#94ogb

Głupio wyszło. Spotykałam się parę lat temu z chłopakiem, który był bardzo inteligentny, przystojny i opiekuńczy. Kiedy nasz związek był już w zaawansowanym stadium, mój facet zwierzył mi się, że marzy o tym, aby do naszej sypialni zaprosić jeszcze jedną osobę. Nie ukrywam – zawsze fantazjowałam o trójkącie, więc zgodziłam się. Zrobiliśmy to z jego przyjaciółką Moniką – radosną miłośniczką dziewczyn lubiącą „eksperymentować”. To było absolutnie nieziemskie doznanie, po którym wiele spraw w naszym życiu zmieniło się.
Zdałam sobie sprawę, że bardziej od facetów pociągają mnie kobiety. Rozstałam się więc z moim chłopakiem i związałam z Moniką. Jesteśmy ze sobą od dwóch lat. Ostatnio powiedziała, że marzy o trójkącie. Zgodziłam się. Zgadnijcie kogo przyprowadziła do naszego łóżka...

#CTitG

Moja dziewczyna należy do tych naturalnych – wiecie, nie maluje się zbyt często, ba, powiedziałbym nawet, że chyba nigdy nie widziałem jej pomalowanej (a jesteśmy razem ponad 2 lata).

Ostatnio bardzo mnie zszokowała, bo gdy szliśmy na wesele do jej koleżanki, zrobiła sobie makijaż. Taki pełny, wieczorowy makeup. Nie dało się tego nie zauważyć. Powiedziałem, że przepięknie wygląda, że inaczej, i że w ogóle jest piękna. Oczywiście liczyłem na to, że się ucieszy.

Oznajmiła, że była pewna, że tak zareaguję. Okazało się, że, uwaga, to był TEST, który przeprowadziła na mnie, żeby się dowiedzieć, czy tak naprawdę akceptuję ją bez makijażu, taką jaka jest, czy marzę o tym, aby zaczęła się malować jak większość kobiet. Uznała, że taka odpowiedź jej wystarczy i że to oznacza, że wolałbym żeby się malowała, dlatego ZRYWA ZE MNĄ.

Rozumiecie coś z tego? Bo ja ni w ząb. Wiem tylko, że po dwóch latach związku bez powodu straciłem dziewczynę…

#SjEu8

Jestem hipokrytką. Dużą hipokrytką. I kłamcą. Bo muszę.

Pracuję w prywatnej firmie (podkreślam żeby nie było, że państwówka). Przy komputerze. Szeregowi pracownicy są ciśnięci na wyniki. Dlatego u nas obijanie się jest czymś bardzo źle widzianym.

Wyszłam przed szereg - zrobiłam kiedyś na początku pracy więcej, niż ode mnie wymagano. Wymyśliłam innowacyjne patenty, które przy moich zadaniach oszczędzają sporo czasu (nawet gdyby przełożyć te zadania na kapitał ludzki - bez moich autorskich pomysłów - byłyby potrzebne dwa dodatkowe etaty). W ten sposób zadanie, na które były kiedyś potrzebne 3 godziny - teraz robi się dzięki mnie w 30 minut. Razy kilkanaście zadań tygodniowo... I tak dalej.

"Góra" to zauważyła i stałam się pupilkiem. Nikt mi nie patrzy na ręce, każdy głaszcze po głowie. Mało osób wie, co tak naprawdę robię i jak to robię. Mam wyniki na 110% normy - wystarczy. Żeby nie było - nie odwaliła mi sodówa - nadal współpracowników szanuję tak samo jak szanowałam - nie czuję się lepsza od nich. Wręcz przeciwnie.

Od jakiegoś czasu pracuję zdalnie - z domu. Totalnie zero kontroli. Tylko że mam coś takiego jak samodyscyplina. Jak trzeba pracować, to potrafię od rana nie napić się nawet łyka kawy, dopóki czegoś nie skończę. Pracuję jak robot. Istnieję tylko ja, monitor i klawiatura. Nie istnieje pojęcie czasu i otoczenia.

No i tutaj pojawia się problem. Często zadania zlecone na dany dzień kończę po 3 - 4 godzinach od zaczęcia pracy. Haczyk jest w tym, że mam normalną stawkę godzinową. Przez pozostały czas muszę udawać że pracuję, tak żeby nikt się nie domyślił, ponieważ cała reszta ludzi pracuje (u nich da się to sprawdzić - u mnie nie). Oni zapieprzają, a ja gotuję obiad, oglądam serial, gram, idę na zakupy, maluję paznokcie, oglądam ciuchy, śpię. Jednocześnie mając ustawione wszystkie powiadomienia "służbowe" na pełnej głośności i najwyższym priorytecie (gdyby ktoś coś ode mnie w tym czasie chciał - muszę być w zasięgu stanowiska pracy, żeby nie wpaść). Jak by nie patrzeć, jestem na stanowisku. Ale tylko "w trybie czuwania".

Moja hipokryzja polega na tym, że mówię wszystkim wokoło, jak to ciężko pracuję, ile to mam jeszcze do zrobienia, że mam ciężki tydzień. Łżę. Jak pies. Bez skrupułów. Żeby nikt się nie domyślił. W razie gdyby nawet ktoś się zapytał "co robisz teraz" - mogę zmyślić milion rzeczy, w które uwierzą, bo i tak nikt nie ogarnia tego co robię.

Wiem, że nie jestem jedyna na świecie, która tak robi. Dlatego liczę na wymianę doświadczeń oraz podobne historie, co wy robicie. Chcę zobaczyć ilu z was jest w podobnej sytuacji do mojej i czy faktycznie powinnam się czuć z tym źle :)

#lADJf

W tym wyznaniu chciałbym troszeczkę odnieść się do wyznania #iRa4U i do komentarza z największą ilością plusów pod tym wyznaniem.

Otóż mam pewnego kolegę, którego rodzice są ANTYtechnologiczni w odniesieniu do swoich dzieci. Kolega nie ma telefonu, więc kiedy jest poza domem, a musi gdzieś zadzwonić, pożycza go od innych. W domu na komputer może wchodzić tylko na godzinę tygodniowo (w piątek o 17). Zostają jeszcze godziny informatyki, na których kolega przeważnie gra w gry przeglądarkowe, bo w nic innego nie umie wejść.

Potępiam zachowanie jego rodziców, którzy uważają, że ich dziecko nie potrzebuje internetu, komputera itp. Kolega na informatyce nie zna się nic oprócz wspomnianych gier. Nie umie wejść na internetowy dziennik (i zawsze w szkole o wszystko pytał się mnie), nie potrafi wyszukać prostych informacji, bo rodzice mówią mu, że jak czegoś nie wie, to niech się ich zapyta.

Jego rodzice pewnie do śmierci będą przekonani, że właściwie wychowali swoje dziecko z dala od tych szkodliwych urządzeń, ale prawda jest taka, że jego rodzice umrą, a on będzie musiał sam zostać w tym rozwiniętym technologicznie i niezrozumiałym dla niego świecie.

W tym wyznaniu nie chcę krytykować autora wcześniej wspomnianego wyznania, lecz chcę powiedzieć, że kiedy przyjdzie na to czas, trzeba dać swojemu dziecku swobodę korzystania z tych urządzeń, by nauczyło się z nich korzystać w przyszłości, w przyszłości, która na internecie i urządzeniach tego typu będzie się przeważnie opierać.

#AfyA7

Niedawno znalazłam obrazek, gdzie było napisane coś w stylu "Kiedy moje wnuczki zapytają, kto był moją pierwszą miłością, nie chcę wyciągać starego albumu ze zdjęciami, tylko pokazać na drugi koniec pokoju i powiedzieć: tam siedzi".

Siedząc u babci, przypomniałam sobie o owym obrazku i zapytałam ją o jej pierwszą miłość. Odpowiedziała "Ja nigdy nikogo nie kochałam, ale za to jak się wybawiłam...". Oczy wylazły mi prawie z orbit i pytam o dziadka, bojąc się odpowiedzi, a babcia "No słuchaj, latał za mną 5 lat. Żenić się czas już było... A że dziadek miał w majątku pół miasta, to za niego wyszłam. W końcu za coś trzeba było"... Później rozpoczęła swoje kazanie na ten temat, że ja tak nie muszę i że mam patrzeć na to, co człowiek ma w środku, a nie jak wygląda i ile ma pieniędzy, bo może się okazać, że będę skazana na diabła wcielonego do ostatniego dnia.

Całe życie żyłam w błędzie... Dziadkowie wydawali się być bardzo szczęśliwi, byli dla mnie autorytetem. A tymczasem... Ech, mogłam nie pytać...

#lst7K

Gdy miałem 12-13 lat, zacząłem dojrzewać i... śmierdzieć. Tak po prostu - potem, jakimś nieokreślonym smrodkiem czy choćby "gównem", "wioską" - inwencji twórczej nie brakowało.
Moja mama wychodziła z siebie, moje ubrania były z najlepszych materiałów jakie można kupić, proszki do prania te naj naj z najwyższej półki, tak samo żele pod prysznic, mydła, perfumy, szampony...
Wizyty u dermatologów, specjalistów wszelkiej maści, dietetyków, mnichów z Tybetu i babki z Rancza.
Nie było efektów, godzinę po prysznicu capiłem jak stary cap. Życie mi mijało w mega samotności, miałem dwóch - można powiedzieć - przyjaciół, jeden niestety się wyprowadził, a z drugim widywałem się bardzo rzadko.

W wieku 17 lat chciałem się zabić, nie wyszło jak widać, ale miałem dość wszystkiego, wszystkich, samotności i smrodu - bo ja też go czułem, cały czas, nie oswajałem się z nim jak np. inni z perfumami.

Przełom nastąpił w wieku 18 lat, dostałem sporo kasy na tę okazję, cała rodzina wiedziała, że zbieram na prawko i jakiegoś złomka, a ja... wyjechałem do pewnego kraju w Azji, żyłem ascetycznie, oszczędzając, by starczyło kasy na jak najdłużej.
Tam mój problem się rozwiązał, w sumie przez przypadek. Pewien Hindus, gdy łamanym angielskim opowiedziałem mu swoją historię, dał mi kilka rad. Mój problem się rozwiązał, ot tak. Po raz pierwszy od wielu lat nie czułem smrodu swojego ciała...
Możecie nie wierzyć, ale wystarczył tydzień, w czasie którego piłem tylko herbatę, jadłem kilka owoców i troszkę mięsa i nie myłem się, nie użyłem ani raz mydła, szamponu, perfum itp., zwykła chłodna, czysta woda. I tyle.

Po powrocie do domu zamontowaliśmy w łazience filtry do wody, tak by była jak najbardziej czysta i używam tylko i wyłącznie wody. Kąpiel trwa dosyć długo, nie chcę być brudny, a mycie się samą wodą jest czasochłonne, ale nie śmierdzę...
Boję się, że efekty się nie utrzymają, że w końcu to minie i smrodek powróci, ale gdybym miał jeszcze raz decydować auto czy ten wyjazd, bez wahania wybrałbym wyjazd. Teraz będę próbował się asymilować z innymi pachnącymi normalnością ludźmi.

#lfaoW

Byłam w drugiej klasie podstawówki. Od zawsze bałam się publicznych wystąpień. Paraliżują mnie i zapominam całego tekstu, który wykułam na pamięć. Musieliśmy nauczyć się jakiegoś wierszyka i wygłosić przed całą klasą na głos. Cały poprzedni tydzień uczyłam się, aby jak najlepiej wypaść. Znałam calutki na pamięć, mogłam nawet powiedzieć gdzie są przecinki.

Nadszedł wyczekiwany dzień, od samego rana bolał mnie brzuch ze zdenerwowania. Dzieci przede mną wygłaszały na głos wierszyki i zbliżała się moja kolej. Wyszłam na środek i zapomniałam wszystko. Nie potrafiłam nawet zacząć. Pani zaczęła na mnie krzyczeć, że się nie nauczyłam i chciała mi wstawić smutną buźkę (odpowiednik jedynki w starszych klasach). Spanikowałam i wymyśliłam, że dzień wcześniej miałam pogrzeb mojej prababci. Opowiadałam jak wszyscy byli smutni i pani mi współczuła. Prababcia oczywiście żyła i nic jej nie było.

Było mi strasznie wstyd i przyznałam się rodzicom. Mama kazała mi wrócić do nauczycielki i się przyznać.
Do tej pory mi wstyd i nikomu o tym nie powiedziałam, ale ten stres do wystąpień publicznych nigdy mi nie przeszedł i chyba jeszcze bardziej się nasilił.

#Pkoa5

Do ostatniego roku studiów moje życie było niezbyt ciekawe. Każdy dzień był schematyczny i powtarzalny. Ale życie pisze najlepsze scenariusze. Poznałem swoją pierwszą poważną miłość. Z Lilką poznaliśmy się przez internet i mimo dzielących nas 200 km szybko doszło do spotkania. Byłem zakochany po uszy, a przyszłość jawiła się optymistycznie. Niedługo obrona magisterki, praca i oczywiście przyszłość z moją lubą.

Na dwa miesiące przed obroną moje życie stanęło do góry nogami. Najpierw złe samopoczucie, gorączka, ciągłe zmęczenie. Ale do obrony zostało bardzo niewiele, a przy spotkaniach z Lilką zapominałem o wszystkim. Później zacząłem się okropnie pocić w nocy, z nosa codziennie leciała mi krew. Wkrótce na moich nogach pojawiły się okropne siniaki. Spałem całymi dniami. Moje dziąsła zaczęły puchnąć, a szyja zrobiła się gruba od powiększonych węzłów chłonnych. Nie chciałem iść do lekarza, bo przecież zaraz mam ważne kolokwium. Ale w końcu zadzwoniłem do rodziców i opowiedziałem im jak źle się czuję. Wysłali mnie od razu do lekarza. Ponieważ od dobrych kilku lat nie byłem u żadnego i nie robiłem nawet żadnych badań, pojechałem do szpitala na izbę przyjęć. Tam lekarz zrobił mi kilka badań i powiedział, że wie co mi jest. Kazał mi czekać w poczekalni na przyjęcie do szpitala. Po dwóch godzinach wyszedł i oznajmił mi wyrok. Ostra białaczka szpikowa. Rokowania złe. Potrzebne natychmiastowe leczenie, ponieważ choroba była zaawansowana.

Świat legł mi w gruzach w jednej chwili. Trudno to opisać, nagle wszystkie plany i cała wspaniała przyszłość mogły się skończyć w jednej chwili. Studia trzeba było zawiesić.
Przeszedłem 3 chemioterapie i 1 megachemioterapię zakończoną przeszczepem szpiku. Lilka przestała przyjeżdżać, zostali niezawodni rodzice, rodzina i kilku dobrych znajomych. Moja miłość nie wytrzymała całej sytuacji i zostawiła mnie po przeszczepie. Przez ponad rok po przeszczepie moje życie polegało na ciągłych kontrolach w szpitalu, strachu, czy wszystko będzie w porządku, bezustannym siedzeniu w domu i zamartwianiu się, że jestem sam i nic już dobrego mnie w życiu nie spotka.

To było na początku 2016 roku. A co jest dzisiaj, po 3 latach od przeszczepu? Mam wspaniałą i kochającą żonę, która daje mi nadzieję, wspiera mnie i akceptuje wszystko, przez co przeszedłem. Skończyłem studia z tytułem mgr inż., z czego jestem bardzo dumny. Mam pracę w swoim zawodzie, z której jestem zadowolony. Funkcjonuję zupełnie normalnie. Początkowe wizyty w szpitalu 2 razy w tygodniu zmieniły się w wizyty kontrolne 2 razy do roku. Bogu dzięki wyniki mam w porządku, nie biorę żadnych leków i oby tak zostało. Wyszedłem z totalnej beznadziei i znowu zaczynam żyć. Dzięki żonie i rodzicom.

Jeśli ktoś ma podobne objawy, nie można tego lekceważyć, można z tego wyjść.

#tpI7k

30 października 2018 roku, po długiej walce z nowotworami zmarła moja babcia - mama mamy. Do ostatniego jej tchu czuwała przy niej moja mama. Babcia leżała w szpitalu oddalonym od miejscowości, w której mieszkałam z rodzicami o jakieś 80 km. Tego dnia, po godzinie 18, zadzwoniła mama poinformować nas, że odeszła od nas jej ukochana rodzicielka. Tato pojechał po mamę, wrócili około 22, a w międzyczasie starali się załatwiać sprawy związane z pogrzebem. Siedziałam z mamą do około 1 w nocy i rozmawiałyśmy wspominając babcię. Ta noc była naprawdę dziwna. Być może jej śmierć wstrząsnęła nami bardziej, niż myślałyśmy.

Od kilku lat miałam problemy z zasypianiem, a tamtej nocy jak tylko położyłam się w łóżku, to od razu zasnęłam. Po godzinie 2 obudziła mnie wystraszona mama. Łamiącym się głosem powiedziała „babcia przyszła” i mnie zamurowało. Usiadłyśmy w kuchni i mama zaczęła mi wszystko opowiadać, nie ma mowy o tym, żeby rodzicom się coś przewidziało/przesłyszało.

Jak położyłam się spać, to mama się wykąpała i poszła do sypialni, w której spał już mój tato z 4-letnią siostrą. Mama położyła się na brzegu łóżka, obrócona twarzą do drzwi. Nastała dziwna cisza w sypialni, gdy nagle usłyszała charczenie charakterystyczne dla zmarłej babci (miała nowotwór na płucach i krtani, przez co nie mogła normalnie mówić ani oddychać, tylko charczała). Na początku mama pomyślała, że to siostra lub tato, odwróciła się, ale oni spokojnie oddychali przez sen; sytuacja powtórzyła się dwa razy. Mama usiadła na łóżku i w jednej chwili zabawkowa kuchnia siostry zaczęła grać... Były na niej dwa palniki - jak się na nich postawiło plastikowe garnki, to wydawały odgłosy gotującego się płynu i smażenia. Po chwili druga zabawka zaczęła się włączać (coś na wzór kierownicy, jak się nią skręcało, to wydawała różne dźwięki). Mama obudziła tatę i we dwoje siedzieli na łóżku i patrzyli na zabawki, które same grały. Mama zaczęła zadawać pytania typu „mamo, czy to ty?”. Zabawki ucichły i tylko kuchenka zabawkowa dała jeden krótki dźwięk, jakby to była odpowiedź „tak”. Kolejne pytania jak mama zadawała, to pojawiały się odpowiedzi, jeden dźwięk - tak, dwa dźwięki - nie. Tato myślał, że to po prostu coś styka się z tymi zabawkami, więc dlatego grają, wstał z łóżka i porozkładał je na komodach, ale zabawki znowu zaczęły grać tak jak wcześniej. Usiadł na łóżku i nagle poczuli wibracje, jakby ktoś w nogach materaca dociskał wibrujący telefon.

Obydwoje byli przerażeni, a całe zajście trwało około godziny. Tato nigdy nie wierzył w takie rzeczy i wyśmiewał każdego po kolei, jak ktoś coś podobnego opowiadał. Wszystko byłoby można zwalić na silne emocje wywołane śmiercią babci, gdyby nie to, że dwa lata wcześniej na świętach wielkanocnych babcia powiedziała tacie, że po śmierci przyjdzie do niego i go nastraszy, a wtedy on uwierzy.

#1lILT

Moja dziewczyna jest pedantką. Ale taką kliniczną. Jej mania sprzątania doprowadziła do poważnego kryzysu w naszym związku, mimo że nie chcąc jej prowokować staram się każdego dnia zmywać, prać, ścierać kurze i prasować ubrania.
Dziś napięcie sięgnęło zenitu, gdy zrobiła mi gigantyczną awanturę o śmieci, które „walały się”… w koszu na śmieci.
Dodaj anonimowe wyznanie