#9dWTH
Rodzina męża nauczyła się języka migowego, żeby rozmawiać z naszym synem. Dosłownie każdy potrafi z nim rozmawiać (teściowie znają płynnie język, tak jak i szwagier, jego żona, dziadkowie męża, i nawet wujek się trochę nauczył).
Moja rodzina twierdzi, że są już za starzy żeby się tego nauczyć i po prostu gadają do niego (o szkole, pogodzie itp.) i są oburzeni, że nic nie rozumie.
Moi rodzice są tylko o 3 lata starsi od moich teściów.
Siostra znowu uważa, że ja jej przekażę wszystko, co on mówi.
Jest mi strasznie przykro.
Próbowałam ich nauczyć prostych słów "witaj", "kocham cię", "co u ciebie?", "jak w szkole?" itp., to są oporni.
My syna traktujemy normalnie. Ma 7 lat i nie ma żadnych przywilejów, nie dajemy mu fast foodów, nie pozwalamy grać w gry, a wystarczy że pojedzie do moich rodziców, to tam słyszę "Daj mu to ciastko. Jest głuchy, to niech ma coś od życia".
Boli to cholernie.
Syn coraz mniej chce jeździć do nich, ja w sumie też.
7-latek to dziecko mądrzejsze niż się wydaje. On dużo rozumie i to naturalne że woli przebywać z kimś z kim może się porozumieć.
Tak z ciekawości pytam, nie dla złośliwości. Czy syn mógłby się kwalifikowac do aparatu sluchowego. Od czego to zależy? Od wady?
Od budżetu, od powodu utraty lub braku słuchu, od stopnia zaawansowania wady.
Skoro jest GŁUCHY to ani aparat ani implant nie pomoże. Inaczej byłoby gdyby był niedosłyszący. Wówczas zależnie od stopnia utraty słuchu, rodzaju niedosłuchu i jego przyczyny można wdrożyć leczenie farmakologiczne, operacyjne bądź protezowanie aparatami / implantami.
Nie jeździj, po co sobie psuć humor. Sami zrozumieją albo powiedz im to co nam tutaj.
"nie ma żadnych przywilejów, nie dajemy mu fast foodów, nie pozwalamy grać w gry"... Ale właściwie dlaczego? Po pierwsze to nie przywileje a drobne przyjemności. Rozumiem dbanie o zdrowie syna, ale to mi pachnie przesadą... A przesada w każdą stronę jest niedobra. Chociaż mam nadzieję że to po prostu tak źle brzmi.
Wydaje mi się, że autorce chodziło o to, że syn nie ma żadnych przywilejów z powodu swojej niepełnosprawności. Traktują go normalnie, zamiast rekompensować rozpieszczaniem go "by miał coś od życia".
@mikser, ale właśnie o to chodzi, że granie w gry i jedzenie fast foodów to nie jest przywilej dla dziecka, tylko zwykła przyjemność, która raz na jakiś czas nie jest niczym złym. I niepełnosprawność nie ma tu nic do rzeczy.
@Mikser, ja rozumiem o co chodziło. A ja z kolei miałam na myśli dokładnie to co mówi aceofspades, że okazjonalne gry czy fast foody to nie są przywileje.
I tak samo jak karmienie dziecka hamburgerami i sadzanie go na całe dnie przed komputerem jest złe, tak odmawianie mu tego nawet w rozsądnych ilościach nie jest wcale lepsze. Ile już było wyznań gdzie rodzice czegoś zabraniali, np. chipsów, i potem autor wpadał w nałóg kupowania tego, którym robił sobie krzywdę? Grunt to rozsądnie wydzielać takie przyjemności.
No może po prostu chcą, żeby słodycze czy fast foody nie kojarzyły mu się z nagrodą czy przyjemnością. Wiadomo, będzie starszy, to zje co zechce, ale po co od małego przyzwyczajać dzeocko do smaków, które nie są ani zdrowe ani do niczego potrzebne?
@Kitkunei no właśnie, ale DLACZEGO? Co innego używać tych fastfoodów jako nagrody (bo raczej nie powinno się warunkować zachowania jedzeniem) a co innego raz na ruski rok zabrać dziecko na hamburgera.
W dzieciństwie nie miałam w mieście fastfoodów, rodzice też nie ładowali we mnie niezdrowego jedzenia, zamiast tego jadłam dużo owoców. Ale dwa-trzy razy w roku jeździliśmy do większego miasta do lekarza i wtedy przy okazji zabierali mnie do McDonalda. Nigdy nie postrzegałam tego jako nagrodę czy przywilej, bardziej przyjemność którą mam raz na jakiś czas, na tyle rzadko żeby w przyszłości mi nie odbiło i na tyle często, żeby mi to nie szkodziło.
A nawet wtedy nie dostawałam całej tacy niezdrowego jedzenia a hamburgera i małe frytki.
Co do smaków, które nie są ani zdrowe ani potrzebne... Wiesz, zabawki czy nowe ubrania też nie są, dziecko może mieć cztery klocki i dwa ubranka. Ale jednak większość dzieci ma więcej zabawek i ubrań. Zwłaszcza zabawek. Bo to jednak swego rodzaju przyjemność. Różnica pomiędzy nimi a fastfoodami jest jednak taka, że na te drugie można sobie pozwalać od czasu do czasu.
Naprawdę, po co zabierać dziecku takie rzeczy, na jakiej zasadzie? Powiem znów, przesada jest zła w każdą stronę.
Tak ci się wydaje, że ma jeszcze czas. Wkrótce może się okazać, że nie będzie miał wspólnych tematów z kolegami. A swoją drogą jest wiele gier edukacyjnych, przecież może grać w takie.
ogranicz kontakt z nimi
ani go nie rozumieja, ani nie chca zrozumiec
po co ma sie dzieciak meczyc, a tobie byc przykro?
albo spotykaj sie z rodzina bez dziecka ( nie wiem,jaka jest odleglosc) o ile jeszcze w ogole chcesz
Nie dziwię się, że nie chce jeździć do nich, skoro nie może się z nimi porozumieć.
Po prostu do nich nie jeździjcie. Skoro tak chcą go rozpieszczać to zróbcie mu ten jeden prezent i nie woźcie go tam.
W punkt!
Może w sumie dobrze, że nie nauczyli się migać, bo z Twojej relacji wynika, że nic mądrego i wartościowego by mu nie "powiedzieli".
A jednak dają mu ciastka, czyni nie mają go w doopie, są różne charaktery, moja teściowa chyba od 15 lat chodzi na kursy angielskiego żeby dogadać się z swoim zieciem, wiem że się stara, próbuje uczyć A jednak jej to do głowy nie wchodzi, A kobieta głupia nie jest! może twoi rodzice maja podobnie z językiem migowym?
Z drugiej strony, w dorosłym życiu będzie otoczony ludźmi, którzy nie migaja. Mimo lenistwa, Twoi rodzice mogliby zrobić Wam też duża przysługę.
To dziecko ma już wokół siebie ludzi, którzy nie migają.
Na podwórku, w sklepie, wszędzie, gdzie się ruszy. A dziadkowie nie są leniwi. Są zwyczajnie głupi i pozbawieni empatii. Ich serca są zamknięte na wnuka. Skoro dziecko nie chce do nich jeździć, to znaczy, że doskonale czuje, jaki stosunek do niego mają.