i zazdroszczą innym rodzicom. Ciągle muszę słuchać, jak to ja mam z nimi za dobrze i jak nie zasłużyłam na to wszystko. Zawsze jak zobaczyli jakieś biedniejsze dziecko, to wiedziałam, że w domu będę mieć awanturę.
W sumie całe życie zastanawiam się, czy przypadkiem nie mają racji, czy to wszystko nie jest moją winą. Ale zawsze w duchu byłam im wdzięczna za to, że na mnie zarabiają i bardzo to doceniam. Nie mówię im tego, no bo jak, skoro nigdy prawie z nimi nie rozmawiam, bo zwyczajnie się boję. Nie wiem, czy bardziej ich kocham czy nienawidzę.
Odbierałam 14-letnią siostrę od znajomych. Jej kumple byli przekonani, że jestem jej matką i na każde moje "jesteśmy siostrami" odpowiadali czymś z rodzaju "taa, jasne, jasne". Mam 19 lat.
Dodaj anonimowe wyznanie