#5L2yc
Moje historie może zabrzmią jak "fejki" zmyślone dla lajków w internecie, ale niestety dokładnie tak to wyglądało.
Najpierw starałem się o pomoc z NFZ. Trafiłem do depresyjno-szarego budynku z lat 50. Pani psychiatra i jej sekretarka siedzą dwa metry od siebie w jednym pomieszczeniu. Siadam na krzywym krześle i mówię, że nie jest mi komfortowo rozmawiać o swoich problemach, gdy tuż obok znajduje się osoba trzecia. Sekretarka próbuje ze mną dyskutować i po minucie wychodzi oburzona, trzaskając drzwiami. Psychiatra rozmawia ze mną około 25 minut, stwierdza kilka chorób i wypisuje jakieś tabletki oraz skierowanie do psychologa.
Pani psycholog z NFZ. Czekam ponad 40 minut pod jej drzwiami, ponieważ na tę samą godzinę umówiła jeszcze dwóch pacjentów. Gdy w końcu wszedłem do gabinetu, zastaję najbardziej stereotypową Grażynę, jaką tylko można sobie wyobrazić. Przyznaję bez bicia, że niektóre spostrzeżenia i domysły na mój temat miała zaskakująco słuszne, biorąc pod uwagę jak krótko rozmawialiśmy. Niestety na tym pozytywy się kończą.
"Skoro ma pan takie problemy z ludźmi i jest pan tak bardzo negatywnie do nich nastawiony, niech pan pójdzie pracować do McDonalda. Tam się pan nauczy szacunku do innych ludzi, ponieważ musi pan być miły dla klientów i współpracowników. Wyrzucą pana z jednego, z drugiego, ale za trzecim razem się pan już w pełni odnajdzie". Po prostu mnie zatkało. Ale to nie ostatni raz.
Czekałem na ponowną wizytę u psychiatry około dwa tygodnie - gdy znowu tam wróciłem, pani wypisała mi błyskawicznie receptę i zbyła w 5 minut ("proszę pana, ja nie ma dzisiaj czasu rozmawiać, pacjenci na mnie czekają"). Poczułem się potraktowany jak gówno; z każdą wizytą w tym miejscu czułem się coraz gorzej. Dlatego zdecydowałem się na psychologa prywatnego.
Pan Mariusz podczas pierwszej wizyty odezwał się z pięć razy, nijak nie komentując problemów, które mu opisywałem. Podczas drugiej wizyty urwał mój monolog w połowie i powiedział, że na dzisiaj już starczy.
- Ale jak to "już starczy"? Minęło pół godziny, a płacę panu za godzinę.
- Ja nie pracuję na godziny. Ja pracuję metodycznie.
Więcej już do niego nie przyszedłem.
Pani Hania podczas pierwszej wizyty była naprawdę wspaniała i podała mi wiele sensownych rad. Niestety, czar prysł przy drugim spotkaniu, gdzie twierdziła, że sam sobie stwarzam problemy, zamiast "po prostu iść do pracy", gdzie zwyczajnie nie będę miał czasu myśleć o negatywach życia. Następnie dodała, że "ma pan dwie ręce i dwie nogi, przecież to wielkie szczęście".
Wróciłem do domu i się rozpłakałem.
"Na mnie pacjenci czekają"- haha dobre, a Ty to kto?
Kiedy miałam to samo gdy poszłam do dermatologa 'proszę pani mam innych pajentów'. Tak mnie zatkało, że nie zdążyłam zapytać, czy ja to nie pacjent.
To samo usłyszałam od zwykłego lekarza. :D
Niestety, ale wiecie ile NFZ przewiduje na jednego pacjenta? 12 minut... To nie jest wina lekarza, niestety takie są realia publicznej służby zdrowia. Jeśli lekarz rzetelnie poświęci 40min na osobę to zostanie przyjęta zaledwie jedna trzecia oczekujących pacjentów.
Szukaj. Dobry psycholog pomoże, ale nie zrazaj sie jak wyjdziesz po pierwszym spotkaniu z takim samym nastrojem. Po jednym spotkaniu prawodpodobnie nic sie nie zmieni. U mnie kilka spotkań mowilam praktycznie ja, zeby w koncu psycholog mogla u mnie zauwazyc błędy w myśleniu, ktore powodowaly u mnie stany depresyjne i nakierowac na wlasciwe tory i przede wszystkim dac sobie czas. Nie wymagala ode mnie niczego, nie radziła co mam zrobic, tylko z jej pomoca stawalam się bardziej swiadoma siebie, swoich potrzeb, tak zebym to ja czula sie komfortowo z moimi decyzjami. Nie zrazaj się, poczytaj opinie o o psychologach na stronach i wierze, ze dasz radę. Trzymam kciuki :)
O to to! Zawsze myślałam, że psycholog dużo mówi a dobry psycholog swoimi pytaniami po prostu zmusza nas do myślenia i poznawania samych siebie :)
Można tą osobą ma borderline
hm, może się mylę, ale wydaje mi się, że:
1.Psychiatra to nie psychoterapeuta i o ile za drugim razem zachował się faktycznie jak buc, to za pierwszym potraktował cię dokładnie tak, jak powinien.
2. Psycholog nie powinien dawać rad ani głaskać po głowie i zapewniać, że będzie cacy, tylko wskazać ci twoje błędne mechanizmy myślowe, żebyś mógł SAM je rozpoznać i zmienić. Psycholog nie jest ani specjalistą od tego, jak żyć, ani magikiem naprawiającym duszę za pomocą czarów. Jest tylko pomocą w TWOJEJ walce z problemami.
Doczytałam do końca i naprawdę nie widzę nic złego w większości opisanych zachowań. Rada by iść do pracy, gdy nie pracujesz jest logiczna. Praca podnosi samoocenę, zajmuje myśli, przynajmniej u mnie to tak działa.
No to może faktycznie idź do pracy?
Może faktycznie zamknij twarz?
To może następnym razem iść do psychologa z polecenia? Ja wchodzę na znanylekarz.pl, czytam opinie i jak byłam u 3 psychologów, wszyscy byli naprawdę super. Z czego 1 prowadził mnie 2 lata.
Ja byłam u takiego z bardzo dobrymi opiniami na znanym lekarzu. I nie wiem, skąd one się wzięły, skoro psycholog w ogóle nie słuchał tego, co mówię, wyciągał wnioski z kosmosu i receptą na wszystko był rozwód. Na pierwszym spotkaniu.
Takie opinie łatwo jest niestety kupić.
Nie znam cię osobiście i nie mam pojęcia, co mówiłeś na tych rozmowach, więc nie mnie oceniać czy były podstawy do odpowiadania ci w taki sposób. Zakładam że nie. Bo trafiałam na żałosnych lekarzy i psychologów. I jedno co wiem na pewno, to że osoba pracująca w takim zawodzie nie ma prawa traktować NIKOGO w taki sposób. Nieważne z jak poważnym czy błahym problemem przychodzisz, gabinet psychiatry czy psychologa to miejsce gdzie powinno się móc przyjść, tak jak napisałeś, w rozsypce i rozpaczliwie szukając pomocy. I właśnie tam nikomu się tej pomocy nie powinno odmawiać.
Szukaj dalej, nie zrażaj się. Da się znaleźć spoko osoby które nie traktują pacjenta jak debila, tylko normalnie - czyli jak klienta oczekującego usługi wykonanej najlepiej jak się da. Powodzenia. Uwierz mi na słowo, wiem jak bolesne są takie poszukiwania.
Doszłam do momentu o McD. Jeśli faktycznie nieszanujesz ludzi, to psycholog ma rację. Ja też patrzyłam na wszystkich z góry, ale pracując na kasie w biedronce spokorniałam do tego stopnia, że reaguję, gdy ktoś bezdomnego obraża. Uważam, że praca w usługach powinna być obowiązkiem szkolnym, żeby dzieci nauczyć szacunku do ludzi.
A to dlaczego niby? Praca na kasie daje nieograniczone możliwości by ludzi nie szanować :)
Nie każdy musi iść pracować na obsługę żeby wiedzieć, że ludzi należy szanować. Także z tym obowiązkiem to lekka przesada.
MrsMarvel Oczywiście, że nie każdy, ale ludzi okazujących mi szacunek w pracy mogłabym zliczyć na palcach jednej ręki. Rzadkością jest, by ktoś przychodząc powiedział lub odpowiedział "dzień dobry", o "dziękuję" i "proszę" nawet nie śmiem marzyć. Co ciekawe to właśnie bezdomni zwykle są dla mnie najmilsi, często też zostają, żeby sobie pogadać. Ludzi, którzy nie pracowali w Żabie, Biedzie itp. zwykle dziwi, gdy opowiadam, że miałam dobry dzień, bo przyszło tylko 10 buraków podczas 9h mojej pracy. I nie chodzi o to, że ja też jestem wredna. O mnie mówi się "ta fajna pani z żabki" (bo teraz w żabie robię), dostałam nawet podwyżkę (małą, ale jednak) przez fakt, że kilku klientów zwróciło uwagę szefowi, że mi się należy.
Dlatego uważam, że "przedmiot" ten powinien być obowiązkowy dla każdego, bo trudno byłoby oddzielić ludzi normalnych od buraków, by tylko buraków posłać do pracy.
Mariuszowi pewnie się pilnie srać zachciało i próbował twarz zachować.
Z tym makiem to akurat spoko rada. To taka zmiana otoczenia, mało ryzykowna, łatwo odwracalna. Także ten ziomek, nie wiem jaki masz problem z ludźmi, ale ja właśnie po to zatrudniłam się w maku. Żeby lepiej rozumieć ludzi z gastro, zobaczyć jak to jest. Bardzo urealnia. Już nie jestem klientem, a sprzedawca nie jest sprzedawcą tj. usługodawcą. Jest człowiekiem, który stara się sobie poradzić z życiem w ten sposób, że robi X, w pracy myśli o problemach, a mój przykry ton głosu może być dla niego dziadostwem psującym dzień i wiarę w ludzi.
mak był dosłownie najgorszym miejscem w jakim pracowałam (na studiach). współpracownicy: prymitywni ludzie śmieszkujący sobie wulgarnie z seksu i robienia kupy 24/7, zapierd*l i przestymulowanie w opór (na przerwach czasem siedziałam wpatrując się tępo w ścianę, bo nic nie cieszyło mnie wtedy bardziej), no i zero satysfakcji, bo miły czy nawet kulturalny klient trafiał się 1/20, wielu rzucało tylko "frytki i colę" bez dzień dobry ani pocałuj mnie w dupę, a zaskakująco wielu przychodziło obrażonych na cały świat, "bo dziecko chciało" i każdą sekundą swojej obecności przy ladzie chciało udowodnić, jak bardzo gardzą mną i całym przybytkiem ("ludzi trujecie", "proszę dać obojętnie co, i tak wszystko to syf" itp.)
obecnie pracuję w niby dużo bardziej wymagającym, odpowiedzialnym, i podobno stresującym zawodzie, a czuję się o niebo lepiej, a satysfakcja jest nieporównywalna.
ale moze faktycznie taka praca ma wartość edukacyjną, nie wiem.