Szlag mnie trafia przez mojego brata bliźniaka. Wiem, że to brzmi okropnie, ale jest po prostu straszną łajzą.
Mamy po 23 lata. Ja studiuję w innym mieście, on został w naszej rodzinnej miejscowości i pracuje, a raczej pracował.
Zacznijmy od tego, że zawsze był trochę nadwrażliwy. Babcia, kiedy jeszcze żyła potwornie się z nim cackała (był jej ulubieńcem) i we wszystkim chciała go wyręczać albo przerzucać jego obowiązki na mnie lub naszego starszego brata. I nie mam tu na myśli wieku typowo dziecięcego, tylko nastoletni. Przecież Maciuś nie powinien sam robić sobie jedzenia, bo jeszcze się skaleczy i poparzy, trawy nie powinien kosić, bo to za ciężka praca dla tak wrażliwego dziecka, zakupów niech nie dźwiga, owoców też nie musi sobie sam zerwać itp. Najlepiej niech sobie leży na leżaczku i czyta/siedzi na internecie. Na szczęście rodzice ukrócali zapędy babci, więc Maciej totalną ofiarą losu nie jest.
Zawsze też znajdował sobie kumpli, którzy akceptowali go tylko kiedy było im to na rękę. Z dziewczynami podobnie. Ale już do rzeczy.
Półtora roku temu związał się z Aśką, moją znajomą z liceum. Dziewczyna śliczna, ale słynąca że swobodnego prowadzenia się. W dodatku wpadli, ich córka ma teraz 10 miesięcy. Mieli wynajęte mieszkanie, nasi rodzice im pomagali, bo tylko Maciek pracował. Na rodzinę Aśki nie ma co liczyć. Podchodzimy z miejscowości turystycznej, więc kiedy przyjechałam do domu po zakończeniu sesji, poszłam do pracy jako kelnerka. Raz zauważyłam Aśkę z paroma znajomymi. Niby nic, ale bardzo przymilała się do jednego faceta.
Pogadałam z bratem i okazało się, że jego panna co piątek i/lub sobotę urządza sobie wypady ze znajomymi, a Maciek siedzi z małą w domu. Ręce mi opadły jak przyznał, że Asia woli spędzić ten czas tylko ze swoimi znajomymi, bez niego. Maciej nie widzi przeszkód, przecież bardzo ją kocha.
Ostatnio Asia balowała cały weekend. Bez krępacji przyznała, że przespała się z dwoma facetami, a w ogóle to odchodzi i ma gdzieś córkę.
Maciek wrócił do rodziców, bo ma depresję, rzucił pracę. Małą zajmujemy się ja i rodzice. U psychologa był raz, nie chce więcej (usłyszał, że związek z Asią to niekoniecznie dobry pomysł). Leży tylko w pokoju i chce, żeby Asia do niego wróciła. Twierdzi, że nie jest w stanie zajmować się córką, bo nie ma Asi i nic nie ma sensu.
Z jednej strony trafia mnie, że oboje olewają małą, a z drugiej martwię się o brata.
Rodzice zapowiedzieli mu, że ma się jakoś ogarnąć, bo nie będą go utrzymywać. Owszem, małą się zaopiekują, ale Maciek ma iść na terapię i do pracy. Czarno to widzę.
Miałam 19 lat. Byłam na 1. roku studiów. Przyszłam na otrzęsiny, ale było tak fatalnie, że wyszłam po godzinie. Do akademika miałam około kilometra, więc szłam z buta wkurzona, że tyle szykowania na marne.
Niedaleko mojego DS-u, zaczepił mnie niesamowicie przystojny facet, wiecie ten typ super przystojnego, super bogatego, który ma zawsze najładniejszą dziewczynę, zupełnie nie moja liga. Zaproponował mi drinka w pobliskim barze, był trochę podpity, ale gdy zaprasza cię jeden z tych chłopaków, z którymi o rozmowie mogłaś do tej pory tylko pomarzyć, to idziesz i jeszcze się cieszysz. Stanęliśmy pod barem i on powiedział wtedy, że czeka jeszcze na kolegów. No ok. Kolegów doszło jeszcze sztuk 8. Każdy z nich jak chodząca reklama siłowni, niektórzy mieli bicki jak ja uda, a miałam wtedy nadwagę. Co zrobiłam? No oczywiście, że weszłam z nimi do baru. Stawiali mi drink za drinkiem, przynosili do stolika. Do głowy mi nie przyszło, że mogą mi czegoś dosypać. Pierwszy raz czułam się tak szanowana, zaopiekowana, nieziemsko dobre uczucie.
Po kilku godzinach chlania, wszyscy pijani w 3 dupy poszliśmy niby mnie odprowadzić. Po drodze jednak padł pomysł, by pojechać do baru dla bogaczy w innej części miasta. Nie chciałam, bo już byłam wystarczająco pijana, a dwóch z 9 panów zaczęło niewybrednie się do mnie przystawiać, dobierać. Jakoś jednak mnie namówili, zapewnili, że opłacą mi powrót i jeszcze mnie odprowadzą, skoro nie znam miasta. Pojechałam z nimi.
Bar był naprawdę z wysokiej półki, czułam się tam jak piąte koło u wozu, ale moi towarzysze pasowali do wystroju, więc ok. Chyba znali nawet gostka za barem, przynajmniej takie wrażenie odniosłam, bo po krótkiej wymianie zdań z barmanem poszli do palarni bezceremonialnie wciągać kreski ze stolika. Na szczęście ja nie ćpałam, chociaż trzymałam się raczej w poziomie niż w pionie. Poszłam tańczyć, trochę się zawiesiłam, ale ocknęłam się, gdy jeden z chłopaków ciągnął mnie na siłę do toalety. Powiedziałam, że to męska, że ja nie chcę do toalety, zupełnie nie kumałam, co on chciał w tej toalecie zrobić. Obronił mnie jego kolega, który z kolei wyciągnął mnie całkiem z baru i zaprowadził do hotelu. Recepcjonista nie chciał mu wynająć pokoju. Koleś się wkurzył i wsadził mnie w autobus powrotny, do ręki wciskając 10zł, żeby na pewno mi starczyło na bilet. Dopiero na drugi dzień dotarło do mnie po co ten piękny koleś do mnie zagadał i jakie były intencje co najmniej 2 chłopaków z towarzystwa. To był wieczór kawalerski jednego z typków i ewidentnie szukali panny do posunięcia. Dziękuję Bogu, że faceci okazali się być w miarę ok, i niczego nie dosypali mi do drinka.
Nikt nie wie, co się stało na tych otrzęsinach. Rodzinie opowiedziałam bajeczkę, że bawiłam się do rana i było fajnie, znajomym ze studiów, że poszłam spać, bo źle się poczułam.
Nasze dziecko urodziło się głuche.
Rodzina męża nauczyła się języka migowego, żeby rozmawiać z naszym synem. Dosłownie każdy potrafi z nim rozmawiać (teściowie znają płynnie język, tak jak i szwagier, jego żona, dziadkowie męża, i nawet wujek się trochę nauczył).
Moja rodzina twierdzi, że są już za starzy żeby się tego nauczyć i po prostu gadają do niego (o szkole, pogodzie itp.) i są oburzeni, że nic nie rozumie.
Moi rodzice są tylko o 3 lata starsi od moich teściów.
Siostra znowu uważa, że ja jej przekażę wszystko, co on mówi.
Jest mi strasznie przykro.
Próbowałam ich nauczyć prostych słów "witaj", "kocham cię", "co u ciebie?", "jak w szkole?" itp., to są oporni.
My syna traktujemy normalnie. Ma 7 lat i nie ma żadnych przywilejów, nie dajemy mu fast foodów, nie pozwalamy grać w gry, a wystarczy że pojedzie do moich rodziców, to tam słyszę "Daj mu to ciastko. Jest głuchy, to niech ma coś od życia".
Boli to cholernie.
Syn coraz mniej chce jeździć do nich, ja w sumie też.
Moja irytacja sięga zenitu, a wygadać się też nie mam komu ...
Moja narzeczona ma siostrzeńca. Gówniarz jakich mało. Nazwijmy go P. Ma 12 lat, a zachowuje się jak rozpieszczony gówniarz, który wszystko dostaje, a sam nie daje od siebie nic. Nie wspominając o chamskich odzywkach do rodziny, a gdy trzeba coś, to maślanych oczu do wszystkich.
Na początku jedynie wspomnę, że tato P. zmarł z powodu zakażenia, gdy on miał 6 lat. A więc co takiego P. robi? Oto przykłady.
P. dostaje wszystko na co ma ochotę. Wielki telewizor w pokoju? Żaden problem. Nowy telefon? Otóż to też nie stanowi problemu! A może rowerek się znudził dla P? Taka sytuacja też miała miejsce.
Bez elektroniki to dziecko nie umie funkcjonować. Drze ryja, gdy tylko mu zabierzesz telefon.
Wspólne zakupy? Och, o niczym innym nie marzyłem... Musisz kupić mu wszystko czego sobie zapragnie, bo inaczej płacz.
Ale wiecie co w tym wszystkim jest najgorszego? Nie widzi tego NIKT! Nikt z rodziny. Jedynie ja. Każdy to tłumaczy tym, że nie ma ojca, więc mu się należy. I on ten fakt wykorzystuje. Gdy czegoś się mu odmawia, to robi szklane oczy i mówi, że tato by mu pozwolił, gdyby żył. I każdy mięknie, a on z satysfakcją odchodzi, bo ma to co chciał.
Ale to też nie byłoby najgorsze, gdyby nie podejście mojej narzeczonej do tego.
Ona nie widzi w tym problemu. Traktuje go jak syna. Co raz bierze go do nas na noc, bo P. bardzo chciał. On pół nocy gra na konsoli, drze ryja, że nie można spać, a gdy zwrócę mu uwagę, to moja narzeczona się obraża, bo nie mam prawa mu zwracać uwagi BO NIE MA TATY. To się robi chore.
Ostatnio pojechaliśmy na rodzinne wakacje nad jezioro. P. chciał co chwilę do jeziora, ale nie było komu go pilnować, więc moja narzeczona z nim siedziała nad wodą. W końcu nie wytrzymałem i powiedziałem, że może odprowadzimy go już do reszty rodziny, a my pójdziemy na kolację albo na spacer, bo chciałbym spędzić trochę czasu razem. P. się rozdarł, że on chce siedzieć nad jeziorem i nigdzie nie idzie. Oczywiście wygrało dziecko, bo co ja mam do powiedzenia. Nie wiem co mam robić, takich sytuacji jest multum, ale nie sposób je opisać.
Najgorsze jest to, że matka P. jest chora i moja narzeczona z racji, że to jej siostrzeniec, postanowiła przejąć w razie potrzeby opiekę nad P. Ja się z nim wykończę... Do mojej narzeczonej nic, ale to nic nie trafia. P. potrafi do własnej babci powiedzieć, ze jest starą babką, a dla dziadka zabierać pieniądze z portfela. Ale każdy to usprawiedliwia trudnym dzieciństwem bez ręki ojcowskiej. MAM DOŚĆ! Poza tym moja narzeczona non stop coś mu kupuje. A to lego, a to nową zabawkę i tak w kółko. Wydaje na niego majątek miesięcznie, a mieliśmy odkładać na przyszłość...
Nie wiem co mam robić. Ja naprawdę mam w sobie empatię, nie jestem materialistą ani egoistą... Po prostu dorośli ludzi nie widzą, jak dziecko nimi manipuluje... Co robić? To już trwa 4 lata...
Wieczór, stoję na stacji paliw, niedaleko restauracja z wielkimi M, na parkingu małe srebrne auto - Corsa czy też może Clio.
Mój wzrok przykuł gęsty dym, wydobywających się z uchylonych, przednich okien. Lekka panika, ale staram się uspokoić; wdech - wydech - wdech... o kur..... PALI SIĘ! Szybka decyzja - wyskakuję z auta, z bagażnika wyciągam gaśnicę, po drodze zrywam zawleczkę. Panika wzięła górę, jestem kiepski w takich sytuacjach...
Podbiegam do uchylonego okna i bezsensownie zaczynam "gasić" zamknięte drzwi i próbuję trafić w uchylone okno.
Z pojazdu wyskakuje przestraszony młodzian, a ja.... "gaszę" jego. Oszczędzę Wam żenujących szczegółów z naszej rozmowy.
Młodzian razem ze swoim kolegą i dwoma dziewczynami postanowili po zjedzeniu posiłku zrobić sobie "komorę" i każde z nich vapowało na potęgę, by całe auto wypełnić dymem. Gdy to się udało, uchylili okna, by jednak wpuścić trochę powietrza.
Na szczęście podeszli do tego z uśmiechem, za to ja mógłbym użyć tej gaśnicy, bo sam prawie spaliłem się ze wstydu...
Od zawsze gardziłam ludźmi, którzy na własne życzenie pakują się w problemy, a potem jęczą jak to im źle w życiu.
Zaczęło to się chyba od matki, która przez swoje zachowanie spowodowała, że ojciec zostawił nas jak ja byłam malutka i wyjechał za granicę. Na szczęście tata zawsze dbał o to, abyśmy miały za co jeść, płacił spore alimenty, pamiętał o urodzinach, świętach i raz w roku zapraszał mnie do siebie do Niemiec.
A matka? Początkowo tata nie mówił dlaczego ją zostawił, ale jak dorosłam wytłumaczył mi jak matka nie chciała pracować, ciągle się zwalniała, bo w każdej pracy było jej źle, siedziała w domu, rzuciła studia i przestała dbać o siebie, męża itd. jak tylko mnie urodziła. Potrafiła tygodniami nie ugotować obiadu, nie sprzątać. Ojciec wracał czasem i po 12h z pracy i ogarniał mieszkanie, bo mama była wiecznie zmęczona. Nie, to nie depresja. Sprawdzaliśmy to. Ona jest po prostu wygodna i leniwa. Do dzisiaj jej tak zostało. Alimenty od ojca potrafiła wydać na kosmetyczkę, ciuchy, a mi kupić najtańszy plecak do szkoły. Potrafiła kupić sobie na początku miesiąca drogie ciuchy, a pod koniec miesiąca płakać, że nie mamy co jeść i jaki to mój ojciec jest okropny.
Z Aliną przyjaźniłam się od gimnazjum. Mądra, ogarnięta, rozsądna dziewczyna. Nigdy nie pchała się w kłopoty, a jak już coś ją spotkało, to potrafiła jakoś sobie z tym poradzić.
Do czasu.
Wyjechałyśmy razem na studia do innego miasta i wynajęłyśmy razem mieszkanie. Alina poznała faceta, zakochała się i zaczęła pakować się w okropne kłopoty. Jej Andrzejek raz po pijaku, na moich oczach, uderzył ją w twarz . Zadzwoniłam po policję. Zabrali go na izbę wytrzeźwień. Całą noc płakała i opowiadała, jak wcześniej po pijaku próbował kąpać się w jeziorze, jak okropnie się pokłócili, jak on z nią zerwał, ale potem wrócili do siebie. Obiecała mi, że to będzie koniec.
Wystarczyło, że na następny dzień Andrzejek przyjechał z kwiatami i słowem "przepraszam", by Alina mu wybaczyła.
Przestałam ją szanować. Powiedziałam jej, że nie życzę sobie, aby ten damski bokser przebywał w naszym mieszkaniu. Zagroziłam, że jeżeli będzie go zapraszać, poszukam innego mieszkania, bo nie chcę przemocowca widywać w mieszkaniu, w którym powinnam czuć się bezpiecznie.
Faktycznie przestała go zapraszać, ale sam fakt, że nadal z nim jest spowodował, że nie mam ochoty z nią rozmawiać, przebywać. Widzę w niej swoją matkę. Gardzę takimi ludźmi. Nie rozumiem jak można pakować się w chore relacje, robić sobie pod górkę, a potem płakać, że nam źle.
Alina ostatnio zarzuciła mi, że nie jestem empatyczna i jestem zbyt oschła. Być może. Według niej właśnie straciła przyjaciółkę, bo jej nie wspieram. Tylko ja nie chcę wspierać niszczenia sobie życia.
Nie umiem z tym walczyć. Wiem, że tracę przyjaźń życia, ale to silniejsze ode mnie.
Stoję sobie dzisiaj w kolejce do kasy w sklepie z owadem. Kolejka do kasy dłuższa niż za komuny po papier toaletowy. Dwie osoby przede mną stoi matka z trójką dzieci. Jeden - najstarszy - na oko 1-2 klasa podstawówki - stoi grzecznie z koszykiem wypełnionym zakupami. Drugie - ok. 2-letnie, dokazuje w wózku, a trzecie przegląda zawartość stojącego obok koszyka ze świeżakami (czy jak się to teraz nazywa).
Matka cały czas nadzoruje średnie i zagaduje najmłodsze. Przed najstarszym stoją w kolejce trzy dziewczyny 18+. Po chwili z jednej i drugiej strony kolejki podchodzą ich koleżanki i wciskają się przed młodego. Matka zareagowała dość ostro, ale kulturalnie: - Przepraszam, ale mam wrażenie, że panie tutaj nie stały.
- Stałyśmy, nie widziała pani? - idą w zaparte dziewczyny, uśmiechając się lekceważąco pod nosem.
- Nie widziałam, za to widziałam, jak się tu mnożyłyście - odpowiedziała matka. Dziewuchy parsknęły wymuszonym śmiechem, a jedna z nich odwracając się zadkiem do matki skomentowała do koleżanki:
- Nic dziwnego, że taka sytuacja, jak z bombelkami przyszła.
Na zmęczonej twarzy matki pojawiła się pionowa zmarszczka na czole. Z daleka widać było, że krew w niej zawrzała. Powiedziała stanowczo, z lekkim wkurwem:
- Nie życzę sobie tego typu komentarzy, jeszcze raz i... (zawiesiła głos - szukając zapewne odpowiedniego słowa).
- I co? - cała kolejka usłyszała odpowiedź nastolatki.
- I nie ręczę za siebie, bo ja też potrafię użyć równie obraźliwych określeń w stosunku do pani.
Dziewuchę zatkało, obróciła się do koleżanek bez słowa. W tym momencie otworzono sąsiednią kasę. I wszyscy przemknęliśmy za plecami matki do nowej kolejki. Ona cierpliwie odczekała swoje w kolejce za dziewczynami. A licealistki? Słyszałam, jak komentowały jeszcze między sobą, że wróciłyby na sklep po produkt, którego zapomniały, ale, cytując: "w związku z tym co się tu wyczynia, nie będą ryzykować".
Zapłaciłam za swoje zakupy znacznie szybciej niż ta kobieta. Wychodząc, zerknęłam przez ramię, jak wykłada zakupy na taśmę. I pomyślałam ze wstydem, że nie miałabym tyle odwagi, co ta kobieta, żeby z taką godnością przeciwstawić się chamstwu.
Każdemu chyba zdarza się pomyśleć o czymś, co stało się x lat temu i nadal czuć pewne zażenowanie.
Otóż ja w takich sytuacjach (co swoją drogą zdarza się dosyć często), szczególnie gdy bardzo intensywnie o czymś myślę, gdy przypomnę sobie co wtedy czułam i mówiłam, to wydaję z siebie dziwne dźwięki. Są to najczęściej jakieś piski, stłumione okrzyki czy warknięcia, czasami zdarzy mi się skomentować coś na głos lub śmiać się jak wariatka.
Najgorzej jest w towarzystwie, tym bardziej jak jest tam osoba z moich wspomnień. Czuję wtedy rumieńce na całej twarzy i próbuje się ukryć przed wszystkimi.
Zdarza się też tak, że do wydawanych przeze mnie dźwięków dochodzą jakiś ruchy. Chodzi mi głównie o wyginanie się we wszystkie strony świata, zdarza mi się jeszcze zrobić face palm lub po prostu się rozpłakać.
Miewam czasem ataki paniki. Dość rzadko, więc raczej się tym nie chwalę. Jeden trafił mi się na zaliczeniu na studiach, to był ostatni termin. Wiedziałam, że nie dam rady wyjść z sali, więc przesiedziałam półtorej godziny, czując się tak, jakby coś realnie zagrażało mojemu życiu i próbując się uspokoić, nie robić scen.
Ostatecznie i tak prawie zemdlałam, w panice zaczęłam tłumaczyć się prowadzącej, a przedmiotu oczywiście nie zdałam.
Uwielbiam muzykę. Słucham jej całodobowo. Po prostu ją kocham. Dzień bez muzyki, to dzień stracony.
Zawsze gdy jadę autobusem, muszę mieć ze sobą słuchawki, po prostu MUSZĘ.
Jednak raz zapomniałam. Trasa w jedną stronę była okropna. Dłużyła mi się niemiłosiernie. Myślałam, że zwariuję.
W drugą stronę pomyślałam, że nie dam rady wrócić bez mojej ukochanej muzyki. Poszłam kupić nowe. Jednak nie miałam przy sobie wystarczającej ilości pieniędzy. Poszłam więc do chińczyka z nudów. Znalazłam jakieś najtańsze słuchawki, dosłownie najtańsze kosztowały niecałe 5 zł, może nawet mniej. Słuchałam całą drogę. Dźwięk w nich był okropny, nic nie było słychać. Uszy mnie strasznie bolały. Jednak słuchałam dalej. Obok mnie siedział jakiś mężczyzna. Wyszedł na chwilę kupić bilet, a swoje rzeczy zostawił. Wyglądem przypominały moje. Byłam głupia i je podmieniłam. Po czym uciekłam na koniec autobusu.
Całą drogę miałam swoją ukochaną muzyczkę. Facet chyba myślał, że mu się zepsuły, bo widziałam że później je wyrzucał.
Gdy wysiadałam z autobusu poczułam wyrzuty sumienia. Było mi okropnie, czułam się źle. Facet wysiadł na tym samym przystanku. Chciałam mu je oddać, ale za bardzo się bałam i wstydziłam...
Jeśli to czytasz, to wiedz, że jest mi wstyd i chętne Ci je oddam.
Dodaj anonimowe wyznanie