Gdy byłam dzieckiem babcia powiedziała mi, że burza to gniew Matki Boskiej za ludzkie grzechy.
Jak była burza, to czułam się winna i zastanawiałam się czym mogłam zgrzeszyć, że "Bozia na mnie grzmi". Prawie za każdym razem gdy nie mogłam znaleźć powodu tłumaczyłam sobie, że na pewno grzmi na naszych sąsiadów, a my niczemu winni musimy cierpieć przez bliskie sąsiedztwo z tymi wstrętnymi grzesznikami.
Nałogowo wyciskam pryszcze, wągry itp. Od 5 lat wszystko co wycisnę wkładam do słoika i trzymam do dziś.
Nikomu się nie chwalę, że zdałem prawo jazdy dopiero za 20 podejściem. Co najlepsze, teraz całkiem nieźle sobie radzę za kierownicą.
Mój mąż mnie zostawił. Po prostu pewnego popołudnia powiedział mi, że ma romans od roku, że to jego jedyna miłość i się wyprowadza. Co dziwniejsze, sypialiśmy ze sobą regularnie, nie miałam żadnych podejrzeń, codziennie mówił mi też, jak to kocha mnie i dziewczynki. Przyznam, że mnie zatkało, bo byliśmy ze sobą od 16 lat, mieliśmy 2 córeczki, z czego jedna miała 15 lat, a druga 7. Wyprowadził się jeszcze tego samego dnia do kobiety, która doradzała mu rok temu w urzędzie w sprawie jakiś pozwoleń. Wiedziała, że mój mąż ma rodzinę, bo w dobie Facebooka i rodzinnych zdjęć na nim trudno o anonimowość. Musiałam sama poinformować dzieci o tej sytuacji. Ciężko to przeżyły, zwłaszcza starsza. Mój mąż za to mieszkał u tej kobiety i ani nie płacił alimentów, ani nie interesował się dziećmi. Dziewczynom było bardzo przykro, a ja wręcz gotowałam się ze złości.
Po 3 miesiącach przyjechał z nią do naszego domu, ponoć by porozmawiać. Dzieci były obecne, więc nie chciałam robić awantury, tylko wysłałam je do pokoju. Jego dziewczyna od progu mówiła czego ona sobie tutaj nie pozmienia, kiedy "wywali mnie w końcu na bruk". Do dzisiaj żałuję, że nie zareagowałam inaczej, ale tylko wyprosiłam ją, grożąc policją. Na moje pytanie o alimenty zaczął kręcić, że teraz nie ma, a potem rzucił mi na stół 100 zł. Stolerowałam to.
Potem jego dziewczyna zaczęła mnie nękać. Mój mąż musiał jej podać mój numer, a ona wciąż pisała, jak to mnie nie wyrzuci z tymi bachorami na bruk i że mam się wynosić z jej domu. Gdy pokazałam mu te SMS-y, prosząc by zajął się tą sprawą, przyznał jej rację i groził, że nas wyrzuci. Nie mogłam w to uwierzyć. Jeszcze rozumiałabym, gdyby chodziło tylko o mnie, ale nie mogłam pojąć, jak ojciec może mieć taki stosunek do swoich dzieci. Koszmar.
Miarka się jednak przebrała, gdy ta kobieta zaczęła szykanować mnie i moje dzieci na portalach społecznościowych. Zrobiłam screeny wszystkich jej wiadomości i "złotych myśli", męża pozwałam o rozwód, alimenty i domagałam się ograniczenia praw rodzicielskich. Wydałam krocie i zapożyczyłam się u rodziców na najlepszego adwokata. Na rozprawach wręcz go zniszczyłam.
Jeśli o nią zaś chodzi, pisałam raz w tygodniu donos na nią do pracy, zawsze go drukowałam i inaczej się podpisywałam lub był anonimowy. Wiem, że po jakimś czasie ją zwolnili.
Mojego byłego męża oczerniłam wszędzie, gdzie się dało (nie musiałam nawet kłamać, powiedziałam po prostu prawdę), więc wszyscy nasi znajomi stanęli po mojej stronie. Nawet jego część rodziny odwróciła się od niego i dała mi i dzieciom pełne wsparcie. Rodzice go też wykluczyli z testamentu, a niedługo potem ta kobieta go rzuciła, ponieważ został bez kasy.
Niby się zemściłam, ale i tak nie czuję satysfakcji. Często myślę o tym, jak potoczyłoby się życie, gdyby mój były mąż jej nie poznał.
Zdarzyło się to 6 lat temu. Miałem wtedy 17 lat i byłem dość szczupłym, ale wysokim chłopakiem, raczej nie uważałem się za słabeusza.
Tamtego dnia wracałem z treningu piłki nożnej, zbliżała się już 18 i zdążyło się ściemnić. Gdy opuściłem teren szkoły, jak zwykle skręciłem między bloki i ruszyłem w stronę mojego mieszkania.
W pewnym momencie zaczepił mnie jakiś mężczyzna, na oko przed pięćdziesiątką, i zapytał, czy wiem może, która godzina. Zerknąłem na telefon, udzieliłem odpowiedzi i ruszyłem dalej, a facet podziękował i udał się w przeciwnym kierunku.
Do tej pory nie mam pojęcia, jak mu się to udało, ale gdy chwilę później przechodziłem przez bramę jednego z bloków na osiedle, on już tam czekał. Znienacka chwycił mnie za gardło i przygwoździł do ściany. Nie mogłem nawet krzyknąć, bo miażdżył mi krtań, a jedną moją rękę przycisnął kolanem do ściany. Z obleśnym uśmiechem wsadził mi rękę w spodnie... Naprawdę próbowałem się bronić, odepchnąć go albo kopnąć, ale nie miałem dość siły. Czułem, że zaraz zwymiotuję. Do dzisiaj pamiętam smród papierosów, wydobywający się z jego ust. On cały czas patrzył mi w oczy i ocierał się o moje ciało. Gdy skończył swoją "zabawę", pozwolił mi tylko wziąć głęboki oddech i uderzył mnie kamieniem w głowę, a ja straciłem przytomność.
Obudziłem się w tej samej bramie bez telefonu, pieniędzy i bez butów, z całą zakrwawioną twarzą. Byłem totalnie wyprany z emocji, jeszcze nigdy nie czułem się tak nieswojo we własnej skórze. Kręciło mi się w głowie, ale dałem radę dojść do domu.
Rodzicom powiedziałem tylko, że mnie okradziono. Było mi wstyd. Nigdy nikomu się nie przyznałem, na policji opowiedziałem tylko o rabunku, bo bałem się, że mnie wyśmieją. W końcu byłem już prawie pełnoletnim chłopakiem, powinienem był umieć się obronić... Tutaj piszę, bo to mimo wszystko duży ciężar, nawet po latach, i chciałbym się go pozbyć.
Mam przyjaciela, znamy się od kołyski i zawsze byliśmy razem. Mieszkaliśmy obok siebie, chodziliśmy do tych samych szkół, pracujemy w jednym miejscu, mamy bardzo podobne zainteresowania, takie typowe, bratnie dusze.
Tak się jednak złożyło, że mam kilka lat młodszą siostrę. Jak się można domyślić - spiknęli się, a raczej to ona go uwiodła, bo on nie był właściwie zainteresowany.
I wbrew pozorom, nie byłem z tego powodu ani trochę zadowolony.
Doskonale znałem podejście mojego przyjaciela do związków. I poprosiłem go, aby nie zrobił siostrze krzywdy (emocjonalnej). Sam także ją ostrzegałem, że mój przyjaciel nie jest osobą, z którą chciałaby sobie coś układać. Zostałem w jej oczach zazdrosną psują.
Jak można się domyślić - nie wyszło im. Podczas kiedy siostra zakochiwała się coraz bardziej, mój przyjaciel zdążył się znudzić. Nie mam mu tego za złe, bo wiem po prostu jaką jest osobą i wiedziałem od początku, jak to się skończy. Nigdy nie nadawał się do romantycznych relacji. Załatwił to w porządku. Porozmawiał z nią, wyjaśnił, zniósł jej krzyki i płacz. I szczerze mówiąc jestem mu bardzo za to wdzięczny, bo wiem, że potrafił zrywać z dziewczynami SMS-ami albo mówić im "cześć" z dnia na dzień bez słowa wyjaśnienia.
Nie przestaliśmy się przyjaźnić, nie miałem zamiaru przez zawód młodszej siostry porzucać ponad dwudziestu lat przyjaźni. W oczach rodziny i znajomych jestem pieprzonym gnojem, który woli stać po stronie kolegi niż po stronie wielce pokrzywdzonej siostrzyczki.
Jestem mężczyzną po rozwodzie, niby nic, ale jestem w tym bardzo, bardzo małym odsetku mężczyzn, którzy wygrali opiekę nad dziećmi w sądzie, mając za przeciwnika żonę, stereotypy i wszystko inne. Udowodniłem, że mogę zająć się swoimi dziećmi, matka odwiedza je w weekendy i PŁACI ALIMENTY!
Co w tym wszystkim jest anonimowe?
Nie daję rady. Czuję się jakby moje życie się skończyło, a może raczej zamknęło jak w jakimś cholernym dniu świstaka. Każdy dzień roku szkolnego wygląda tak samo . Poranek, przygotować dwójkę dzieci do szkół, potem praca, odebranie dzieci ze szkoły, obiad, lekcje, lekcje, lekcje... Potem nauka wierszyka, piosenki, namalować obrazek, nauczyć się jakiejś modlitwy. Wtorek - karate dla młodszej córki. Czwartek - zajęcia z tańca. Jeszcze zakupy spożywcze, chemia, ubrania...
Moja była żona jeździ na wakacje dwa razy w roku, wstawia mnóstwo zdjęć z imprez na FB i po prostu jej zazdroszczę. Myślałem, że będę nowoczesnym ojcem w pełnym zakresie, finalnie dosłownie żałuję, że walczyłem o dzieci... Od 3 lat nie mam czasu na nic (nawet fryzurę mam najprostszą, byle nie tracić czasu na modelowanie i fryzjera, co kiedyś było moim ulubionym sposobem na chwilę dla siebie - iść do barbera na modelowanie zarostu i fryzury - 1h błogości). Wolałbym je odwiedzać, być tym fajnym rodzicem, za którego postrzegają mamę...
Bez morału, nie wiem co zrobić. Wypalony totalnie 36-latek.
Zakochałam się w nastolatku.
Jestem dojrzałą (przynajmniej tak mi się wydawało) osobą.
Pracuję za granicą (mało istotny fakt) w bardzo zróżnicowanym wiekowo zespole.
Dla najmłodszych jest to ich pierwszy kontakt z pracą, głównie na zasadzie stażu, najstarsi są chwilę przed emeryturą. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim ja.
Historia właściwa. Wiem, że nie lubicie zbytniego rozpisywania się, dlatego opowiem w telegraficznym skrócie.
Wśród współpracowników mam nastolatka, jest niepełnoletni. Tak się złożyło, że świetnie się dogadujemy, zarówno w pracy, jak i po za nią. Z tej przyczyny w naszym miejscu pracy zrodziła się historia, jakoby było między nami coś więcej.
Nigdy nie wyszliśmy poza jasno określone zasady koleżeństwa. Po prostu dobrze się rozumiemy, jestem kimś w rodzaju jego "przewodnika" (?) na drodze do dorosłości.
Problem w tym, że przez wszystkie te opowieści dziwnej treści zaczęłam się zastanawiać. Myślenie w tej sytuacji było najgorszą możliwą opcją. Zaczęłam się nakręcać i tak oto sama uwierzyłam, że coś mogłoby rzeczywiście między nami być.
To jeszcze dziecko i mimo głębokich spojrzeń w oczy i jego specyficznej ekscytacji, kiedy pracujemy razem, rozum bierze górę.
Nie wiem co mam zrobić, to nie jest miłość, raczej dziecinne zauroczenie, jakie pamiętam z licealnych czasów, ale nie potrafię sobie z nim poradzić, zdusić w zarodku. Zamiast tego ciągle się nakręcam, błędne koło.
Ten temat dusi mnie od środka.
Nie wiem nawet, czy proszę o radę.
Po prostu musiałam się wygadać, a znajomym w życiu się nie przyznam.
Kiedyś, gdy miałam 12 lat, przy robieniu sobie rachunku sumienia gdzieś przeczytałam, że istnieje grzech MENSTRUACJI. Tak, menstruacji (po prostu jakoś dziwnie źle to przeczytałam, tym bardziej że wtedy w szkole zaczynał się WDŻ i często używano tego słowa). Wystraszona pomyślałam, że przecież już mam ten grzech i w dodatku się z niego NIE SPOWIADAM. Było to dla mnie wręcz oburzeniem, że nikt mi nie powiedział wcześniej, że to coś "złego".
Poszłam do spowiedzi i przy wyznawaniu grzechów powiedziałam "popełniłam grzech menstruacji". W pewnym momencie zobaczyłam dziwną minę spowiednika... Odczułam wrażenie, że jak kobieta ma okres, to naprawdę jest coś "nieczystego" i powinna się spowiadać. Ksiądz (widząc też moje zakłopotanie) zaczął jakoś delikatnie tłumaczyć, że to grzechem nie jest, później już zszedł na temat innych grzechów, wszystko trwało raczej krótko (na szczęście).
Później w domu w internecie zaczęłam się doszukiwać "prawdy". Faktycznie to był mój błąd. Nigdy więcej do tego księdza na spowiedź nie poszłam. Teraz chodzę do sąsiedniej parafii...
Jestem szczęśliwą żoną, mamą trójki chłopców, których z mężem kochamy nad życie. Staramy się żyć spokojnie, prosto i w bliskich relacjach z rodzicami, naszym rodzeństwem i znajomymi.
Ostatnio, podczas wieczornej rozmowy, z ust mojego męża padły słowa, które jakoś zmieniły moje myślenie na temat teściowej i dobry stosunek do niej. A także, poniekąd, do reszty jego rodziny. Od słowa do słowa, dowiedziałam się, że próbowali oni nakłonić go do zerwania ze mną. Wszystko to z powodu depresji, z którą się zmagam, raz lepiej, raz gorzej. Tamtego dnia mąż miał się rozpłakać i powiedzieć w domu, że nie wie jak mi pomóc, że czasami czuje się bezsilny. Usłyszał, że powinien odejść ode mnie, by uratować swoją przyszłość i szczęście, bo dzieci jak się nam urodzą mogą być chore, że wiele jest wartościowych dziewczyn, które go lubią.
Gdybym była im obca, gdybym nie myślała, że mnie lubią i nie nosiła na palcu pierścionka od ich syna i brata, mogłabym zrozumieć. Wiedziałabym, że chcą jego dobra, bo jest dla nich ważny i rozsądek im każe tak mówić.
Ale wydawało mi się, że jestem z nimi blisko. Widzieli, jak bardzo go kocham, często też pomagałam teściom i szwagierkom w różnych sprawach. Mieliśmy już termin ślubu.
Obecnie czuję się coraz gorzej podczas wspólnych spotkań. Obca i niepożądana. Nie chcę, by wokół mnie skakali, ale wszelkie gesty uprzejmości odbieram jak zachowanie wobec obcego, nie kogoś swojego. Rzadziej włączam się do rozmów, tylko słucham i nie wiem czemu chciałabym tego wszystkiego nie wiedzieć. Chciałabym tego nie usłyszeć. Tylko tyle...
Dodaj anonimowe wyznanie