#yqzcc

Kiedy miałam 13 lat, pojechałam na wakacyjną kolonię nad morze. Byłam bardzo podekscytowana tym wyjazdem - pierwsze wakacje bez rodziców, taki pierwszy krok w stronę samodzielności itp. Bardzo szybko wpadł mi w oko chłopak, który miał być jednym z naszych opiekunów. Był jakieś 10 lat starszy, ale niezbyt mi to przeszkadzało. Zaczęłam go zagadywać, starałam się spędzać z nim czas sam na sam. Kiedy temat rozmowy zszedł na szkołę, skłamałam, że chodzę już do liceum i że mam 16 lat. Zawsze byłam dużo bardziej rozwinięta fizycznie niż moje rówieśniczki, a podczas kolonii trzymałam się głównie ze starszymi dziewczynami, toteż łatwo łyknął moje kłamstwo.

Ukradkowych spotkań było coraz więcej, zaczęły się pierwsze pocałunki, pierwsze pieszczoty, pierwszy raz... Trwało to parę dni, aż chłopak zorientował się, ile naprawdę mam lat. Przez zupełny przypadek, jeden z organizatorów wycieczki polecił mu znaleźć zgłoszenie jednego z uczestników (uległ drobnemu wypadkowi, potrzebny był telefon do rodziców), a on przeglądając zgłoszenia natrafił też na moje (zawierające numer PESEL). Przybiegł do mnie spanikowany, dopytywał, czemu go oszukałam, mówił, że może przez to trafić do więzienia. Następnego dnia zrezygnował i wyjechał pod byle pretekstem.

Jakiś czas później, gdy opowiadałam mojej najlepszej przyjaciółce o całym zajściu, rozmowę przypadkiem usłyszeli moi rodzice. Wybuchła prawdziwa awantura. O sprawie poinformowano odpowiednie służby, ciągano mnie po przesłuchaniach, po psychologach, po badaniach lekarskich (ginekolog miał ustalić, czy rzeczywiście do czegoś doszło). Jako że rodzice usłyszeli tylko część rozmowy (nie zdążyłam powiedzieć, że chłopak wyjechał, jak się dowiedział, ile mam lat), a ja odmawiałam składania zeznań i nie współpracowałam z psychologiem, sprawę po jakimś czasie musiano umorzyć.

Od tego czasu minęło 10 lat. Nie mieszkam już z rodzicami, mam chłopaka (w moim wieku), wszystko jest w porządku. Ale i tak przy każdym spotkaniu rodzice próbują mnie namówić na kolejną wizytę u psychologa. Ich zdaniem mogę mieć przez to wydarzenie traumę i problemy w układaniu sobie relacji międzyludzkich. Wszelkie moje uwagi, że przecież nie mam żadnych trudności zbywają, sugerując, że wypieram problem.

Zdaję sobie sprawę, że to, co zrobiłam, było głupie i nieodpowiedzialne. Wiem, że nie byłam zbyt dojrzała na taki krok. Ale nie czuję się w żaden sposób wykorzystana, nie czuję się ofiarą. Moi rodzice nie potrafią pojąć, że można to robić w wieku 13 lat i nie mieć po tym traumy. Każdy mój problem emocjonalny, każdy gorszy dzień zwalają na karb tamtych wydarzeń, wmawiając mi, że stosuję mechanizm wyparcia i namawiając na wizytę u specjalisty. Wiem, że chcą dobrze, ale ich natręctwo zaczyna mnie psychicznie wykańczać.

#aSZi2

Po raz pierwszy w życiu przeszłam na dietę, żeby schudnąć i spodobać się pewnemu chłopakowi ze szkoły. Tydzień temu zwrócił na mnie w końcu uwagę, więc uznałam, że podziałało. Podszedł i zaprosił mnie na kolację.

Spotkaliśmy się wczoraj. W trakcie wieczoru powiedział, że bardzo podobały mu się moje wcześniejsze kobiece kształty i że szkoda, że tak mocno schudłam, ale ma nadzieję, że powoli wrócę do formy.

#zSNK1

Mama i rodzeństwo się mnie wyparło. Jak do tego doszło?

Planowaliśmy zrobić w gronie rodziny i przyjaciół roczek syna. Impreza u przyjaciół na ogrodzie. Po imprezie nocleg u nas dla kilku osób jak najbardziej by się znalazł, kilka pokoi mamy, a i zawsze można materac położyć.


3 dni przed przyjazdem gości zostaliśmy poinformowani, że mama jak i rodzeństwo przyjeżdża do nas wraz ze swoimi psami, w tym nowym ze schroniska. Bez zapytania o zdanie, postawili nas przed faktem dokonanym. Lubimy zwierzęta ale nie zgadzamy się na ich pobyt w domu i tym bardziej puszczanie psów na nieswoim ogrodzie.
Ja i żona wyraziliśmy się jasno, że nie życzymy sobie zwierząt na imprezie, w domu.
Dziecko nam raczkuje po mieszkaniu, ma wszędzie zabawki. Nie pozwolimy aby psy robiły nam po kątach, gryzły zabawki, które potem syn bierze do buzi.

I tu najlepsze.

Mama zarzuciła nam totalną bezduszność wobec zwierząt. Rodzeństwo ją poparło i dali nam do zrozumienia, że postępujemy niestosownie. Mama jak i rodzeństwo mają nas za najgorszych i nie chcą mieć z nami nic wspólnego póki ich nie przeprosimy i nie zrozumiemy ich potrzeb.

#agB2n

Moi rodzice mają po ślubie już ponad piętnaście lat. Jako dziecko obserwowałam ich relacje i zawsze uważałam, że fale na jakich oboje nadają są ciepłe, radosne, rodzinne. Jednak jako już dorosła osoba, dostrzegłam znaczne ochłodzenie się w ich związku. Zmartwiłam się, że nie uśmiechają się na swój widok, częściej wadzą i nie rozmawiają o wspólnych zajawkach z tym błyskiem w oczach. Próbowałam rozmawiać z mamą, potem z tatą na ten temat. Uważali oboje uparcie, że nic się złego nie dzieje. Mama tylko dodała, że z czasem rzeczy oraz ludzie się zmieniają. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że może już nie być między nimi tych wyjątkowych uczuć.

Długo myślałam, co mogłabym zrobić dla nich jako córka. Długo rozważałam różne opcje i w końcu zdecydowałam. Przyniosłam im psa wziętego ze schroniska. Gunia to średniej wielkości futrzak, od którego bije świeża energia i pełno miłości. Oboje byli zszokowani. Mama się przeraziła nowymi obowiązkami, a tata choć na początku sceptyczny, już po chwili pokochał tego nietypowego nowego członka rodziny. Ze względu, że razem już nie mieszkamy, po pojawieniu się z prezentem zniknęłam, wpadłam w wir pracy i dopiero za parę miesięcy przyjechałam do nich ponownie.

Przy wejściu do mieszkania powitała mnie Gunia, wspinając się na mnie, podskakując, liżąc (trochę się poznałyśmy zanim dałam ją rodzicom). Później w ramiona rzucił mi się uśmiechnięty na całą gębę tato. A po chwili z kuchni wyleciała mama z nietęgą miną, którą po chwili zamieniła na serdeczny uśmiech oznajmiając, że upiekła ciasto - czego dodam, nie robiła od kilku lat.

Oboje opowiadali mi, jakie kłopoty mieli z psem na początku. Mama nie umiała się przyzwyczaić do nowego trybu życia, nawet chciała oddać mi Gunię z przeciążenia. Tata wywalczył, by psiak został u nich pomimo jakiegoś małego załamania mamy oraz serii biegunek, jakie nałapała Guńka z nowego środowiska. Oboje podzielili się spostrzeżeniami, iż pies odmienił ich życie. Rodzice zaczęli więcej ze sobą rozmawiać, zaczęli wychodzić ze sobą (i Gunią) na dłuższe spacery, a nawet planują wycieczkę parodniową, na którą wyruszyliby wraz z psiną.

Mój plan zadziałał nawet lepiej, niż sobie to wyobrażałam. Podarowanie zwierzaka jest bardzo ryzykowne, nigdy za tym nie byłam, bo to nie jest rzecz, którą można rzucić w kąt, kiedy złapie cię nuda lub problem. Ale widocznie wystarczy, by taki prezent wybrać dla osób odpowiedzialnych i dobrych. :)

#8bk14

Razem z przyjacielem postanowiliśmy pobrać się dla świętego spokoju. Ja mam 26 lat, on 30, znamy się od czterech lat. Każde z nas w tym czasie zawierało przelotne znajomości, on był w rocznym związku. Zazwyczaj wspólnie chodziliśmy na wszelkie uroczystości rodzinne, zdarzały nam się nawet cztery wesela w ciągu roku. I to na tych właśnie weselach obie rodziny nieustannie powtarzały, że cudownie ze sobą wyglądamy i powinniśmy być razem.
Początkowo zbywaliśmy to żartami, z czasem pojawiała się w nas złość i bunt, otwarcie mówiliśmy, że nie życzymy sobie aby inni planowali za nas nasze życia, to jednak nie przynosiło żadnego skutku i nasze rodziny nadal naciskały.

Ulegliśmy. Bardzo długo o tym rozmawialiśmy, szczerze przyznaliśmy, iż, kolorowanie ujmując, "nie jesteśmy w swoim typie", kochamy się jak przyjaciele, ale nie zmusimy się nawet do pocałunku. Mimo to, gdy nasi rodzice, którzy w międzyczasie zdążyli się poznać sądząc, iż niebawem i tak zostaniemy rodziną, zaproponowali w prezencie ślubnym mieszkanie. Czteropokojowe mieszkanie we Wrocławiu. Każdy, kto jest na bieżąco z cenami nieruchomości w tym mieście, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak poważna jest to inwestycja.

Ślub odbył się w lipcu, za niego również zapłacili rodzice mimo, iż chcieliśmy sfinansować go sami. Jesteśmy więc małżeństwem, mamy piękne mieszkanie, w którym śpimy osobno. Sytuacja wydaje się być opanowana, nikt niczego nie podejrzewa, jednak stało się coś, co spędza nam sen z powiek. Chyba się zakochałam, oczywiście w kimś innym. Mój mąż wie o wszystkim, co więcej - bardzo lubi mojego "wybranka". Problem w tym, że jesteśmy w kropce i kompletnie nie wiemy, jak z tego wybrnąć.

#XgKti

Mam 17 lat. Kiedy wstaję rano, w moim domu wita mnie Radio Maryja. W weekendy nie ma mowy o spaniu dłużej niż do 7.00, jeśli jestem po imprezie (które też są w ogóle niemoralne i za bardzo "z tego świata"), to max do 8.00, bo po co marnować dzień, skoro można iść do kościoła albo się pomodlić? Droga na wakacje? A no to żeby się nie nudzić należy zmówić dwa różańce, koronkę, trzy litanie i pośpiewamy kościelne piosenki. W niedzielę w kościele trzeba być ubranym odświętnie, a jeśli siedzi się dalej niż w obrębie dziesięciu pierwszych ławek, to jest się ewidentnie sługą szatana.

Oczywiście kościół raz w tygodniu to za mało, żeby dostać się do nieba, minimum trzy razy. Ale to nie wszystko, bo trzeba też należeć do jakiejś wspólnoty, na której spotkanie poświęca się 1/3 swojego życia. W wejściu do domu MUSI wisieć woda święcona, wszędzie MUSZĄ być święte obrazy i najlepiej żeby gdzieś na ścianie w korytarzu był spisany dekalog. Słowo "głupi" to przekleństwo, a alkohol to wróg człowieka, więc moja osiemnastka będzie bezalkoholowa.

Spotkania z chłopakiem? Tylko w domu dziewczyny i z otwartymi drzwiami, bo u chłopaka to grzech. A jak chłopak nocuje u dziewczyny, nawet w innych pokojach, na innych piętrach, to jest to grzech śmiertelny, bo zgorszenie dla sąsiadów, przecież mogą sobie pomyśleć coś złego o dziewczynie. Bajki dla dzieci i filmy to ZŁO, chyba że o Jezusie, tak samo jak książki, radia czy czasopisma. Każdy niewierzący to potępiona osoba i nie można takim ufać ani z takimi się zadawać, a ludzie wierzący, którzy odeszli od kościoła, ale wierzą w Boga we własnym zakresie to "ateiści". Jedynymi słusznymi znajomymi są ci z kościoła. Inne religie to zło, tylko katolicy są coś warci. Własne poglądy? Nie ma takiej opcji, jedyne słuszne to te księży i biskupów.

Tak, mam 17 lat i to nie jest moje zdanie, a moich rodziców. Dla mnie wiara to kwestia indywidualna każdej osoby. Wierzę w Boga, ale nie wierzę do końca w to co mówią moi rodzice i Kościół. Szanuję inne religie i ogólnie poglądy ludzi. Ale każda próba przeciwstawienie się i wyrażenia swojego zdania kończy się zakazami na dosłownie wszystko, od telefonu po spotykanie się z chłopakiem. Muszę pomagać im organizować jakieś wyjazdy z kościoła z pewnej wspólnoty i oczywiście wyjeżdżać na wakacyjne i weekendowe rekolekcje z nimi jako pomoc, ale o wyjeździe na wakacje ze znajomymi nie ma mowy. Pech chciał też, że jestem najstarsza, a według moich rodziców najstarsze dziecko powinno robić tak wiele, że czasem myślę sobie skąd oni to wszystko biorą, ale to już byłby materiał na inne wyznanie.

I tak najbardziej boli mnie brak prawa do posiadania własnego zdania. Nie mogę się doczekać aż wprowadzę się od rodziców, tylko dlatego, że będę mogła wtedy w końcu głośno powiedzieć komuś o swoich poglądach i nie zostanę za to ukarana.

#qJj4m

No wyznanie #0Gt3x przypomniało mi moją sytuację, bardzo podobną.

Byłam wtedy w wieku 6 może 7 lat. Gdy byłam w szkole bardzo chciało mi się kupę, ale wstydziłam się pójść do toalety, zresztą nawet nie wiedziałam gdzie jest, a bałam się spytać.

Tak więc siedziałam te 5 h na krześle bojąc ruszyć się nawet o milimetr, byleby moja dupa nie wypuściła klocka.

Na szczęście nie musiałam wtedy iść do tablicy itd (dzięki Bogu), nie poszłam nawet grać z dzieciakami, choć bardzo o to prosiły, udawałam że po prostu jestem zajęta.

Brzuch bolał mnie niemiłosiernie, nie mogłam się skupić na lekcji, ale wytrzymałam.

Następnie szybki powrót do domku autobusem i koniec mojej męczarni. O dziwo na czas jazdy autobusu na chwilę odechciało mi się.

Była to jednak cisza przed burzą. Wyszłam z autobusu. Zostało mi jakieś 300 metrów. Szłam bardzo szybko by zdążyć, ale nie zdałam sobie sprawy, że nie dobiegnę. Dookoła był las, ale zamiast iść dalej w las, ja zdjęłam gacie i narobiłam na pobocze drogi. Dużo tego było plus ze dwa opakowania chusteczek. Na szczęście nikt nie jechał w tym czasie. Podciągnęłam gacie i szybko zwiałam.

Następnego dnia szłam do szkoły na przystanek z mamą.

Mama idąc obok powiedziała coś w stylu "ludzie nie mają kultury" itd. Wszyscy na przystanku wyrażali swoją opinię o człowieku, który dopuścił się tej zbrodni. Ja do niczego się nie przyznałam, ale było mi totalnie wstyd.

#LacPB

Kiedy miałem dwa lata, moja mama zginęła w wypadku samochodowym. Mój tata bardzo to przeżył, wiadomo, ale stanął na wysokości zadania i wychowywał mnie jak mógł.

Ale jeden rodzic nie ma tyle czasu, co dwoje, więc czasem podrzucał mnie do dziadków i babć z obu stron. Jednak rodzice mamy po jej śmierci zaczęli bardzo ozięble traktować swojego zięcia. A także mnie. Może za bardzo przypominałem im córkę i to wspomnienie było zbyt bolesne. I tak nie upoważniało ich to do niepilnowania mnie, niedawania jeść, pić i faworyzowania przy mnie moich kuzynów, co oni też zaczęli wykorzystywać (gdy babcia robiła wszystkim herbatę, tylko nie mi, kuzynowie śmiali się, że bez mamy nie ma herbaty (?)).

Kiedy miałem sześć lat, samodzielnie, w zimę, doszedłem do domu rodzinnego oddalonego o 10 kilometrów od domu dziadków ze strony mamy. Tata przyjechał po pracy do nich, żeby mnie odebrać, ale oni nawet nie wiedzieli, że wyszedłem.
Nie włączyli się do poszukiwań. Powiedzieli, że kiedy zgłodnieję, to wrócę, a ja w tym czasie lepiłem bałwana pod domem.

Po tej sytuacji tata już nigdy więcej nie przyczyniał się do tego, żebym utrzymywał relacje z rodziną od strony mamy. Ja też, miałem same przykre wspomnienia z nimi związane.

I tak minęło 20 lat. Planując ślub z moją narzeczoną, jasnym dla mnie było, że zapraszam rodzinę tylko ze strony ojca.
Dlatego gdy na weselu zjawili się jacyś obcy dla mnie i mojej już-żony goście, zacząłem się domyślać, kim oni są.
Zrobili awanturę kelnerowi, że nie ma dla nich miejsca. Po drodze komentowali, że biednie, że tandetnie. A szli całą chmarą, nietrudno było ich zauważyć.
Zdenerwowałem się, w końcu to było moje wesele, nie chciałem ich tam, co im powiedziałem. Wywiązała się niepotrzebna dyskusja, do której włączyli się również bracia panny młodej. Dyskusja przerodziła się w bójkę. Ochrona sama nie dawała rady z wykopaniem ich.

Teraz mi cholernie przykro. Żal mi mojej żony, zdjęć, na których mam poobijaną twarz, a najbardziej ojca, który dostał przez to zawału.
Dodaj anonimowe wyznanie