#RvC1z

W zimie, na grupie osiedla, sąsiadka-aktywistka zbierała dary dla "potrzebującej rodziny". Rodzina ogólnie zadłużona (między innymi 300 PLN za prąd), materialnie też bieda, rodzice chorzy, dzieci chore, dom się sypie, pleśń i grzyb. Pojawiła się prośba, aby przekazać im jakieś rzeczy - ale z zastrzeżeniem, że rzeczy tylko nowe, ale: ubrania nie, bo mają lub można w gust nie trafić, jedzenie nie, bo może im nie smakować, zabawek nie - bo też mają, książki nie, nie, nie - które dziecko ucieszy się z książek na prezent? Najchętniej to PlayStation (tylko z grami dla chłopców!), może zrzutka na jakiś laptop? Wiadomo, potrzebne są przede wszystkim pieniądze, wtedy kupią sobie to, co chcą.

Zdziwiły mnie te wymagania, ale pomyślałam - okej, rodzina zweryfikowana przez sąsiadkę, to może faktycznie potrzebują... Co roku staram się przed świętami pomóc jakiejś biednej rodzinie, więc zaproponowałam, że zapłacę ten nieszczęsny rachunek za prąd. Pani potrzebująca przesłała mi fakturę (a raczej przyszłą prognozę) do opłacenia na 500 zł, a na fakturze długopisem dopisane "300" - stwierdziłam, że zadzwonię do operatora prądu i zapytam jakie jest faktyczne zadłużenie na tym rachunku - od początku coś mi nie grało. Przedstawiłam sytuację, pan na infolinii oczywiście "nie mógł podać stanu zadłużenia", ale zasugerował, że gdy na koncie abonenta wystąpi nadpłata, wtedy abonent może zawnioskować o przesłanie tejże nadpłaty na wskazany numer konta, więc sugeruje, aby "nie nadpłacać bardziej rachunku, o którym mówimy". Po chwili dostałam wiadomość od pani potrzebującej, że skoro stać mnie aby zapłacić te 300 złotych za prąd, to mogę zapłacić też 150 za wywóz śmieci oraz 200 zł za wodę... Nie powiem, to mnie uruchomiło.

Wieczorem dostałam wiadomość od partnera/konkubenta pani potrzebującej, abym w końcu zapłaciła ten rachunek za prąd, i to jak najszybciej, bo dostali kolejne wezwanie do zapłaty - poprosiłam o przesłanie tego wezwania - no i przesłali, ale wyzwiska, za to, że ich oszukałam i nie mam zamiaru zapłacić za prąd, wodę i śmieci, a przecież obiecałam... Napisałam do sąsiadki, czy aby na pewno ta rodzina jest "potrzebująca" - powiedziała, że w sumie to nie wie, bo znalazła post na jakiejś grupie i pomyślała, że prześle go dalej... Sama oczywiście nie miała zamiaru pomóc w inny sposób niż re-post na grupę osiedlową, plus - jak się później okazało - "zebranych darów" od sąsiadów nigdy nie dostarczyła do tej rodziny, o ile w ogóle miała taki zamiar.

#IUfHP

Zawiozłem Mietka (mój tata, od zawsze byłem z nim na "Ty") na cmentarz 31 października 2016 roku. Chciał uniknąć tłumów na 1 listopada. Zmarł 2 dni później, 2 listopada. Kiedy powiadomiłem o tym fakcie mojego najlepszego przyjaciela, to odparł:
- Pewnie ostatnio zgadał się z kimś na tych grobach.
Ja mu na to:
- Pewnie ustawiał imprezę powitalną. Wszystkich nas wystawił na tym ziemskim padole, a on dalej się bawi.
Brakuje mi Mietka.

#q7Kk2

Nigdy nie lubiłam babci od strony taty, pamietam z dość wczesnego dzieciństwa wiele nieprzyjemnych sytuacji z nią związanych.

(1) Kiedy moja mama (X) dość poważnie (ale nie śmiertelnie) zachorowała, ta przyszła do naszego domu pod pretekstem przyniesienia rosołu na zdrówko, rozsiadła się z mężem w salonie i oznajmiła moim rodzicom, że kiedy w końcu X umrze, ona chętnie adoptuje moją siostrą, a mnie niech weźmie jej syn.

(2) Mimo świadomości o alergii na koty mojej całej rodziny (w tym mojej bardzo ostrej), postanowiła sobie jednego przygarnąć. Mimo to moi rodzice dalej starali się utrzymywać dobre relacje, bo to rodzina, bo dzieciom nie wolno odbierać dziadków. Kiedy już do nich przyjeżdżaliśmy w odwiedziny, siedzieliśmy w ogrodzie. Pech chciał, że któregoś razu nasze odwiedziny zazębiły się z wizytą koleżanek z pracy. Dumna babcia chciała koniecznie przedstawić swoje wnuczki, więc kiedy jej odmówiłyśmy uzasadniając alergią, ta wzięła mnie pod pachę (byłam młodsza, więc lżejsza) i zaniosła na środek salonu, gdzie czekały koleżaneczki. Chyba nie muszę tłumaczyć jak wygląda reakcja alergiczna na wrażliwym 5-letnim dziecku.

Po tej i wielu innych sytuacjach rodzice uznali, że mają dość, przestali odwiedzać i zapraszać, krótko mówiąc postanowili zerwać kontakt. Jednak któregoś razu babcia (wraz z dziadkiem) zjawiła się niespodziewanie, żeby złożyć życzenia synkowi. Minęło trochę czasu, rodzice wspólnie przeprowadzili z nimi rozmowę, obiecali poprawę, cała sprawa rozeszła się po kościach, ale ja jako mściwe dziecko miałam całkiem inny plan. Widziałam jak się chwali swoimi nowymi drogimi butami, jak próbuje dogryźć mojej mamie, która akurat miała problemy w pracy. Dlatego właśnie postanowiłam wcielić w życie swój niecny plan.

Po cichu zabrałam z korytarza piękniutkie buty mojej babci i po prostu je zniszczyłam. Jednak chcąc uniknąć konsekwencji na całej powierzchni, gdzie było widać zniszczenia, cyrklem i swoimi własnymi jeszcze mlecznymi zębami imitowałam pogryzienie przez psa. Na koniec jeden but postawiłam gdzieś przy drzwiach, drugi włożyłam szybko do kojca.
Ułożyłam się do łóżka, udawałam, że śpię i czekałam.

Moja satysfakcja, kiedy usłyszałam złość w głosie babci, jak klęła wniebogłosy, była nieopisana. Od tej sytuacji minęło 15 lat, a ja drugi raz zrobiłabym dokładnie to samo. Szkoda mi tylko w tym wszystkim psa, który się nasłuchał, jak wredne stare babsko na niego klęło.

#jJHtt

Z moim chłopakiem jestem już od 4 lat. Mieszkamy w mieście studenckim, ja pracuję i studiuję zaocznie, a on pracuje już na poważnie. Dostał pracę, która wiąże się z częstymi wyjazdami. Teraz są to staże na 3 miesiące max, ale obydwoje wiemy, że w ciągu paru lat ich częstotliwość i długość będzie rosnąć. Nie ma też możliwości żeby z tego zrezygnować, bo bez nich nie może sobie podnieść kwalifikacji, a poza tym, jego szefostwo wymaga tego od niego.

On twierdzi, że nie wiedział tego przed podpisaniem umowy, choć nie chce mi się w to wierzyć. Wie też, że będzie musiał odbyć minimum 1 roczny staż jeśli myśli poważnie o tej posadzie.

I tutaj pojawia się problem. Nie wiem czy jestem w stanie to zaakceptować. Rok to długo. Tym bardziej, że ja mam tutaj też własne życie i nie jestem w stanie poświęcić wszystkiego, by móc z nim jeździć po świecie. On mnie cały czas zapewnia, że na pewno sobie poradzimy, ale ja nie jestem tego taka pewna. Co prawda, mam tutaj znajomych, ale jestem już w takim wieku, że większość moich koleżanek ma już założone rodziny i nie ma zwyczajnie czasu żeby dotrzymywać mi towarzystwa. Rodzina mieszka 100 km dalej, a o przeprowadzce w rodzinne strony nie ma mowy, bo mój facet ma też okresy, podczas których musi siedzieć w biurze.

Czuję się oszukana i strasznie samotna. Nie mogę mu powiedzieć żeby zrezygnował z pracy, o której marzył od dzieciństwa, ale też siedzenie wiecznie samej w pustym mieszkaniu mi przeszkadza. Nie chcę nawet myśleć o wspólnej przyszłości i posiadaniu dzieci, bo on się zmyje na staż czy konferencję, a ja zostanę sama w pieluchach. Nie będę mogła nawet odsapnąć na chwilę. Moi rodzice nadal pracują, więc podrzucenie dziecka do dziadków też odpada.

Wiem, że jeszcze daleko do takich dylematów, bo nawet nie planujemy dziecka, ale ciągle siedzi mi to w głowie. Nie po to chciałam mieć chłopaka żeby go wiecznie nie było. Nie chcę też zrywać, bo kocham go nad życie. Nie wiem po prostu co robić. Nie ma tutaj jego winy, bo nic nie może poradzić na to, że taką ma specyfikę pracy. Martwię się strasznie, a "wszystko będzie dobrze" nie rozwiąże problemu.

#AjKZ1

Jakiś czas temu pewna dziewczyna dodała tutaj wyznanie, że ma trudną sytuację, bo uciekła z patologicznego domu na drugi koniec Polski. Pisała, że zajmuje się ręcznie robionymi kartkami i ozdobami. Ledwo wystarczało jej na opłacenie pokoju.

Wiele osób chciało jej pomóc, w tym ja. Zapytałam w komentarzu o jej maila i pisałyśmy trochę, wysłała mi zdjęcia swoich dzieł. Złożyłam u niej zamówienie. Przelałam jej pieniądze (uzgodnioną kwotę) i czekałam na paczkę. Paczka doszła, a ozdoby były przepiękne. Złożyłam kolejne zamówienie, za które od razu zapłaciłam. Czas realizacji miał wynosić miesiąc.

Od tego momentu co jakiś czas wymieniałyśmy SMS-y, dziewczyna żaliła się, że nie ma na dentystę, więc postanowiłam tak bez niczego przelać jej 100 zł. Niby nie chciała, ale nie odesłała mi tych pieniędzy z powrotem. Później coraz częściej zdarzało jej się pisać, że brakuje jej na lekarza albo że nie ma na czynsz. Ja jednak pozostawałam niewzruszona. A na zamówienie czekam do dzisiaj... Najpierw nie miała za co wysłać paczki, mimo że z góry zapłaciłam za przesyłkę. Później dała zamówienie do wysłania koleżance, ale koleżance tak bardzo się spodobało, że postanowiła tego nie wysyłać. A teraz zwyczajnie się nie odzywa.

I nie żałuję jej tych pieniędzy, ale tak sobie myślę, że mogłaby mieć stały dochód z tych swoich ozdób, bo chciałam pokazać znajomym jej dzieła. A laska wybrała drogę oszustwa i w taki sposób zarobiła jednorazowo 200 zł. Jak to mówią: Ja nie zbiednieję, ona się nie wzbogaci.

#sWYYS

Jestem strasznym ciułaczem i mój narzeczony także. Zarabiamy bardzo dobre, stać nas właściwie na wszystko, mamy ogromne zapasy gotówki na kontach oszczędnościowych, lokatach i w kopertach upchanych w domu, lecz nie wydajemy niczego.

Ubieram się w lumpeksie, nawet zimą jeżdżę rowerem do pracy, na zakupach spożywczych biorę tylko najtańsze produkty, a każdy mój obiad jest z książki "100 obiadów do 10 zł", którą kiedyś dostałam od mamy. Wodę z kąpieli zlewamy żebyśmy mogli nią spłukać kibelek, środki czystości robię sama, nawet mydło, bo z wykształcenia jestem chemikiem.

Nie potrafię przestać. Boję się, że jak zacznę kupować rzeczy, to już się nie opamiętam.

Największy problem mam jednak z kupnem domu. Z narzeczonym mieszkamy w malutkiej kawalerce, którą rodzice kupili mi 10 lat temu, jak szłam na studia. Teraz tego miejsca brakuje i obydwoje myślimy o kupnie domu, ale boję się wydać taką sumę pieniędzy. Na samą myśl chce mi się płakać. Tak samo ze ślubem, od 5 lat bujamy się jako narzeczeństwo, bo żal nam pieniędzy na wesele. Najgorsze jest to, że nas stać.

Nie wiem co robić. Ostatnio prawie ryczałam na chodniku, bo odważyłam się kupić sobie batonika za 2 zł. To było dla mnie jeszcze rok temu nieosiągalne. Nie mam pojęcia dlaczego taka jestem. W domu rodzinnym zawsze były pieniądze, rodzice dobrze zarabiali i nie oszczędzali za bardzo.

Muszę się przełamać, ale nie wiem od czego w ogóle zacząć.

#5Dx6x

Prawda jest taka, że nie lubię psów. Psy mnie obrzydzają przez te swoje długie, pełne zębów pyski, przez nieustannie wywalone jęzory, z których kapie ślina. A już nade wszystko nie potrafię znieść odgłosu dyszenia psa. Po prostu mnie to brzydzi i nie potrafię się przełamać i polubić jakiegokolwiek przedstawiciela tego gatunku.
I to nie tak, że zrobiłabym coś złego psu. Nigdy nie uderzę psa ani nic z tych rzeczy, czasami wpłacam nawet parę groszy na potrzebujące psy, bo wiem, że mimo mojego obrzydzenia, one też mają uczucia i zasługują na wszystko co najlepsze. Ale nie pozwalam im się do siebie zbliżyć, nie głaszczę, nie dotykam.

Znajomi tego nie rozumieją i na siłę każą mi polubić psy, bo jak tak można!
Za to kocham szczury i uwielbiam je przytulać, głaskać. Ci sami znajomi, którzy każą mi kochać psy, oczywiście uważają, że nie można kochać szczurów i nie szczędzą słów obrzydzenia dla tych zwierząt i jak to szczury powinno się zabijać, zamiast je głaskać i karmić. Ja nikogo nie zmuszam do kochania szczurów, każdy ma prawo ich nie lubić i się ich brzydzić. Ale nienawidzę hipokrytów, którzy wyrażają wobec nich swoje obrzydzenie, jednocześnie wyzywając mnie od chorych psychicznie, gdy dowiadują się, że obrzydzają mnie psy.
Dodaj anonimowe wyznanie