#3c1kk
Zaczęło to się chyba od matki, która przez swoje zachowanie spowodowała, że ojciec zostawił nas jak ja byłam malutka i wyjechał za granicę. Na szczęście tata zawsze dbał o to, abyśmy miały za co jeść, płacił spore alimenty, pamiętał o urodzinach, świętach i raz w roku zapraszał mnie do siebie do Niemiec.
A matka? Początkowo tata nie mówił dlaczego ją zostawił, ale jak dorosłam wytłumaczył mi jak matka nie chciała pracować, ciągle się zwalniała, bo w każdej pracy było jej źle, siedziała w domu, rzuciła studia i przestała dbać o siebie, męża itd. jak tylko mnie urodziła. Potrafiła tygodniami nie ugotować obiadu, nie sprzątać. Ojciec wracał czasem i po 12h z pracy i ogarniał mieszkanie, bo mama była wiecznie zmęczona. Nie, to nie depresja. Sprawdzaliśmy to. Ona jest po prostu wygodna i leniwa. Do dzisiaj jej tak zostało. Alimenty od ojca potrafiła wydać na kosmetyczkę, ciuchy, a mi kupić najtańszy plecak do szkoły. Potrafiła kupić sobie na początku miesiąca drogie ciuchy, a pod koniec miesiąca płakać, że nie mamy co jeść i jaki to mój ojciec jest okropny.
Z Aliną przyjaźniłam się od gimnazjum. Mądra, ogarnięta, rozsądna dziewczyna. Nigdy nie pchała się w kłopoty, a jak już coś ją spotkało, to potrafiła jakoś sobie z tym poradzić.
Do czasu.
Wyjechałyśmy razem na studia do innego miasta i wynajęłyśmy razem mieszkanie. Alina poznała faceta, zakochała się i zaczęła pakować się w okropne kłopoty. Jej Andrzejek raz po pijaku, na moich oczach, uderzył ją w twarz . Zadzwoniłam po policję. Zabrali go na izbę wytrzeźwień. Całą noc płakała i opowiadała, jak wcześniej po pijaku próbował kąpać się w jeziorze, jak okropnie się pokłócili, jak on z nią zerwał, ale potem wrócili do siebie. Obiecała mi, że to będzie koniec.
Wystarczyło, że na następny dzień Andrzejek przyjechał z kwiatami i słowem "przepraszam", by Alina mu wybaczyła.
Przestałam ją szanować. Powiedziałam jej, że nie życzę sobie, aby ten damski bokser przebywał w naszym mieszkaniu. Zagroziłam, że jeżeli będzie go zapraszać, poszukam innego mieszkania, bo nie chcę przemocowca widywać w mieszkaniu, w którym powinnam czuć się bezpiecznie.
Faktycznie przestała go zapraszać, ale sam fakt, że nadal z nim jest spowodował, że nie mam ochoty z nią rozmawiać, przebywać. Widzę w niej swoją matkę. Gardzę takimi ludźmi. Nie rozumiem jak można pakować się w chore relacje, robić sobie pod górkę, a potem płakać, że nam źle.
Alina ostatnio zarzuciła mi, że nie jestem empatyczna i jestem zbyt oschła. Być może. Według niej właśnie straciła przyjaciółkę, bo jej nie wspieram. Tylko ja nie chcę wspierać niszczenia sobie życia.
Nie umiem z tym walczyć. Wiem, że tracę przyjaźń życia, ale to silniejsze ode mnie.
wyprowadz sie, niech kazdy niszczy swoje zycie na wlasne zyczenie
jestem ciekawa, jak sobie radzi matka-pasozyt jak twoje alimenty przestaly przychodzic na jej konto?
autorka zagrozila szukaniem mieszkania, wiec pewnie przemyslala za i przeciw i wyszlo w miare korzystnie
Jeśli chodzi o kaucję, to to jest zawsze kwestia do dogadania. Tak wyszło, że za każdym razem zgłaszałam wyprowadzkę właścicielom tak, że nie mijał mi pełny okres wypowiedzenia i zawsze dogadywaliśmy się, że jeśli znajdzie się ktoś na moje miejsce, to oddadzą mi całą kwotę.
Jesteś bardzo mądra dziewczyną. Wiesz co robić. Powodzenia!
Mnie dobija, gdy ktoś żali mi się, jakie to jego/jej życie z partnerem jest trudne i w ogole.. a ja myślę, że widziały gały co brały.. prawda jest taka, ze sami sobie wybieramy osoby z którymi żyjemy, a jeśli jest coś nie tak i to nie to, to chyba zamiast ciagle narzekać, wystarczy się rozstać
Abstrahując od tego czy Alina niszczy sobie życie czy nie.. "widzę w niej swoją matkę" - to projekcja, przenosisz emocje z matki na znajomą. I jeszcze udajesz, że to ok zamiast rozwiązać swoje problemy. A potem się dziwisz, że nie znajdujesz u Aliny zrozumienia dla swoich reakcji.
tyle, ze Quid ma racje, tojest projekcja, chociaz nie taka bezposrednia (w sensie nie dokladnie za to, co zrobila jej matka)
No właśnie ja nie rozumiem jak ona widzi w koleżance swoją matkę, skoro to zupełnie inna sytuacja. Alina jest ofiarą przemocy (ma własne życzenie, ale jednak), a matka była wygodnicka i leniwa.
bardziej chodzi o pakowanie sie w chora sytuacje z wlasnej winy, w pojeciu autorki
mnie tez denerwuja osoby wiecznie narzekajace a nie robiace nic z problemem np.
Uciekaj
No to nie wygląda to jak prawdziwa przyjaźń, skoro gdy tylko pojawi się pierwszy problem, to ty uciekasz
Ja uważam, że co najmniej połowa osób z problemami ma je na własne życzenie: naiwniactwo, lenistwo, rozrzutność, bezmyślność. Współczuję, gdy przyczyną problemów jest choroba, zwykły przypadek, jakieś zdarzenie losowe. Ale jak ktoś zarabia 4-5 tysi, nic nie oszczędza, wszystko przepieprza na kosmetyczkę i ciuchy, to niech nie płacze, że nie ma na czynsz, gdy straci pracę. Nie, nie miała 5 dzieci na utrzymaniu ani kredytu na pół miliona.
Najwidoczniej nie jest/była to prawdziwa przyjaźń z twojej strony. Prawdziwego przyjaciela wspiera się, nawet jeśli podejmuje głupie decyzje. Można nie akceptować pewnych zachowań, ale nadal się przy nim jest.
Dokładnie, można wspierać w próbie porażenia sobie przyjaciółki samej, bez chłopaka, podnoszenia jej samooceny, niekoniecznie w decyzji zostania z nim, a tu autorka się ot tak od razu odwróciła od swojej "przyjaciółki", bo nagle przestała być idealna
A ja się nie dziwię autorce. Nie odwróciła się od przyjaciółki bo przestała być idealna tylko dlatego że odrzuca ją to co ta przyjaciółka robi ze swoim życiem. Znajomość z taką osobą to także wysłuchanie jej i np rozmowy o związku. Czemu autorka ma sama pchać się w wysłuchiwanie historii o jej chłopaku, który się tak zachowuje, czemu ma pchać się w znajomość z osobą, która tworzy związek z kimś kto nie jest bezpieczny? A potem w dodatku obserwować jak ta druga płacze bo tamten taki zły, a potem do siebie wracają i tak w kółko? No niezła przyjaźń, w której wsparcie, zdanie i pomoc autorki nie mają znaczenia.
Autorko postu, doskonale Cię rozumiem. Sama mam bardzo wąskie grono przyjaciół, a to ze względu na to, że niewielu jest gotowych na taką formę wsparcia. Przyjaźń, "mimo wszystko" pięknie brzmi, ale jaką ma wartość? W moim odczucie większego zaangażowania wymaga realna próba pomocy i rozwiązania problemów leżących u podstaw, niż bezmyślne klepanie kogoś po plecach i puste słowa "nie martw się, wszystko będzie dobrze". Również tracę szacunek do osób, które tak skutecznie pakują się w bagno i nie korzystają z często prostych możliwości pomocy samemu sobie. Niestety, to wymaga nieco samokrytycyzmu, a do tego trzeba dojrzeć. Również odbierałam zarzuty braku empatii, oschłości... Tylko, żeby rozwiązać problemy, nie wolno bawić się w relatywizm, a należy podjąć zdecydowane środki. Życie bywa brutalne.
Pomimo tak wielu analogii ciężko jest mi coś Ci doradzić. Widzę, że nasze zachowania mają źródło w utraconych autorytetach rodziców (moi są tymi, którzy zawsze wyszukiwali problemy, ale nigdy rozwiązania) i być może są zbyt mocne. W przypadku przyjaciółki, może wyrażenie zmartwienia i sugestia konsultacji psychologicznej pomoże.
Akurat to chyba Twój ojciec, a nie matka wpakował się w chorą relacje. Chyba, że koleżanka też pasożytuje na chłopaku alkoholiku...
Jej matka wcześniej studiowała i w miarę ogarniała życie. Zaczęła pasożytować dopiero po urodzeniu dziecka. Jej ojciec się z nią rozstał co było najlepszą opcją.