5 lat temu ukończyłam terapię od uzależnień. Byłam narkomanką. 5 lat już nie biorę. Od tamtego czasu udało mi się i mam normalne życie. Mam kochającego męża i dwie wspaniałe córki. Mam też rodzeństwo.
Mój brat, na którym mi bardzo zawsze zależało, popadł w alkoholizm. Kilkanaście miesięcy go wspierałam, ale niestety tej pomocy nie chciał przyjąć. Proponowałam mu roczny ośrodek, w którym sama byłam. Również odmówił. Wczoraj dostałam krótki SMS od jego byłej (na tę chwilę) żony, która ma z nim dzieci, żeby natychmiast się z nim skontaktować, bo potrzebuje pomocy (wiedziała, że mnie może posłucha). Dzwonić na telefon próbowałam cały wieczór, noc i kolejny poranek. Telefon nieaktywny. Nogi się pode mną ugięły, bo myślałam, że brat coś sobie zrobił i nie żyje. Kilka godzin później otrzymałam wiadomość od jego żony, że brat jest w ośrodku. A w jakim? Tym, w którym ja sama byłam. Przekazałam wiadomość naszym rodzicom, ale nikt nie potrafi pojąć mojej radości. Odpowiedzi? "I dobrze", i tyle
Jestem tak szczęśliwa jak nigdy tylko dlatego, że mój brat tam jest. A dlaczego? Bo sama byłam na dnie. Sama przez to przechodziłam. Było ciężko. Ale z ogromną pomocą ludzi z ośrodka, a przede wszystkim ich cierpliwością do mnie, udało mi się. Jestem cała w skowronkach, że mój brat tam jest. Może liczyć na pełną pomoc.
Chciałam to napisać tutaj, bo reszta tego nie pojmuję. Chcę się po prostu tym podzielić. W sercu mi cieplej. Trzymam za niego kciuki. Ja go nie opuszczę. W ośrodku byłam sama, bo wszyscy się ode mnie odwrócili. Żadnego telefonu, nic. Wiem, co to znaczy w trakcie terapii, dlatego będę dla niego. Będę go wspierać. Jestem dobrej myśli.
Pewnego razu zaproponowano mi udział w konferencji poświęconej uzależnieniom. Mój udział miał polegać na opowiedzeniu swojego "piciorysu" oraz procesie wychodzenia z uzależnienia. Zgodziłem się.
Konferencja była zorganizowana przez pewnego księdza, nazwijmy go X. W roli uczestników-słuchaczy zostali zaproszeni kapłani z parafii znajdujących się na terenie diecezji.
Na początku wypowiadał się specjalista od spraw uzależnień, przedstawiając problem od naukowej strony, po czym przyszła kolej na mnie, jako osobę, która to przeżyła.
Więc zacząłem opowiadać o meandrach swojego życia oraz o wychodzeniu na prostą. Po wszystkim ksiądz X podziękował mi za to, że zgodziłem się wziąć udział.
Kilka miesięcy później ze względu na zmianę grafika godzin w pracy zostałem zmuszony do tego, by zacząć chodzić na inne mityngi niż te, na których bywałem.
Przychodzę więc na mityng w czwartek, otwieram drzwi, i wśród uczestników jeden przykuł moją uwagę. Zacząłem się zastanawiać, czy ja go już gdzieś czasem nie widziałem. Po wymianie spojrzeń już wiedziałem - to ksiądz X. Starałem się nieco zamaskować swoje zaskoczenie. Jak się okazało, on też borykał się z tym samym uzależnieniem. Podszedł do mnie po mityngu i podziękował mi za tamtą konferencję. Przytuliłem go, omal się nie rozklejając. Wspominam to do dziś jako jedną z najlepszych chwil mojego życia.
Póki co, X radzi sobie świetnie, pracuje nad sobą, ma już kilkumiesięczną abstynencję, i jego zaangażowanie dobrze rokuje na przyszłość.
Mam 26 lat, ale nawyki sprzed 20 zostały... A mianowicie chodzi mi o jeden nawyk, który może i głupi, ale moim zdaniem dość pozytywny. Zawsze gdy idę mostem nad autostradą, to zatrzymuję się i macham do mężczyzn, którzy jadą tirami, macham tymi łapami jak opętana, ale jaka radość jak zatrąbią, mrugną światłami lub odmachają, wtedy cały dzień mam dobry humor!
Jak mieliśmy WF na basenie, to przyszedłem w białych majtkach z brązową plamą z tyłu i potem przez całe studia miałem przydomek Pan Kleks.
Moja dobra koleżanka ma brata debila. Nie wiem, czy znacie ten typ: nieco wyrośnięty, głupi, irytujący, robiący z siebie idiotę myśląc, że zaimponuje innym. Jako że chłopak z wiadomych względów nie miał kolegów, mama koleżanki kazała jej zabierać go wszędzie ze sobą.
Akcja właściwa działa się mniej więcej w 2010 roku - czasach "świńskiej grypy", którą wszyscy siebie nawzajem straszyli.
Był późny wieczór i wracaliśmy do domu. Akurat przechodziliśmy koło przystanku, przy którym stanął tramwaj. Kiedy debil zobaczył wychodzącą z niego powoli drobną kobietę, która miała na twarzy maseczkę chirurgiczną, podszedł do niej i wymachując rękoma zaczął krzyczeć "świńska grypa, świńska grypa atakuuujeee".
Debil nie zauważył, że za jego ofiarą wychodził jej facet, który zaatakował tego debila szybciej niż legendarna świńska grypa. Jeden cios w twarz wystarczył, żeby debil upadł na ziemię. Facet powiedział tylko "ona ma raka", wziął swoją kobietę za rękę i odeszli.
To był ostatni raz, kiedy debil żartował z przypadkowych ludzi. Mimo że nie popieram bicia po mordzie - zadziałało wychowawczo.
Już nie wytrzymuję we własnym domu.
Mieszkam z rodzicami i dwoma młodszymi braćmi. Jasiek ma 6 lat, Adam 11, ja 16.
Adam ma bardzo głęboki autyzm, nie kontaktuje. Jest też potwornie agresywny. Wiem, że to nie jego wina, ani rodziców. Ale już nie mam siły.
Codziennie rano budzimy się z obawą, jak bardzo będzie wrzeszczał i szalał.
Odkąd skończył rok (wtedy już było pewne, że coś z nim nie tak), rodzice jeżdżą z nim na różne terapię. Wszystko kręci się wokół tego, żeby jego dzień był harmonijny - leki, dieta, terapia, wyciszanie itp. W pokoju ma specjalną matę, bujak, specjalne rękawice i kamizelkę... Ja rozumiem, że on jest najważniejszy i nie mam do rodziców pretensji, że wszystko kręci się wokół Adasia, ale Jasiek jest mały i czasem rozrabia, głównie trzyma się mnie, to ja się najczęściej z nim bawię. Adam jest też bardzo zazdrosny, kiedy widzi, że tata albo mama bawią się z małym albo pomagają mi w lekcjach, wpada w szał i uspokojenie go zajmuje kilka godzin. Jasiek się go boi.
Nie wychodzimy z nim w miejsca publiczne, bo wszystko go drażni i dostaje ataku. Jeśli ma w miarę dobry dzień, wytrzymuje pół godziny na hamaku w ogrodzie.
Od dłuższego czasu nie można dla niego znaleźć opiekunki, więc zawsze jedno z rodziców musi być w domu. Dziadkowie chętnie zabierają mnie i małego do siebie albo na wycieczki, ale nie ma szans na wspólny wyjazd z rodzicami. Rodzice też dawno sami nie wychodzili, ja ani dziadkowie nie poradzimy sobie fizycznie, kiedy Adam wpadnie w szał, a leki nie zawsze działają i tylko niektóre noce przesypia w całości. Nie ma u nas w okolicy opiekunki dla takich osób. Ze szkołą specjalną nie wypaliło, bo atakował inne dzieci. W domu jest z nim mama, bo tata pracuje.
Najgorsze jest to, że nie ma opieki dla takich ludzi jak Adaś. Bo moi rodzice próbują wszelkich diet, terapii itp. Mimo że pojawiła się szansa dogo- lub hipoterapii, nic nie wypali, bo Adam atakuje zwierzaki.
Nie wiem, co z nim dalej będzie. Rodzice są kompletnie wyczerpani. Ja nie wyobrażam sobie opieki nad Adamem, nie dam rady.
Boję się o Jasia, bo też jest zazdrosny o brata i też często płacze i się złości, ostatnio powiedział babci, że w domu tylko ja go kocham, bo rodzice wolą Adama. Oczywiście tłumaczymy mu, że tak nie jest, ale on ma tylko 6 lat i raczej nie rozumie.
Nie wiem, czy kiedyś zdecyduję się na dziecko. Ale jeśli będzie takie jak Adam, to je oddam, choćby wszyscy mieli mnie zostawić.
Historia mojego znajomego (nazwijmy go Andrzej). Chłopak w wieku 17 lat został napadnięty, był łatwym celem - chudzinka, okulary, długie włosy, do tego zero pewności siebie i dość specyficzny wygląd, każący myśleć, że to bogaty cwaniak . Napadło go kilku osobników, których nieskalany myślą wzrok kazał, sądzić że należy mu się wpierdol za samo oddychanie.
Na tym niestety się nie skończyło, poza wybitym zębami, złamaną ręką i ogólnymi potłuczeniami został poniżony psychicznie, leżącego na ziemi... obsikali, dokładnie - obsikali, oddali na niego mocz.
Po tych doświadczeniach Andrzej nosił gips na ręce, sztuczne trzy zęby w buzi i nienawiść w sercu, klasycznie chciał się zemścić, ale w swojej sytuacji... Wiecie, to nie film, że na cutscence główny bohater pakuje na siłowni 20 kg mięśni, w międzyczasie uczy się sztuki walki i po kilku tygodniach staje się drugim Rockym, który odnajduje swoich oprawców i spuszcza im manto.
Andrzej znalazł inny sposób, zemścił się po 4 latach, doskonale wiedział, kto go tak załatwił, miasto nie jest ogromne.
Zrobił wszystko, by dostać odznakę i zostać policjantem.
Jego oprawcy poukładali sobie życie, nie znaczy to, że wyszli na ludzi, ale niektórzy mają żony, dzieci, 500+, zasiłki itp.
Dwóch z oprawców Andrzej osobiście aresztował za posiadanie narkotyków i niebezpiecznego narzędzia, grożenie funkcjonariuszowi, kierowanie gróźb karalnych pod adresem rodziny funkcjonariusza, dodatkowo stwarzanie zagrożenia katastrofą w ruchu lądowym (gnanie starym fordem w tragicznym stanie technicznym przez osiedle pełne dzieci i ludzi)...
Obaj trafili do aresztu. Na ich nieszczęście ktoś do całej litanii zarzutów dodał też znęcanie nad dziećmi, pedofilię i poszła plotka, że wsypali znajomego, by siebie wybielić. Uwierzcie mi lub nie, takie oskarżenia to nie przelewki.
Lubię patrole z Andrzejem, poza własną vendettą to najlepszy policjant jakiego kiedykolwiek spotkałem, potrafi rozmawiać z ludźmi, nie jest durnym służbistą, który za punkt honoru ma wystawić jak najwięcej mandatów...
Ot, karma.
Kiedy miałam 5 lat, przeprowadziliśmy się do innego miasta.
Dla mnie to była bardzo trudna sytuacja. Nie znałam tam nikogo, a dzieci w tym wieku potrzebują towarzystwa. Rodzice często wychodzili ze mną na podwórko, żebym zintegrowała się z innymi dziećmi, ale bez skutku. Dziewczynki mówiły, że nie należę do ich paczki, nie chciały się ze mną bawić, a jeżeli już była taka sytuacja, to zwykle wykręcały mi różne, nieprzyjemne numery.
Tak oto całe dnie spędzałam w domu. Rodzicom było przykro, więc bardzo mnie rozpieszczali. Jednego dnia dostałam telefon. Wyszłam z nim na podwórko, oczywiście sama. Moje sąsiadki bardzo się nim zainteresowały i postanowiły ze mną zaprzyjaźnić. Byłam bardzo szczęśliwa - dopóki pewnego dnia telefon nie zniknął. Rodzice byli źli, ale kupili mi drugi. Po paru dniach on również zaginął. Kolejnego nie dostałam. Z tymi dziewczynami nadal się przyjaźniłam. Naprawdę się lubiłyśmy.
Kilka dni temu jedna z moich ''przyjaciółek'' po pijaku wyznała mi, że to one ukradły te telefony. Czasem też zabierały moje zabawki, słodycze. Z tego co mówiła - potrafiły mi podebrać pieniądze z portfela nawet w gimnazjum.
A teraz się dziwią, dlaczego już nie chcę się z nimi spotykać.
Z moją dziewczyną po 5 miesiącach związku postanowiliśmy spędzić wspólnie noc. Wszystko pięknie ładnie, aż nadszedł ranek dnia następnego. Moja luba odwróciła się do mnie twarzą, a ja do niej, po czym zaczęła coś opowiadać. Coś, bo nawet nie pamiętam co, tak mnie oszołomił zapach z jej ust. To był smród nie do wytrzymania, ale głupio mi było coś powiedzieć albo sobie pójść. Trwałem tak, aż w końcu nie wytrzymałem, bo zaczęło mnie rwać na wymioty. Powiedziałem do niej, że kocham ją najmocniej i noc była cudowna, ale czy mogłaby umyć zęby, bo po nocy zawsze jest średnio. Obraziła się. Następnego dnia ze mną zerwała. I tyle, po moim związku.
Chyba lepiej było na nią zwymiotować i powiedzieć, że to zatrucie.
Mój najstarszy brat jest pedofilem... Wykorzystywał mnie i moją kuzynkę, gdy byliśmy dziećmi. On miał wtedy 20 lat, my po 10. Do dzisiaj pamiętam jego zapach i takie cukierki, Irysy, które nam dawał w zamian.
Dzisiaj mam 40 lat i wiem, że spierdolił mi życie. Nie potrafiłem żadnego porządnego związku założyć, zaangażować się na 100%, dwa razy się rozwiodłem, mam niską samoocenę i kompleksy. Nienawidzę go.
Dodaj anonimowe wyznanie