Ostatnio zostałam wyznaczona w klasie przez nauczycielkę polskiego do zakupienia zeszytów na kartkówki. Warunkiem było, by były wszystkie takie same. Tego samego dnia poszłam więc do sklepu, by je kupić.
Kolejka była długa, więc tak sobie stoję i czekam. Aż wreszcie nastała moja kolej. Poprosiłam o dane zeszyty. Pani zapytała się dlaczego wszystkie muszą być takie same. Ja niewiele myśląc powiedziałam głośno:
- Bo mam poje*aną nauczycielkę od polskiego.
Obracam się, a dwie osoby za mną stała właśnie ona. Kupowała papier ksero. Myślę sobie - dobra, może nie słyszała, ale nie, słyszała wszystko. Jej wzroku nie zapomnę nigdy.
Przepraszałam ją chyba na każdej lekcji, ale na szczęście nie była mściwa i mi wybaczyła, jak przyszłam do niej z kwiatami i bombonierką.
Zawsze myślałem że mam normalnych i spoko rodziców. Urodziłem się, gdy oboje byli właściwie jeszcze nastolatkami, więc pierwsze lata życia spędzałem głównie z dziadkami. Można powiedzieć, że rodzice ominęli pierwsze lata mojego życia. Może dlatego odkąd urodził się mój brat tak im odbiło...
Dosłownie, mieszkam pod dachem z madką, ojdzem i ich bombelkiem. Inaczej tego nazwać nie można. Mama ciągle wrzuca zdjęcia młodego do internetu. Założyła nawet profil na Instagramie: mama_(tu wstaw imię dziecka). Moje próby wytłumaczenia jej jak złe jest wrzucanie zdjęć dziecka do internetu zawsze kończą się awanturą. Dosłownie skupia się tylko na nim.
Strasznie mnie to boli, ponieważ czuję się odstawiony na drugi plan. Nie możemy nigdzie wyjść bez młodego (nawet z samym tatą nie mogę nigdzie wyjść, bo dziecku będzie przykro (?!)), a moje potrzeby są kompletne nieważne. Usłyszałem, że nie dostanę pieniędzy na wycieczkę integracyjną (jestem obecnie w 1 liceum), bo te pieniądze bardziej się przydadzą dla dziecka. Jeszcze bym rozumiał, gdyby faktycznie czegoś brakowało. Ale nie, ta kasa zawsze idzie na kolejne zabawki czy akcesoria dla niego. Dosłownie cały dom tonie w rzeczach dziecięcych.
Z jednej strony rodzice wydają masę pieniędzy na brata (nie zliczę nawet ile ma "śmiesznych przebrań" za zwierzątka czy jakieś postaci z bajek), a z drugiej próbują oszczędzać na nas. W tym roku nie byliśmy nigdzie na wakacjach, ja też nie mogłem pojechać na kolonię. Jakość jedzenia, które jemy, też mocno się pogorszyła. Nie dostaję już kieszonkowego, a moje potrzeby są kompletnie nieważne.
Mam tego dość. Każda próba rozmowy z rodzicami kończy się groźbą szlabanu czy wypowiedzeniem magicznej formułki - "dzieci i ryby głosu nie mają" czy "nie pyskuj". Po prostu dramat.
Trochę już to jest użalania się nad sobą. To będzie więcej.
Poznałam męża na studiach w dużym mieście. Oboje pochodzimy ze wsi, mimo to ja czułam się tam jak ryba w wodzie, dużo lepiej niż w rodzinnych stronach. On przeciwnie. Widziałam że ciągle jest coraz bardziej smutny, przybity i mówił że właśnie przez to miasto - przez korki, hałas, mnóstwo ludzi wszędzie. U moich lub jego rodziców był innym człowiekiem, tryskał energią, dużo się śmiał.
Po studiach i odbytym stażu poszukałam pracy w okolicy w której on chciał mieszkać i się przeprowadziliśmy (on ma pracę w większości zdalną, więc to nie był problem). Rodzice i przyjaciele odradzali mi to, ale ja wolę sama decydować o swoim życiu. I... Nic się nie zmieniło na lepsze. On nadal jest przybity, kończy pracę i nic mu się nie chce. BARDZO rzadko widzę żeby się chociaż uśmiechał, a co dopiero śmiał. Ciągle jest zmęczony, mimo wszystkich wyników w normie.
A ja żałuję. Zrezygnowałam z aktywnego życia, bo tu nic nie ma. Wszystkie moje przyjaźnie i znajomości zostały w większym mieście, tutaj nie znam nikogo i nie mam jak poznać. Przestałam tańczyć (uwielbiam to), bo tutaj nie mam gdzie. Z bardzo aktywnej osoby stałam się kurą domową, w dodatku bez pracy, bo "redukcja kosztów, upadłość", a ja już byłam w ciąży.
Jakby chociaż mąż był szczęśliwy, to bym nie żałowała. Zapytany wprost mówi że jest, ale w ogóle tego nie widać. A ja się duszę coraz bardziej i nie wiem co mogę z tym zrobić. Nawet wygadać się nikomu nie mogę, bo będzie "a nie mówiłem" i marudzenie, więc przed wszystkimi udaję zadowoloną z życia. Mężowi powiedziałam, ale to jeszcze pogorszyło jego humor. I tak się nie wyprowadzimy, bo mamy kredyt na mieszkanie tutaj, życie tu jest tańsze, a ja pracy nie mam.
Ciągle zadaję sobie pytanie, dlaczego postawiłam jego pragnienia nad swoimi, skoro nic dobrego z tego nie wyszło.
Za młodego uwielbiałem kłaść się na stercie brudnych ubrań przy pralce Frani kiedy prała. Przykładałem do niej głowę i to ciepło i drgania sprawiało, że w mgnieniu oka zasypiałem. Oczywiście uważałem na "sportowe" gacie starego...
Dobiegam 40-stki.
Nigdy nie nauczyłam się jeździć na rowerze.
Rower, który dostałam na komunię, rodzice sprzedali i przechlali w mniej niż tydzień.
Mam problem z teściową. Jednak chodzi o coś zupełnie innego niż o ten znany już, typowy stereotyp. Wiem, że mnie lubi, jest dla mnie miła i nie wtrąca się aż tak bardzo w życie moje i męża.
Mianowicie chodzi o to, że jest straszną papugą. Papuguje wszystko i wszystkich co działa mi ma nerwy...
Jeszcze przed ślubem, kiedy remontowaliśmy mieszkanie, została nam znaczna ilość kafelek i innych ozdobnych mozaik do łazienki. Chcieliśmy je zwrócić ale teściowa widząc to stwierdziła, że i ona wyremontuje sobie łazienkę i zrobi taką samą jak my... No dobra to jeszcze mogłam przeżyć ale to był dopiero początek.
Jakiś czas później, na urodziny mąż kupił mi wymarzony ekspres do kawy. Teściowej strasznie się spodobał (chociaż nie pije kawy) i poprosiła synka, by na urodziny kupił jej taki sam... Nadszedł czas urodzin teściowej i mąż przypomniał sobie o prośbie mamy... Kupił inny ekspres a teściowa nie kryła zawiedzenia bo przecież ma inny kolor niż mój i jest z innej firmy... Co z tego, że jest lepszy od mojego...
Będąc w gościnie w domu teściowej, pokazała mi swoje nowe ,,ozdóbki do domu” od których kupowania jest uzależniona... Powiedziała, że jej siostra ma identyczny wazon i misę i ona musiała kupić sobie takie same bo bardzo jej się spodobały.
Kolejna sytuacja potwierdzająca dziwny zwyczaj teściowej, wydarzyła się na urodzinach wuja mojego męża. Byliśmy tam przed teściową a rodzinka śmiała się i żartowała, żeby ciocia - żona solenizanta, nie podawała obiadu na nowej zastawie bo zaraz ją ktoś skopiuje i kupi identyczną. Oczywiście wszyscy wiedzieli o kogo chodzi... W końcu doszło do tego, że przed odwiedzinami teściowej i ja chowałam nowe rzeczy typu poduszki, wazon a nawet nowe kwiaty... Po prostu bałam się, że zaraz zobaczę to samo u niej...
Ostatnia sytuacja wydarzyła się kilka dni temu i to już szczyt wszystkiego... Mój tata będąc w galerii handlowej szukał prezentu na 80-te urodziny babci. Z racji tego, że babcia kocha jamniki, kupił jej porcelanową figurkę przedstawiającą tę rasę. W sklepie spotkał moją teściową i pokazał jej prezent.
Pisząc to wyznanie, właśnie wróciłam z odwiedzin u teściowej. Zgadnijcie jaka nowość leżała na jej komodzie...
Miałem pewną bliską przyjaciółkę, nazwijmy ją X. Spędzaliśmy razem naprawdę dużo czasu, rozmawialiśmy ze sobą o wszystkim i o niczym. Mówiliśmy sobie o wszystkim, więc znaliśmy nie na wylot. Niestety po pewnych wydarzeniach X się zmieniła. Nie miała czasu na wieczorne wyjścia, była oziębła i mnie unikała. Wiedziałem, że coś przede mną ukrywa. Próbowałem się dowiedzieć o co chodzi, jednak za każdym razem unikała rozmowy i po pewnym czasie, całkowicie przestała się do mnie odzywać.
Po kilku dniach zniknęła bez śladu. Jej rodzice o niczym nie wiedzieli, a jako że oboje mieliśmy po 17 lat, to przeprowadzka do innego miasta nie wchodziła w grę. Jedynym racjonalnym wytłumaczeniem było porwanie...
Tydzień później odnaleziono jej ciało.
Sprawcę odnaleziono. Był to jej o 9 lat starszy chłopak, z którym potajemnie się umawiała, przez ostatnie 4 miesiące.
Po ostatniej kłótni z rodzicami wyjechała do niego. Liczyła na jego pomoc i wsparcie. A on? Wykorzystał ją, zgwałcił i udusił.
Czuję się temu winny. Przecież wiedziałem, że jest z nią coś nie tak. Mogłem porozmawiać z jej rodzicami... A teraz? Mogę co najwyżej zapalić znicz na mogile.
Migałem z moim głuchoniemym bratem w McDonaldzie na temat piłki nożnej.
W pewnym momencie podeszła do nas ekstremalnie otyła baba i zaczęła robić nam awanturę, twierdząc, że tymi naszymi gestami śmiejemy się z jej otyłości.
Musieliśmy wyjść, bo była agresywna, a kiedy zbliżyli się do niej pracownicy lokalu, to krzyczała do nich, że ją dyskryminują, więc woleli jej nie ruszać.
Poszłam ostatnio z teściową i dziećmi na obiad do restauracji. Żadne szmery bajery, obrusy i takie tam, przeciętna sieciówkowa miejscówka, gładkie stoliki, skajowe siedzenia. Dzieci mają bywanie w restauracjach opanowane, nie biegają, nie szaleją, nie drą się, umieją powiedzieć, że im się nudzi czy poprosić obsługę o kredki (a i ja zawsze mam coś w torebce, żeby je zająć), a poza tym to siedzą i jedzą.
Jedzą sztućcami, ale sprawność manualną mają przedszkolaków, więc im np. frytka spadnie pod stół czy ciasteczka się pokruszą. Pod koniec posiłku włażę więc pod stół, żeby pozbierać to, co spadło, ścieram stół i w ogóle doprowadzam za pomocą serwetek miejsce do porządku, na ile się da.
I tym razem też się tak gimnastykuję, a teściowa mnie ochrzania, że po co, że przecież i tak obsługa musi to na mokro przelecieć, a i po dorosłych trzeba ze stołu okruchy zmieść, więc żebym się nie wygłupiała, zostawiła 15% napiwku i wszystkim będzie lepiej.
I nie wiem, czy teściowa ma rację? Ja nigdy w gastronomii nie pracowałam, ona owszem, ale to było 40 lat temu, no i ona jest łasa na pieniądze, urobi się jak koń podczas orki, żeby tylko trochę więcej kasy mieć. Ale w sumie fajnie byłoby nie musieć czołgać się po podłodze, tylko móc wyjść.
Szlag mnie trafia przez mojego brata bliźniaka. Wiem, że to brzmi okropnie, ale jest po prostu straszną łajzą.
Mamy po 23 lata. Ja studiuję w innym mieście, on został w naszej rodzinnej miejscowości i pracuje, a raczej pracował.
Zacznijmy od tego, że zawsze był trochę nadwrażliwy. Babcia, kiedy jeszcze żyła potwornie się z nim cackała (był jej ulubieńcem) i we wszystkim chciała go wyręczać albo przerzucać jego obowiązki na mnie lub naszego starszego brata. I nie mam tu na myśli wieku typowo dziecięcego, tylko nastoletni. Przecież Maciuś nie powinien sam robić sobie jedzenia, bo jeszcze się skaleczy i poparzy, trawy nie powinien kosić, bo to za ciężka praca dla tak wrażliwego dziecka, zakupów niech nie dźwiga, owoców też nie musi sobie sam zerwać itp. Najlepiej niech sobie leży na leżaczku i czyta/siedzi na internecie. Na szczęście rodzice ukrócali zapędy babci, więc Maciej totalną ofiarą losu nie jest.
Zawsze też znajdował sobie kumpli, którzy akceptowali go tylko kiedy było im to na rękę. Z dziewczynami podobnie. Ale już do rzeczy.
Półtora roku temu związał się z Aśką, moją znajomą z liceum. Dziewczyna śliczna, ale słynąca że swobodnego prowadzenia się. W dodatku wpadli, ich córka ma teraz 10 miesięcy. Mieli wynajęte mieszkanie, nasi rodzice im pomagali, bo tylko Maciek pracował. Na rodzinę Aśki nie ma co liczyć. Podchodzimy z miejscowości turystycznej, więc kiedy przyjechałam do domu po zakończeniu sesji, poszłam do pracy jako kelnerka. Raz zauważyłam Aśkę z paroma znajomymi. Niby nic, ale bardzo przymilała się do jednego faceta.
Pogadałam z bratem i okazało się, że jego panna co piątek i/lub sobotę urządza sobie wypady ze znajomymi, a Maciek siedzi z małą w domu. Ręce mi opadły jak przyznał, że Asia woli spędzić ten czas tylko ze swoimi znajomymi, bez niego. Maciej nie widzi przeszkód, przecież bardzo ją kocha.
Ostatnio Asia balowała cały weekend. Bez krępacji przyznała, że przespała się z dwoma facetami, a w ogóle to odchodzi i ma gdzieś córkę.
Maciek wrócił do rodziców, bo ma depresję, rzucił pracę. Małą zajmujemy się ja i rodzice. U psychologa był raz, nie chce więcej (usłyszał, że związek z Asią to niekoniecznie dobry pomysł). Leży tylko w pokoju i chce, żeby Asia do niego wróciła. Twierdzi, że nie jest w stanie zajmować się córką, bo nie ma Asi i nic nie ma sensu.
Z jednej strony trafia mnie, że oboje olewają małą, a z drugiej martwię się o brata.
Rodzice zapowiedzieli mu, że ma się jakoś ogarnąć, bo nie będą go utrzymywać. Owszem, małą się zaopiekują, ale Maciek ma iść na terapię i do pracy. Czarno to widzę.
Dodaj anonimowe wyznanie