#3QEHf

W tamtym tygodniu byłem świadkiem na ślubie kolegi. Znamy się kupę lat. Jego już teraz obecną żonę znam również sporo, bo wszystko obija się o jedno osiedle. Nie powiem, zawsze mi się podobała. Dobrze się rozumieliśmy.

15 min przed ślubem w USC, gdy na bardzo krótki moment zostaliśmy sami, wypowiedziała do mnie słowa: "a szczerze liczyłam, że to będziesz ty". Zamurowało mnie na większość dnia, nie wiedziałem co z sobą zrobić. Pomimo chorych myśli zostanę wierny kumplowi i ich przyrzeczeniom, bo tylko to definiuje w nas człowieka.

#SzzD5

Dla mojego taty priorytetem zawsze była rodzina, z której się wywodzi, mimo że wszyscy pozakładali swoje rodziny.

Były sytuacje, gdzie np. ja miałam sobie kupić bilet do kina sama z kieszonkowego, a mój tata komuś z mojego kuzynostwa, i nie było to, że kogoś nie stać. To wyglądało jakby tata chciał zapłacić, żeby ktoś chciał ze mną spędzić czas. Za pozwoleniem mamy do kina nie poszłam, miałam wystarczająco dużo znajomych, żeby nie żebrać o zainteresowanie.

Marzyłam o markowym plecaku do szkoły, uważałam, że to poza zasięgiem, ale co do niego wzdychałam, to moje. Mój tata kupił go kuzynce na urodziny.

Miałam sporo zabawek, bardzo o nie dbałam. Kuzyni potrafili przyjść i wynieść moje rzeczy na dwór i wrócić bez nich, albo je zniszczyć. Nawet jak przy tym byłam, to niewiele dawały moje interwencje, bo byłam najmłodsza. W końcu mama zamknęła drzwi przed nimi, co oczywiście skończyło się wojną między rodzicami.

Mój tata zarabiał bardzo dużo, ale mamie dawał niewiele. My żyliśmy głównie z 3-4 razy mniejszej pensji mamy, a po czasie okazywało się, że tata zasponsorował swojemu rodzeństwu meble albo opony do samochodu, albo pomógł spłacić kredyt. Oni wszyscy pracowali, mieli często domy albo mieszkania większe niż nasze, a my mieszkaliśmy z rodzeństwem i rodzicami w 2 pokojach. Nie mieliśmy złych warunków, ale na tyle ile moi rodzice mieli razem kasy, mogliśmy mieć wygodniej. Wiem, bo u nas był głupi system, że do stypendiów naukowych i sportowych było brane jeszcze kryterium dochodowe i mimo że przez całą szkołę łapałam się za osiągnięcia na obydwa, to nigdy pieniędzy nie powąchałam, bo rodzice byli jednymi z najlepiej zarabiających w mieście. Za wszelkie wycieczki i zajęcia dodatkowe tata płacił, to trzeba mu oddać, ale potrafił mi powiedzieć, że kupi mi kozaki, jak zasłużę, chociaż ze starych wyrosłam albo były dziurawe.

Zmieniło się to, jak tata stwierdził, że jestem na tyle duża, żeby można było mnie "kupić", wtedy często mogłam liczyć na markowe rzeczy. Niestety zrobił to za późno, zaczęłam wykorzystywać sytuację, tak żeby w domu zostawało jak najwięcej kasy mamy, ale po swojej stronie mnie nie miał.

Rodzice kłócili się bardzo często, mama pilnowała, żebyśmy wiedzieli, że to nie nasza wina, żebyśmy wiedzieli, że nas kochają, że tata na swój sposób też, więc często dokładnie wiedzieliśmy o co poszło. Zazwyczaj było to stawianie własnej rodziny niżej.
Wszystkie sytuacje dotyczą pieniędzy, bo tata rzadko spędzał z nami czas, za to kuzyni uważają, że mają super wujka.

Nie potrzebuję rady, jestem dorosła, mam rodzinę i uważam, że mój ojciec jest ślepy i nie widzi, że go nie szanują, a robi za bankomat.

PS Mama zawsze stawia nas na 1 miejscu, ale nie jesteśmy wychowani bezstresowo. Sytuacji z rodzeństwem nie opisuję, bo brak miejsca. Wszyscy mieliśmy podobnie.

#2aqrc

Jestem biseksualną kobietą, od półtora roku w związku ze wspaniałym facetem. M nosi mnie na rękach, ma fantastyczne poczucie humoru, jest duszą towarzystwa i świetnie dogaduje się z moją rodziną. Ma tylko jedną wadę - lekki brak kręgosłupa.

Ze swoją seksualnością nie obnoszę się ani nie ukrywam. Tu, na potrzeby wyznania, musiałam oczywiście nakreślić obraz sytuacji - w życiu codziennym traktuję to jako sprawę prywatną. Ze względu na specyfikę naszej grupy znajomych (ludzie głównie z tego samego korytarza w akademiku), wszyscy wiedzą, że przed M miałam dwie dziewczyny i nie robimy z tego zbytniego tabu.

Osoby biseksualne - coraz rzadziej, ale nadal - mogą spotykać się ze stereotypem niezdecydowania/rozwiązłości. W rzeczywistości - jak sama zwykłam żartować - jesteśmy po prostu grupą monogamistów (czasami seryjnych :)) z podwójnymi szansami na powodzenie. Kumple mojego chłopaka jednak tego nie rozumieli. Moje upodobania traktowali jako żarcik i sugerowali M, że to w zasadzie zielone światło do trójkąta. Puszczałam to mimo uszu, jednak - ku mojemu rozczarowaniu - mój partner (który przedtem takich ciągot nie sygnalizował) z czasem zaczął przebąkiwać o tym, że chciałby spróbować czegoś we trójkę, oczywiście z jakąś dodatkową koleżanką. Wyjaśniłam, że nie chcę tego robić i że czuję się za tym pomysłem niekomfortowo, ale gdy wciąż nalegał, postanowiłam zadziałać. Nieco nieszablonowo.

Odczekawszy odpowiednią ilość czasu, udałam, że zmieniłam zdanie na temat naszej wspólnej przygody. Zabrałam M do baru dla pań (żyjemy za granicą, gdzie takie przybytki funkcjonują) i wybrałam wraz z nim jedną z kobiet, która była chętna pójść z nami. Upewniłam się jednak, że jest ona purystką w temacie adoracji płci pięknej. Gdy już dotarliśmy z powrotem do mieszkania, nasza nowa koleżanka nie była w ogóle zainteresowana moim chłopakiem - noc upłynęła mu na biernej obserwacji naszych poczynań, przeplatanych okazjonalnym całusem z mojej strony, gdy było mi go już naprawdę szkoda. Z samego rana koleżanka dziękowała mi wylewnie, a ja nie omieszkałam głośno wyrazić swojego zachwycenia ponadprzeciętnie przyjemną nocą. Obserwujący to wszystko M był biały jak ściana , a po wyjściu koleżanki obszernie tłumaczył mi, jak kiepski był to pomysł, jak bardzo mnie przeprasza i że to w ogóle niezdrowe dla związku, że lepiej już tak nie eksperymentować. Markując zatroskanie, zgodziłam się z nim i postanowiliśmy nie wracać do tematu.

Szach-mat, temat znikł, a i w gronie kolegów jakby ostatnio inne twarze...

PS Do wielbicieli sportów drużynowych - ja wiem, w trójkąty to nie tak, mogą być satysfakcjonujące, jeśli partnerzy się dogadają. Ja jednak nie jestem koneserką i nie będę zmuszać się dla partnera.

PPS Trochę mi go było żal, zwiększyłam częstotliwość smażenia naleśników na śniadanie. Nie narzeka.

#vUsS5

"Zepsułam" dziecko szwagierki.

Mieszkam sama nad morzem, swoich łajz nie mam i nie planuję, pracuję w domu, to braciszek zapytał, czy może podrzucić mi sześcioletniego syna na dwa tygodnie, kiedy on pojedzie gdzieś z kolegami (jest to właściwie jedyna taka jego szansa w tym roku, bo się akuratnie cała jego paczka ze studiów zebrała w jednym mieście i chcą pobalować), a szwagierka odwiedzi rodziców za granicą.

Z racji tego, że on już nie raz robił mi przysługi typu przygarnianie moich zwierząt na kilka dni, stawanie po mojej stronie w kłótniach z rodzicami/rodzeństwem albo podwożenie mnie gdzieś, jeśli tego potrzebowałam, to stwierdziłam, że jakoś przecierpię te czternaście dni z bojącym się lekkiego podmuchu wiatru dzieckiem.

Szwagierka już u drzwi wręczyła mi listę tego, co dziecko lubi, a czego nie lubi jeść (nie jest na nic uczulony, po prostu nie lubi), jakie bajki mam mu puszczać o danej godzinie, że spać chodzi kiedy mu się przeczyta siedem bajek (w dokładnej kolejności) itp.

Cóż, zachwycona nie byłam, bo wyglądało to bardziej jak harmonogram w więzieniu niż lista podstawowych obowiązków do dziecka (miałam dwójkę dużo młodszego rodzeństwa, więc kurczę wiem jak się łajzą zająć). Młody też zachwycony nie był, bo matki nie chciał wypuścić. Ale koniec końców szwagierka wyszła i zostałam z młodym sama.

Z racji tego, że była to godzina zdecydowanie za wczesna na obiad, zaproponowałam, że weźmiemy kota na szelki (jest bardziej jak pies, uwierzcie), jakieś wiaderka, łopatki i pójdziemy na dziką plażę kawałek dalej. On nie idzie, bo nigdy nie był i się boi i woli, abym mu bajkę puściła, bo mama by mu puściła. Cóż, ja nie jestem jego mamą. Powiedziałam, że bajkę może obejrzeć wieczorem i po obiedzie, a jak na razie jest za dużo rzeczy do robienia na dworze, aby siedział w domu. Ale on się boi robaków i jeszcze mu piasek wpadnie do butów. Nie dając się złamać powiedziałam, że po prostu nie założymy butów i nie ma się czym przejmować.
Poszliśmy w końcu na tę plażę, bardzo fajnie się bawiliśmy, ubrudzeni wróciliśmy i wymęczeni.

Dla próby i z ciekawości podsunęłam mu w obiedzie trochę jedzenia, którego "nie lubił" - wsuwał, aż mu się uszy trzęsły (okazuje się, że jak dziecko jest zmęczone zabawą, to zje prawie wszystko). Bajki po obiedzie nie obejrzał, bo zasnął, a kiedy wstał wysłałam go na dwór i bawił się SAM w ogrodzie. Bajki na wieczór też mu czytać nie musiałam, bo padł jak mucha.

I tak minęły dwa tygodnie. Bratanek opalił się pięknie od słońca, nabrał rumieńców, bo wcześniej był blady jak trup, nie chce siedzieć w domu, woli na dworze, je wszystko co mu się da, nie prosi nawet o słodycze.

Brat jest zachwycony, bratowa załamana, bo "to nie jest jej dziecko". On się zachowuje inaczej, dziwnie i że to moja wina, że więcej ona syna do mnie nie puści itd.

#rrZV8

Mieszkam w kamienicy na obrzeżach dość dużego miasta. Co prawda mieszkam tu od niedawna, ale razem z sąsiadami stwierdziliśmy, ze nie będziemy pałać sympatią do siebie, a wszystko przez moje dwa futrzaki, terriera i labradora.
Mieszkam z przyjaciółką, ale nasza praca niestety się nie zazębia i czasem pieski muszą zostać same.
Sąsiadowi z góry (nie wiem dlaczego) strasznie nie odpowiada ich towarzystwo.

Wiem, że każdy właściciel twierdzi, że jego pupile są najspokojniejsze, najcichsze i najukochańsze na świecie, ale moje właśnie takie są.
Po tym, jak dostawałam skargi, że szczekają i piszczą gdy wychodzę, stwierdziłam wraz z przyjaciółką, że zostawimy telefon z włączona kamerą i wyjdziemy. Po dwóch godzinach wróciłyśmy, przejrzałyśmy nagranie. Tak jak myślałam, po wyjściu psy postały przy drzwiach, a potem zasnęły. Po tym już nie zwracałam uwagi na resztę skarg.

Zaczęły się groźby. W skrzynce znajdowałam kartki, na których napisane było, że albo się wyprowadzę, albo psy znajdę bez łap w pudle. Na klatce zaczęły się pojawiać kawałki mięsa z powbijanymi gwoździami, porozsypywana trutka na szczury, czy wiszące przy piwnicy na klamce kostki czekolady. Zgłosiłam to na policję, bo nie pozwolę się zastraszać, lecz jak by nasza policja mogła coś zrobić bez „namacalnych dowodów”. Stwierdziłam zatem, że śledztwo przeprowadzę sama.

Gdy współlokatorka była w pracy, wyszłam na dwór, obeszłam kamienicę, później weszłam klatkę obok i piwnicami przeszłam do swojej klatki. Cicho weszłam do mieszkania, tak żeby potencjalny przestępca myślał, że mnie nie ma.
I wiecie co? Przestępcą rozrzucającym trutkę okazał się 7-letni syn sąsiada, którego zaprosiłam do środka i po chwili maglowania przyznał mi się do wszystkiego. Jego ojciec obiecał mu DESKOROLKĘ (!!!), jak tylko pozbędzie się moich psów.
Opadła mi szczęka, ale tak sprawy nie mogłam zostawić.

Zaproponowałam młodemu, żeby wychodził ze mną i pchlarzami na spacery, w zamian za to kupię mu deskorolkę. Z jego mamą też sobie porozmawiałam. Gdy o wszystkim jej powiedziałam, wpadła na pomysł, który przeszedł moje oczekiwania.
Wybrałyśmy się do starszej pani, której ogłoszenie o oddaniu małych psiaków znalazła w internecie. Przygarnęła jednego.

Najcenniejsza dla mnie była mina sąsiada, kiedy wszedł do swojego domu i zobaczył trzy psiaki (dwa moje i ich nowy nabytek) bawiące się z jego synem, oraz mnie pijącą kawę z jego żoną... Policję i inne organy sobie odpuściłam.

Z tego co mi wiadomo, sąsiedzi się rozwodzą. Sąsiada nie widziałam od kilku tygodni, a jego żonę co chwilę widzę z synem i psiakiem na spacerach. Serce się cieszy :)

#fNZyZ

Muszę z siebie coś wyrzucić. Jeśli ktoś poczuje się urażony - przepraszam z góry.

Zacznijmy od tego, że pracuję od roku jako dziewczyna do towarzystwa w dużym polskim mieście.
Powody dlaczego zaczęłam są oczywiste - jak większość kobiet "z branży" miałam ogromne problemy finansowe. Ale nie o tym chcę pisać.

Chodzi o mężczyzn, moich klientów. 95% z nich jest żonatych, większość się nawet z tym nie kryje.
Nie chodzi nawet o fakt, że decydują się na spotkania ze mną (żona nie chce, już się nie podoba itp. itd.), tylko o fakt jak kombinują, żeby tylko to ukryć przed żoną.
Jeden z nich przebiera się jak na bieganie, mówi żonie, że wychodzi na rundkę dookoła osiedla i cyk, po chwili jest u mnie.
Kolejny jeździ na "lekcje angielskiego z native speakerką" ... potrafi przy mnie odebrać telefon i rozmawiać swobodnie z żoną.
Najpopularniejsza ściema to "przedłużyło się w pracy" i "idę na trening", choć panom nie brakuje fantazji w wymyślaniu coraz to nowych kłamstw.

A potem widzę ich w galerii handlowej z żonami albo na spacerze z dziećmi. Uśmiechnięci obejmują partnerkę. I robi mi się niedobrze. Nadszarpnęło to na tyle moją psychikę, że nawet jak skończę z zawodem, nie będę chciała związku. Mam koleżankę, która pracuje jak ja i twierdzi to samo. Za dużo fałszu w tych związkach.

#HuQRs

W Polsce najważniejsze jest dbanie o przyrost naturalny. Sama myślałam, że to w sumie nie do końca prawda, jednak ostatnio przekonałam się, jak bardzo zwierzęcy instynkt przetrwania jest zakorzeniony w ludziach.

Od niedawna tabletka dzień po jest na receptę, z tego powodu więc uznałam, że lepiej kupić i mieć awaryjnie zawsze przy sobie. Poszłam więc do ginekologa, zapytałam o receptę. Pani była bardzo chętna do wypisania (myślała, że chodzi o antykoncepcję), jednak gdy powiedziałam, że chodzi o tabletkę dzień po, powiedziała, że mi nie wypisze, że mam iść do innego lekarza i to jest odpłatna wizyta.

Jako że nie potrzebowałam tabletki na tamtą chwilę, zapisałam się do lekarza rodzinnego. Trafiłam do młodego lekarza, prawdopodobnie zaraz po studiach. Nie chciał mi wypisać recepty, twierdził, że jest to tabletka wczesnoporonna, a on jest katolikiem i to koliduje z jego wiarą. Wytłumaczyłam mu, w jaki sposób działa ta tabletka. Ale on twierdził, że skoro w przeciwwskazaniach jest ciąża, to tabletka może spowodować odklejenie się plemnika od komórki jajowej (?). I poza tym tyle osób chce mieć dzieci i nie może, a ja chcę zabijać... Jeszcze mi zasugerował, żeby taką tabletkę brać PRZED stosunkiem, żeby nie daj boże zapłodnionej komórce nic się nie stało, a jest na to szansa aż koło 0%.
Potem poszłam do innego lekarza, dostałam receptę bez problemu.

Poszłam do apteki. Jak sprzedawczyni zobaczyła receptę, to spojrzała na mnie jak na pomiot szatana i powiedziała, że absolutnie czegoś takiego tutaj nie sprzedaje. Spytałam, czy może mi w takim razie wskazać aptekę, w której dostanę produkt. Stwierdziła, że absolutnie nie i mam sobie sama szukać, bo komputer jej się przestawił.

Poszłam do kolejnej apteki, tam dostałam tabletkę bez problemu. I nie żałuję tego całego latania za jedną głupią tabletką, bo od początku moich prób zdobycia recepty minęło już 5 dni, czyli gdybym faktycznie potrzebowała antykoncepcji awaryjnej, już dawno byłabym w ciąży. Przyznam, że był to po części eksperyment, dlatego też próbowałam zdobyć receptę na tabletkę za darmo (wiem, że płacąc 200 zł można ją dostać nieco prościej, ale i tak nie każdy przepisze).

Po co to piszę? Bo o tym się nie mówi. Niby żyję w wolnym kraju, ale nie mam prawa decydować o swoim ciele. W innych krajach na luzie można kupić zarówno tabletki dzień po, jak i tabletki wczesnoporonne (legalnie, nie obawiając się o zdrowie), podwiązać jajowody, dokonać aborcji. Nie chcę mieć dzieci, dla mnie płód to tylko zlepek komórek, nie wierzę w żadne religie. Nie jestem inkubatorem. Pewnie nazwiecie mnie samolubną i bez serca. Macie rację. W takim razie, czy samolubna i bezduszna osoba nadaje się na matkę?

Dajcie ludziom wybór.

#ee8jc

Podniecam się w pracy.

Zarówno ja, jak i mój facet, pracujemy w ciągu dnia. On - głównie w samotności, ja - z ludźmi w biurze.
Każdego dnia budzimy się, wymieniamy czułości, buziak na rozstanie i idziemy - każde w swoją stronę.
Przychodzi popołudnie i nagle czuję, że... zalewa mnie fala pożądania. Ciężko mi nawet usiedzieć w miejscu, wszystko mnie w środku wykręca, włączają się w głowie sceny niczym z filmów dla dorosłych...
I tak mija mi popołudnie. Do ok. 16 atak pożądania wygasa.
Wracam do domu, witam się z moim mężczyzną i...
No właśnie. No i nic.

Zdawać by się mogło, że po takich niecnych myślach w pracy, po powrocie do domu rzucę się na swojego ukochanego i oddamy się miłosnym uniesieniom.
W rzeczywistości jednak musimy się sporo nagimnastykować, żeby stworzyć atmosferę, która pozwoli mi się podniecić.
Długo czas zastanawiałam się, analizowałam, czy może to któryś z pracowników tak na mnie działa, lub jakaś czynność, miejsce. Ale nie, to zupełnie nie to, bo rzecz dzieje się w różnych miejscach w budynku, przy różnych osobach, czasem gdy jestem sama. Nie ma też znaczenia co akurat robię. Dzika ochota może mnie dopaść zarówno gdy wysyłam maila, babram się z papierologią czy idę coś zjeść.

Jest jedna rzecz, która łączy te wszystkie fale. Mianowicie czas. Zawsze dzieje się to po południu i zawsze mija do ok. 16.
Cóż, wysnułam wniosek, że chyba taki mój urok.


PS. Piszę to w pracy. Jest 15:30. Już prawie mi przeszło. A szkoda, bo znów mamy zaplanowany romantyczny wieczór.

#vAhSM

Jestem 30-letnim lekarzem pierwszego kontaktu. Niestety nie mam powodzenia wśród rówieśniczek, za to codziennie… padam ofiarą molestowania ze strony pacjentek 60+.
Ciągle któraś mnie dotyka albo klepie po tyłku. Rzadkością nie są też przeróżne propozycje. Ostatnio dostałem nawet SMS-em rozbierane zdjęcia 79-letniej (sic!) pacjentki.
Do tej pory nie poszedłem z tym na policję, bo boję się upokorzenia.

#LIDJd

Pewnie większość z was kojarzy czasy, w których to na ostatniej stronie popularnych gazet widniały tapety z gołymi babami do pobrania na telefon. Na każdej z nich było kółeczko z "+18" w formie cenzury.

Jak byłam małym srelem, nie mogłam zrozumieć dlaczego nie widzę połowy obrazka (cenzura pokrywała praktycznie większą część tapety). Byłam pewna, że wszyscy, którzy ukończyli 18 lat, widzą te tapety w całości. Byłam wręcz przekonana, że dopiero jak skończę 18 lat, to w moich oczach coś magicznie się przestawi i będę w stanie widzieć całe te obrazki! Aktualnie mam 23 lata i dalej nie mogę uwierzyć w swoją wyobraźnię i głupotę... I tak, pomimo 23 lat nadal widzę te "+18", nic się magicznie nie zmieniło w moich oczach...
Dodaj anonimowe wyznanie